Posts Tagged ‘Żużel’

Gdy czytam o buncie żużlowców, mam wrażenie, że PGE Ekstraliga zachowuje się jak Krzysztof Kononowicz. Więcej takich działań panów w marynarkach i spełni się obietnica wyborcza Kononowicza. Nie będzie niczego.

Problemem każdego sportu są działacze, którzy uważają, że są ważniejsi od dyscypliny. To błąd, bo bez żużlowców nie byłoby PGE Ekstraligi i spółki zarządzającej rozgrywkami. Wojciech Stępniewski jest najwyraźniej innego zdania. Jak to napisał na Twitterze, „reklamy z kolei są własnością klubu, bo to klub organizuje mecz”. Aha, a w meczach jeżdżą krasnoludki. Ale po kolei…

Furorę w internecie robi grafika porównująca piłkarzy do żużlowców. Brawa należą się temu, kto ją wymyślił. W prostszy sposób nie dało się zobrazować absurdów, jakie w ostatnich latach panują w PGE Ekstralidze.

Fajnie, że sternicy ligi potrafią wynegocjować nowy, lepszy kontrakt telewizyjny. Bo to dodatkowe pieniądze dla klubów. Fajnie, że liga ma sponsora tytularnego w postaci PGE. Tylko jakim kosztem? Kolejnych obostrzeń, na których nie tracą kluby, nie tracą działacze, a tracą zawodnicy. Czyli te osoby, które tworzą ten sport. Osoby, bez których żużla by nie było.

Ekstraliga na każdym kroku stara się podebrać zawodnikom okazję do zarobku. W regulaminie nie ujęto kwestii pokazywania się z bidonami w trakcie transmisji telewizyjnymi, więc bach! Nie można! Nie będzie nam zawodnik zarabiał na tym, że potrafi sobie znaleźć sponsora, który chce się prezentować na jego bidonie. Może czasem paradowanie z napojem przy okazji wywiadu było śmieszne, ale przekładało się na konkretne profity dla żużlowca. Teraz tego nie będzie. Tylko czekać aż Ekstraliga pójdzie z pomysłem w drugą stronę. Obowiązek prezentowania bidonu któregoś ze sponsorów. Bo akurat podpisze umowę z jakąś firmą produkującą energetyki albo napoje izotoniczne.

Zawodnik jest operatywny i potrafi sobie znaleźć sponsorów indywidualnych, ale nie poinformuje o tym klubu. Co go za to spotka? Za to, że potrafi biegać od drzwi do drzwi i przekonywać do siebie firmy? Ano, kara. Musi oddać 2/3 zarobionej w ten sposób kasy. Kuriozum. Umowy sponsorskie podpisane na dłużej niż sezon 2018 tracą ważność? Aha, a podobno prawo nie działa wstecz.

Fajny jest też punkt mówiący o tym, że zawodnik na życzenie ligi musi napisać raport marketingowy, czyli żużlowiec musi zrobić coś, za co liga musiałaby płacić grube pieniądze. Bo przecież skąd biedny zawodnik, który ma się znać na skręcaniu w lewo, ma mieć wiedzę o marketingu? Oczywiste, że musi taki raport zamówić w jednej z firm, a to kosztuje. Ekstraliga, korzystając z regulaminu, poprosi o taki papierek i ma wszystko gotowe. Sama nie musi zamawiać dokumentów, raportów, wydawać na nie pieniędzy. Czysta oszczędność.

Śmieszne są ingerencje PGE Ekstraligi w gadżety zawodników (pod groźbą kary 500 tys. zł!), śmieszne jest karanie zawodnika obcięciem mu części pensji w przypadku przegranej drużyny. Chyba powoli wiem, o co chodziło, gdy parę tygodni temu Ekstraliga przy okazji dopingowej wpadki Grigorija Łaguty twierdziła, że żużel to rozgrywki indywidualne. Bo wychodzi na to, że jedziemy o Drużynowe Mistrzostwo Polski, ale jak przychodzi do karania, to robimy to indywidualnie. Bo to wina pojedynczego żużlowca, że zrobił 18 punktów w sześciu startach, a jednak jego ekipa przegrała. Za to utniemy mu 5 proc. z punktówki.

Absurdy w regulaminie można wyliczać bez końca. Część z nich nie jest nowa, ale w końcu żużlowcy nie wytrzymali i powiedzieli „dość”. Ja ich rozumiem. Oczywiście, zapisy sformułowano tak, że klub może karać, nie musi. Zbyt długo jednak siedzę w polskim żużlu, by wiedzieć, że większość prezesów szybko z nich jednak skorzysta. W końcu po coś tam te zapisy umieszczono.

Inna kwestia, czy prezesi są naprawdę tak głupi? Zabiorą zawodnikom miejsca reklamowe, będą wymagać płatnych raportów i cudów na kiju, to żużlowcy podwyższą stawki w trakcie zimowych negocjacji. Każdy kij ma dwa końce. Co niektórzy zrezygnują też z uprawiania tego sportu. A wtedy dojdziemy do sytuacji, w której nie będzie kogo karać.

Reklamy

Tomasz Gollob przez wiele lat zachwycał na żużlowych arenach. Podobnie jak Michael Schumacher w Formule 1, czy też przykład bliższy nam, Polakom – Robert Kubica. Kariery każdego z nich nakreśliły też poważne wypadki i kontuzje.

Takie wiadomości zawsze zaskakują. Rano każdego fana zszokowała wieść o wypadku Tomasza Golloba. Pierwsza moja myśl była taka, że GKM Grudziądz musi jechać mecz na wyjeździe, skoro o poranku Gollob zdecydował się na występ w zawodach crossowych. Informacje o braku czucia w nogach nie brzmiały optymistycznie, choć kilkanaście minut później uspokojono mnie, że to czucie jednak jest. Teraz muszę doprecyzować, że chodziło o to, że rdzeń kręgowy nie jest przerwany.

Kolejna myśl – po co Gollobowi był start w tych zawodach? Zresztą, najlepszego polskiego żużlowca w historii na emeryturę kibice wysyłają już od kilku lat, bo wyniki już nie są takie do jakich przyzwyczaił. Ostatnio robili to też żużlowi eksperci jak Jan Krzystyniak. Czy nie lepiej było zrezygnować z kariery nieco wcześniej jak Tony Rickardsson czy Jason Crump? Najwidoczniej nie. On ciągle potrafił czarować, chociaż głównie na twardym torze w Grudziądzu.

Czy można zmusić kogoś do zrezygnowania z tego, co kocha? Nie. Gollob dużo wycierpiał przez żużel, ale ten żużel też dał mu wszystko. Trudno zliczyć wszystkie złamane kości Polaka, trudno zliczyć wszystkie jego upadki. Jednak równie trudno zliczyć wszystkie wspaniałe wyścigi z udziałem Golloba, wszystkie jego akcje – najlepsze były (są?) te pod bandą. Jego znak rozpoznawczy. Tam gdzie ktoś nie wcisnąłby szpilki, tam wjeżdżał Gollob. Za to kibice go kochali.

Rokowania po wypadku Golloba są złe. Nie mam wątpliwości, że polski żużlowiec ponownie stanie na nogi. Już nieraz uciekał spod topora, da radę i teraz, taki charakter. Najważniejsze, że rdzeń kręgowy nie jest przerwany. Nie wiem ile zajmie rehabilitacja Gollobowi, ale wierzę, że stanie na nogi. Niestety, co do dalszej kariery… To chyba jej koniec. Koniec na jaki Gollob nie zasłużył.

Trudno przypadku Golloba nie porównać z Robertem Kubicą. On miał wypadek w rajdzie samochodowym, który przerwał jego karierę w F1. Również mógł odpuścić, gdyby wtedy nie zdecydował się na start we Włoszech – być może dziś nadal oglądalibyśmy go w F1, być może miałby na swoim koncie jakiś tytuł mistrzowski. Golloba i Kubicę różni to, że w momencie wypadku byli na innych etapach kariery. O ile przed Kubicą były jeszcze lata startów w F1, o tyle Gollob powoli schodził ze sceny. Z upragnionym tytułem mistrzowskim w kieszeni.

Tym wszystkim (i sobie!), którzy zadają pytanie „po co to było?”, pzoostaje odpowiedzieć innym przykładem z Formuły 1. Michael Schumacher zdobył siedem tytułów mistrzowskich w F1, ścigał się samochodem przekraczającym 350 km/h, prywatnie jeździł też motocyklem sportowym. I nigdy nie miał poważnego wypadku, który na dłuższy czas wykluczyłby go z rywalizacji w królowej motorsportu. Aż pewnego dnia wybrał się na narty z rodziną, pechowe uderzenie głową o kamień… Od tego wypadku minęły ponad trzy lata i „Schumi” nadal przechodzi skomplikowaną rehabilitację, nie jest w stanie samodzielnie egzystować.

Jeśli coś ma się przydarzyć, to się przydarzy. Gollobowi przydarzyło się wiele razy. Po tych wszystkich ciosach, upadkach, krytyce, hejtach, on zawsze się podnosił. Podniesie się i teraz.

Lubimy się szczycić tym, że PGE Ekstraliga to najlepsza żużlowa liga świata. Całkiem słusznie, to dobre hasło reklamowe. Wystarczy tylko, że spadnie trochę deszczu i zamienia się w najgorszą ligę świata.

Mamy połowę kwietnia i najlepsza żużlowa liga świata nie odjechała ani jednej kolejki. W Lany Poniedziałek wyjątkiem będzie spotkanie w Toruniu, bo na szczęście MotoArena ma dach i tam zawodnikom pogoda jest niestraszna. Tymczasem w niższych ligach odjechano już kilka spotkań. Biorąc pod uwagę, że prognozy na przyszły tydzień też są kiepskie, może nam również grozić odwołanie drugiej kolejki PGE Ekstraligi.

Teraz nikt tego nie przyzna, ale ktoś u góry popełnił błąd przy konstruowaniu terminarza rozgrywek. Start ligi 16 kwietnia? To za późno. Wystarczy popatrzeć na reakcję kibiców po sobotniej decyzji o odwołaniu meczów. Są spragnieni żużla, a tu tyle muszą czekać na spotkanie ligowe. Wkurza ich to, że nawet nikt nie podejmuje próby odjechania zawodów. Owszem, w niedzielę w Lesznie spadł dość obfity deszcz, więc pewnie zawody z Betard Spartą Wrocław zostałyby odwołane. Jednak już w takiej Częstochowie rano świeciło słońce, później przez chwilę pojawił się deszcz… I tyle. W ciągu dnia pod Jasną Górą mają jeszcze występować niewielkie opady. Być może mecz udałoby się odjechać.

Ktoś powie, że wcześniejsze odwołanie meczu to oszczędności finansowe. Pięknie, fajnie… Tylko sobotnią decyzję podjęto w momencie, gdy wielu zawodników było już w Polsce. W Rybniku zdążyli się zjawić Lindgren i Fricke, w Częstochowie Jonsson. W innych miastach podobnie. Co najwyżej zaoszczędzono na przyjeździe sędziów i komisarzy na zawody. No i przy okazji mogą oni spokojnie zjeść wielkanocne jajko.

PGE Ekstraliga się obroni swoją decyzją. Pokaże (już to zrobiła na TT) zdjęcia z miast, gdzie miały się odbywać mecze w wielkanocny weekend. Ciemne chmury, deszcz, itd. Pogoda jednak jest tak dynamiczna, że w ciągu dwudziestu minut można w tym samym miejscu zrobić ujęcie ciemnych chmur, a po chwili błękitnego nieba.

I w końcu najważniejsze. Pierwsza runda już została odwołana, w przyszły weekend też ma padać deszcz, więc znów mamy ryzyko odwołania meczów. Skończy się tym, że najlepsza liga świata pojedzie w maju, czerwcu, w lipcu sobie zrobi miesięczną przerwę – w końcu mamy wakacje, wróci w sierpniu na moment – wtedy część klubów nie awansuje do play-offów i zakończy rozgrywki. Sezon trwający trzy miesiące? Wow. Tylko uprzedzam, nie narzekajcie potem na odpływ kibiców. Bo skąd biedny Kowalski weźmie pieniądze, by latać co tydzień na stadion?

Tymczasem w tej nieco gorszej, wcale nie najlepszej, lidze szwedzkiej, w zeszłym roku nie odwołano ani jednego spotkania. Nie wiem jak oni to zrobili. Prawdopodobnie Szwedzi, jako kraj zacofany, nie mają prognoz pogody. Nie zastanawiają się czy jechać, czy nie jechać, bo może spadnie deszcz. Tylko po prostu jadą. Aaa. Jeszcze jest liga brytyjska. Tam znowu w drugą stronę. Zawodnicy dużo gorsi, warunki niesprzyjające żużlowi – ciągły deszcz, a jeżdżą aż miło. Nawet jeśli tor czasem przypomina kartoflisko. I można. I też zawody bywają ciekawe.

Od kilku dni żużlowa Polska z powrotem żyje sprawą śmiertelnego wypadku Krystiana Rempały. Prokuratura w Rybniku na życzenie rodziny przeprowadziła eksperyment, który miał wykazać czy 18-latek do feralnego biegu przystąpił w prawidłowo zapiętym kasku.

Ustalmy fakty. W trakcie feralnego wypadku z głowy Krystiana Rempały spadł kask, co doprowadziło do poważnych obrażeń, a w konsekwencji śmierci. Część świadków była zdania, że 18-latek nie zapiął kasku przed startem do wyścigu. Sugerować to mogą też zdjęcia, na których widać jak pasek zabezpieczający zwisa na wysokości klatki piersiowej Rempały. Na innych tegorocznych zdjęciach Rempały pasek ten jest prawidłowo zapięty.

Rodzina Krystiana nie zgadza się jednak z tezą o źle zapiętym kasku i prosi Prokuraturę o specjalny eksperyment. Rempałowie muszą mieć świadomość, że odtworzenie wypadku nie jest możliwe, bo trzeba byłoby zatrudnić żużlowców-kaskaderów, którzy doprowadzą do upadku na wejściu w pierwszy łuk na torze w Rybniku. A i nawet wtedy trudno byłoby wyciągnąć wnioski, bo w feralnym wypadku wszystko działo się w ułamkach sekund.

Rodzina Rempałów musi mieć świadomość, że eksperyment Prokuratury nie będzie miarodajny, ale i tak go chce. Dochodzi do niego na Komendzie Policji w Rybniku, gdzie jeden z policjantów stara się drugiemu ściągnąć czy też mocniej zerwać kask z głowy. To się nie udaje. I tu zaczynają się schody. Rodzina Rempałów kwestionuje wynik eksperymentu. Kwestionuje, bo pokazał, że nie można prawidłowo zapiętego kasku ściągnąć z głowy. Zakładam, że gdyby wynik eksperymentu byłby inny, to rodzina Rempałów uznawałaby go za najbardziej miarodajny na świecie.

Jacek Rempała w rozmowie z „Gazetą Krakowską” nazywa ten eksperyment parodią i przekonuje, że on sam wziął kask policjantom i dwukrotnie ściągnął zapięty kask z głowy. 45-latek nie mówi jednak jednej ważnej rzeczy. Policjanci mieli zapięty kask, Rempała w trakcie swojej „próby” poluzował paski.

Ustalmy mity. – Kierownica motoru Woryny zahaczyła o tylną część kasku mojego syna i z całej siły zdarła mu go z głowy, później kask uderzył jeszcze kilka razy o ziemię i w tym momencie się dopiero rozpiął – mówi Jacek Rempała na łamach „Gazety Krakowskiej” i tworzy własne sci-fi. W siecie jest już kilka zdjęć, i to wysokiej rozdzielczości, na których widać, że kask jest rozpięty już w pierwszej fazie lotu. Paski w kasku nie są pęknięte. Tymi zdjęciami dysponuje też Prokuratura. Po co Jacek Rempała, który wiele lat spędził na torach żużlowych, kłamie?

Pierwsza myśl? Ubezpieczenie. Firmy ubezpieczeniowe w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia zawierają paragrafy, które mają je zabezpieczyć przed wypłatą odszkodowania. Co się w nich znajduje? Na przykład zapis, że jeśli osoba uprawia sporty ekstremalne, to nie może dopuścić do zaniedbań, musi być odpowiednio zabezpieczona, itd. Rodzina Krystiana przekonuje jednak, że nie udowadnia na siłę światu, że 18-latek miał zapięty kask, by dostać pieniądze z ubezpieczenia. Podobno wypłata środków z tego tytułu jest pewna, więc o co chodzi?

O wskazanie winnego. Jeśli Prokuratura uzna, że do wypadku doprowadził stan toru (sposób jego przygotowania też kwestionuje rodzina Rempałów) albo Kacper Woryna (rodzina kwestionuje stan jego zdrowia w momencie wypadku), to można wytoczyć proces cywilny. Klubowi z Rybnika albo Worynie. Tyle, że będzie o to trudno. Stanu toru nie da się teraz odtworzyć. Prokuratura może posiłkować się raportem meczowym, opinią Komisarza Toru, a 22 maja nikt nie zgłosił pretensji do stanu nawierzchni. Podobnie jest z ręką Woryny. Rodzina Rempałów może kwestionować ten fakt, ale 20-latek po kontuzji zdołał już odjechać dwa mecze na Wyspach i jedno spotkanie w Polsce. W trakcie ich trwania nie zgłaszał dolegliwości z ręką. Miał też zgodę na jazdę od lekarza i ważny wpis w książeczce zdrowotnej. To są fakty nie do podważenia.

I w tym momencie dochodzimy do wniosku, że wypadek Rempały staje się katastrofą smoleńską bis. Mamy grupę ludzi, która woli trzymać się faktów, która potrafi przeanalizować materiały wideo i zdjęcia, która miała do czynienia z kaskami i której nasuwa się jeden wniosek. Mamy też drugą grupę ludzi, pogrążoną w żałobie, która próbuje w jakiś sposób oczyścić sumienie. I powstaje w ten sposób lej jak po wybuchu bomby, którego nie zasypie żadne postanowienie Prokuratury ani wyrok sądu.

Parę dni temu pisałem tekst w obronie Kacpra Woryny, bo śmierć Krystiana Rempały jest ogromną tragedią, ale nie można linczować 20-latka z Rybnika za wypadek na torze żużlowym. To jest niezwykle ryzykowny sport, w którym co chwilę dochodzi do upadków. Owszem każdy chce wygrać, ale nie za wszelką cenę. Nie za za cenę zdrowia i życia kolegi z toru.

Echo tego tekstu było spore. Część zgodziła się z faktem, że Kacper również jest ofiarą tego zdarzenia, bo musi żyć ze świadomością, że jego manewr na torze żużlowym doprowadził do feralnego w skutkach wypadku. Część była przeciwnego zdania – dla nich Kacper nadal jest mordercą, nigdy więcej nie powinien wsiadać na motocykl, itd.

Minęło parę dni. Odbył się już pogrzeb Krystiana Rempały. W niedzielę odjechano żużlową kolejkę w Polsce. Żużlowcy, szczególnie ci w Tarnowie – gdzie miejscowa Unia pokonała GKM, jechali dla Krystiana. Wydawać by się mogło, że kibice przestaną pluć na Kacpra Worynę za spowodowanie wypadku 18-latka. Że atmosfera wokół tego nieszczęśliwego zdarzenia zacznie się wyciszać, by z jednej strony rodzina Krystiana mogła spokojnie przeżywać okres żałoby, a z drugiej – Kacper nie musiał przeżywać tego wypadku ciągle na nowo.

I nagle Jacek Rempała, cztery dni po pogrzebie syna, postanowił udzielić wywiadu. Pal licho, gdyby to były podziękowania za pomoc udzieloną synowi w szpitalu, za wsparcie kibiców z Polski, itd. Nie. Pod wpływem emocji z wywiadu przeistoczyło się to w publiczne oskarżenie Kacpra Woryny. Rozumiem ogromny żal po stracie syna, ale publiczne wylewanie żali po pogrzebie jest drogą donikąd. Życia Krystianowi, niestety, nie przywróci. Może zadać tylko więcej bólu. I znowu nakręcić lawinę hejtu na Kacpra.

Zarzuty Jacka Rempały? Sformułowane pod wpływem żałoby, żalu, emocji… Być może rozumiałbym je, gdyby te słowa wypowiedział żużlowy laik. Ktoś kto nie rozumie tego sportu, ale nie osoba, która siedzi w żużlu od wielu, wielu lat.

Lepiej na chłodno przenalizować fakty.

Przygotowanie toru w Rybniku. Na próbie toru zawodnicy obu ekip pokonywali łuki bez problemów. Odbył się pierwszy wyścig, który wygrał zawodnik z Tarnowa – Leon Madsen. I dochodzi do feralnego biegu juniorów… Później, z wiadomych względów, do kolejnych wyścigów nie dochodzi. Sędzia Wojciech Grodzki w rozmowie po zawodach przyznaje, że wystawił torowi bardzo dobrą ocenę. W protokole meczowym żadnej skargi na tor nie zanotowano. Czy na wejściu w pierwszy łuk Kacper Woryna mógł złapać przyczepność? Tak. Zimą tor w Rybniku był powiększany i poszerzany. Właśnie na wejściach w łuki. Dzięki szerszym łukom miało być bezpieczniej… Ironia losu. Żużlowy laik mógłby tego nie zrozumieć, ale Jacek Rempała powinien wiedzieć, że nawierzchnia w tym miejscu mogła się jeszcze nie związać. Co nie znaczy, że tor był spreparowany, zrobiony przeciwko tarnowkiej Unii. Tor żużlowy nigdy nie będzie w stu procentach równy i bezpieczny. Nawierzchnia też się odsypuje i z postępem zawodów czasem tworzą się koleiny.

Ciężka kontuzji ręki Kacpra Woryny. Do kontuzji Kacpra Woryny doszło 13 kwietnia. Zawodnik przeszedł dwie operacje, ale nie doszło u niego do żadnych złamań. Była to tylko głęboka rana cięta. Rybniczanin był pod opieką dr Jasińskiego z Piekar Śląskich. 20-latek zgodę na start w meczu otrzymał dopiero w maju. Wystartował 8 maja w Lesznie, zdobył 3 punkty i bonus. Potem wystąpił jeszcze w dwóch spotkaniach na Wyspach Brytyjskich, aż w końcu nadeszły feralne zawody z Unią Tarnów 22 maja. Ponad miesiąc od wypadku! Do tego Kacper zdążył odbyć kilka treningów. To nie był pierwszy start po kontuzji, start na siłę. Gdyby Kacper miał startować na siłę, to jechałby już w meczu z Grudziądzem 1 maja… ale wtedy jego uraz nie był jeszcze wyleczony.

Występ w „śmiesznych” zawodach. Gdy Krystian Rempała walczył o życie w szpitalu, Jacek Rempała opublikował apel, w którym prosił o wsparcie również dla Kacpra Woryny. Teraz okazuje się, że wsparcie było wymuszone działaniem prezesa Krzysztofa Mrozka. Na dodatek rybniczaninowi obrywa się za to, że w tym czasie wystąpił w Srebrnym Kasku. A co miał zrobić Kacper? Leżeć na kanapie i po raz tysięczny analizować wypadek z Rybnika? Przyjechać do szpitala w Jastrzębiu-Zdroju i okazać wsparcie Krystianowi? Każdy psycholog w tym przypadku zaleciłby start w zawodach. Dzięki temu Kacper mógł się odciągnąć od tych myśli. Atakowanie Kacpra, że nie przeżywa tragicznej śmierci Krystiana w sytuacji, gdy w trakcie minuty ciszy w niedzielę w Toruniu z oczu polały mu się łzy… Jest nietaktowne.

Co Jacek Rempała wie na pewno? Że jego syn miał zapięty kask. A tu w dniu feralnego meczu aż huczało w parku maszyn, że ten kask był niedopięty. Być może pod wpływem emocji Jacek Rempała nie chce przyjąć czegoś do wiadomości, być może byłoby to zbyt bolesne… Krystian Rempała korzystał z kasków firmy Arai. Jednej z najlepszych i najdroższych na rynku. Posiadają one wszelkie możliwe homologacje.

Jacek Rempała mówi, że kaski mają różne zapinki, że w niektórych kaskach pasek zwisa. Zadałem sobie trud i przejrzałem galerie z tegorocznych występów Krystiana. Kask Arai, ciemno-niebieski kolor, grafika z elementami różu/fioletu na górze. I na żadnym zdjęciu, z różnych ujęć, z tegorocznych występów pasek nie zwisa… Znalazłem nawet zdjęcie z zawodów z Gdańska, gdzie widać czerwony bolec po lewej stronie szyi Krystiana. To oznaka, że kask jest zapięty, bo w taki sposób działa zapinka w kaskach Arai, że przekłada się pasek z jednej strony na drugą i zaciska specjalnym bolcem. Z rozmachu obejrzałem jeszcze zdjęcia z 2015 roku. Krystian w barwach Stali Rzeszów, kask firmy Arai, pomarańczowo-żółty. Na każdym zdjęciu zapięty, na żadnym nie wisi żaden pasek, na niektórych ujęciach widać nawet czerwony bolec. Znowu po lewej stronie kasku, a nie w okolicach klatki piersiowej.

Pasek zwisa tylko na zdjęciach z Rybnika, z czerwonym bolcem w okolicach klatki piersiowej. Nawet jeśli był to tylko plastikowy element, jak twierdzi Jacek Rempała, którego większość żużlowców nie zapina, skoro nie wpływa on na bezpieczeństwo, to dlaczego na pozostałych zdjęciach jest on u Krystiana zapięty?

Po ludzku, jest mi przykro, że Jacek Rempała w momencie żałoby pobiegł do mediów i zaczął w nich szukać winnego śmierci syna, a wręcz wskazał na Kacpra Worynę. Bo ile razy w swoim życiu Jacek Rempała wystartował z kontuzją? Ile razy Jacek Rempała startował na nowych tłumikach, które poddał słusznej skądinąd krytyce? Ile razy Jacek Rempała, jako zawodnik gospodarzy, wystartował na torze przyczepnym, co wywoływało lawinę komentarzy o jego spreparowaniu? Można się zagłębić w internet, stare wydania „Tygodnika Żużlowego” i odpowiedzi się znajdą. Tylko nie będą takie jakie byśmy chcieli… I czy skoro Tomasz Rempała, w dzień po pogrzebie Krystiana, wystartował w meczu Ukraina – Słowacja, to znaczy, że nie przeżywa rodzinnej tragedii? Nie nosi żałoby? A może, podobnie jak Kacper Woryna, uznał, że występ w zawodach to dobry sposób, by o tym wszystkim zapomnieć?

Tak jak pisałem w pierwszym tekście na temat tego smutnego zdarzenia, wszystko co mogło pójść źle w tamtym momencie, poszło. Błąd Kacpra, luźna nawierzchnia na wejściu w pierwszy łuk, niedopięty kask Krystiana… I wydarzyła się tragedia, której nic już nie zmieni. Zostaje nam tylko wyciągnąć wnioski… Sprawdzać kaski przed startem biegu, być może ponownie solidarnie i głośno zaprotestować przeciwko tłumikom, ale na pewno nie oskarżać innych…

W minioną niedzielę upadek Kacpra Woryny i Krystiana Rempały na torze w Rybniku doprowadził do dwóch tragedii. Pierwszą z nich jest śmierć 18-letniego żużlowca, który po paru dniach przegrał walkę o życie w szpitalu w Jastrzębiu-Zdroju. Drugą jest lincz jaki właśnie odbywa się w internecie na Kacprze Worynie.

To miała być zwykła żużlowa niedziela. Może niezwykła, bo pierwszego tegorocznego spotkania rybniczan z grudziądzkim GKM-em nie było mi dane oglądać z trybun stadionu przy ul. Gliwickiej. ROW powrócił po latach do Ekstraligi, więc kibice szczelnie zapełnili obiekt. I już w drugim wyścigu 10 tys. ludzi zamarło.

Wszystko co w tej chwili mogło pójść źle, to poszło. Na chwilę przed feralnym wyścigiem, Krystianowi Rempale zdefektował motocykl. Być może wtedy poluzował albo odpiął kask. Tego nie wiemy. Wiemy, że mechanicy zdążyli mu podstawić rezerwową maszynę. Taśma poszła w górę i na wejściu w łuk Kacper Woryna trafił na przyczepniejszy fragment toru, być może do tego zaciął mu się gaz. Junior ROW-u nie mógł nic zrobić, trafił w Krystiana, któremu spadł kask z głowy… Resztę historii znamy doskonale.

Krystian od początku walczył o życie. Miałem w niedzielę obrazki sprzed paru lat z Wrocławia, gdy doszło do wypadku Lee Richardsona. Na Stadionie Olimpijskim mecz dokończono, odbyła się konferencja prasowa, udało się jeszcze odbyć kilka rozmów z zawodnikami i dopiero po chwili uderzyła nas wszystkich wiadomość, że jest źle. Gdy potwierdzono informację o śmierci „Rico”, docierałem do mieszkania. Tymczasem w Rybniku byli lekarze chwytający się za głowy, usuwanie reklam z płyty boiska dla helikoptera ratowniczego.

Najmłodszy z klanu Rempałów trafił do szpitala z poważnymi obrażeniami głowy. Przeszedł natychmiastową operację, ale nie udało się go uratować. Jego młody organizm poddał się po paru dniach walki. To ogromna tragedia, w przypadku której nie da się powiedzieć, że czas wyleczy rany. Najbardziej przeżywa ją bez wątpienia Jacek Rempała. To on zaraził syna żużlem, to on go uczył żużlowego rzemiosła. To on był w teamie Krystiana na feralnych zawodach w Rybniku i pędził zaraz za karetką do szpitala w Jastrzębiu-Zdroju. Miejmy nadzieję, że w najbliższych dniach rodzina Rempałów zostanie otoczona profesjonalną pomocą.

Drugi dramat nadal się rozgrywa na naszych oczach. To hejt kierowany w stronę Kacpra Woryny. W mediach społecznościowych, w newsach na portalach informacyjnych – młodemu rybniczanowi obrywa się z każdej strony. Niektóre strony nie nadarzają z moderacją, więc niektóre „kwiatki” można łatwo wyłapać. Najlżejsze to takie, które wysyłają Kacpra na leczenie. W gorszych przypadkach – życzy mu się tego samego, co spotkało Krystiana.

Opamiętajmy się. Żużel to niebezpieczny sport i świadomość tego muszą mieć wszyscy. Nie tylko czterech zawodników wyjeżdżających do wyścigu, ale również kibice. Gdyby żużlowcy działali z premedytacją i celowo ranili swoich kolegów z toru, to by znaczyło, że jesteśmy nadal na etapie starożytnego Rzymu i oglądania walk niewolników z lwami. A tak nie jest. Każdy z żużlowców chce wygrać, stąd czasem dochodzi do wypadków. Ryzyka nie zminimalizujemy do zera. Dziś opłakujemy Krystiana, a za jakiś czas o brutalności tego sportu (niestety!) przypomni nam tragedia innego sportowca… Chciałbym się mylić, jednak lista żużlowców zmarłych wskutek obrażeń poniesionych na torze jest zbyt długa.

Kacper Woryna nie zasłużył na hejt, który jest kierowany w jego stronę. Ten chłopak zrobiłby wszystko, aby wydarzenia z 22 maja się nie wydarzyły. Aby Krystian nadal był z nami. Być może ten tekst nic nie zmieni i część kibiców nadal będzie pisać swoje komentarze pod adresem rybniczanina. „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów” – powiedział kiedyś Stanisław Lem. I miał cholerną rację.

Spoczywaj w pokoju, Krystian.
Trzymaj się, Kacper.

1

Opowieść niemal ta sama co roku, ale warto ją przypominać, bo czas robi swoje i można zapomnieć o szczegółach tamtych chwil… 2 czerwca 2006 roku, ostatni dzień w życiu Łukasza Romanka. Właśnie mija dziewięć lat odkąd nie ma z nami Łukasza.

Miałem ledwie 16 lat, więc w tamtym okresie nie bywałem zbyt często na treningach RKM-u. Z mojej dzielnicy nawet dojazd na stadion w dni meczowe jest i był problemem, więc piątkowe treningi odwiedzałem bardzo rzadko. Wtedy akurat postanowiłem wybrać się na ul. Gliwicką, bo wcześniej skończyłem lekcje…

Dla RKM-u sezon 2006 był trudny. Zespół otrzymał szansę jazdy w Ekstralidze przy zielonym stoliku, mając zbudowany skład na I ligę. Rybniczanie przegrywali mecz za meczem, na stanowisku trenera Czesława Czernickiego zastąpił Mirosław Korbel. RKM szykował się do wyjazdowego meczu z Unią Leszno. O jedno wolne miejsce w składzie rywalizowali Łukasz Romanek, Roman Povazhny i Zbigniew Czerwiński. Łukasz w feralnym sezonie otrzymywał najmniej szans, ale na treningu błyszczał. Atomowe starty dawały mu przewagę nad rywalami, bo na treningu rywalizowano głównie na dystansie dwóch okrążeń.

Stało się jasne, że w ten sposób Łukasz wywalczył sobie miejsce w składzie na mecz w Lesznie. Miał startować pod numerem ósmym, bo wtedy regulamin pozwalał na wystawienie drugiego rezerwowego, który nie mógł mieć więcej niż 23 lata. Po zakończonym treningu ze stadionu dało się wyjść jedynie przez park maszyn, więc mijałem boksy Łukasza, który mył motocykle. Wtedy jeszcze nie marzyło mi się pisanie o żużlu w charakterze dziennikarza, więc nie było szans na jakąkolwiek rozmowę. Człowiek po prostu przystanął, pooglądał zawodników i poszedł do domu.

Łukasza bardzo lubiłem. Z różnych powodów – był moim imiennikiem, też uwielbiał niebieski kolor jak ja, więc zawsze podobały mi się jego niebieskie kevlary (wyjątek sezon 2004 i czarny kevlar). Byłem też na meczu ze Stalą Rzeszów, kiedy Romanek debiutował w lidze. Miał trudne zadanie, bo zastępował kontuzjowanego Rafała Szombierskiego, który wtedy powoli wyrastał na jednego z najlepszych juniorów w kraju. Łukasz otrzymał mocny motocykl i chociać na każdym łuku miotało nim miłosiernie, to przyjechał do mety na drugiej pozycji, zaraz za Mikaelem Karlssonem. Dał tym sygnał, że spod ręki Jana Grabowskiego wyrasta kolejny żużlowy talent. Potwierdził to złotym medalem Indywidualnych Mistrzostw Europy Juniorów w 2001 roku w czeskich Pardubicach.

Tyle, że jego kariera została naznaczona przez kontuzje. W 2002 roku uczestniczył w poważnym wypadku z Robertem Miśkowiakiem podczas finału MIMP w Lesznie. Doznał poważnych obrażeń głowy i część lekarzy bała się o jego życie. Tymczasem on bardzo szybko wrócił do zdrowia, powrócił do składu RKM-u, który walczył o awans do Ekstraligi. Wygrał nawet pierwszy bieg po kontuzji w meczu z ZKŻ-em Zielona Góra. Później jednak było gorzej. Na torze było widać, że Łukaszowi brakuje agresywności, że kontuzja pozostawiła ślad. Potrafił się odblokować na pojedyncze imprezy. Gdy w sezonie 2003 w Rybniku rozgrywano finał MIMP, przebywałem na wakacjach w Bułgarii. Zadzowniłem do kuzyna, by zapytać o wyniki… i nie uwierzyłem w wygraną Łukasza w tych zawodach. Dopiero po powrocie do kraju, gdy zobaczyłem zaległy numer „Tygodnika Żużlowego”, dotarło to do mnie.

Romanek kolejny medal MIMP, tym razem brązowy, zdobył w roku 2004 na torze w Pile. To był chyba najgorszy sezon w karierze Łukasza. Rybniczanie po wielu latach przerwy awansowali do Ekstraligi, ale zbudowali skromny skład i musieli walczyć o utrzymanie wśród najlepszych. Romanek, jako jeden z najlepszych juniorów w kraju, miał być ważnym ogniwem tego zespołu. Jednak jemu wyraźnie nie szło. Miał spore problemy ze zdobywaniem punktów, na pewnym etapie sezonu lepiej punktował od niego Marek Szczyrba. W efekcie coraz większe pretensje mieli do niego kibice z Rybnika – nie jest tajemnicą, że Łukaszowi kilka razy oberwało się od fanów na mieście czy też podczas powrotów z meczów wyjazdowych. Była to tylko agresja słowna, ale taka czasem wystarczy, aby dobić zawodnika.

W roku 2005 rybniczanie jeździli już ligę niżej, a Romanek dostawał szansę w meczach ze słabszymi rywalami. Gdy tylko otrzymywał szansę występu, nie zawodził. Zakończył rozgrywki z dość wysoką średnią, ale wywalczoną głównie na gorszych drużynach. Po zakończeniu tego sezonu chciał sporo zmienić w swojej karierze. Wybrał się na tournee do Australii, gdzie zdobył tamtejszy Złoty Kask. Podpisał kontrakt na starty w Elite League w Arenie Essex Hammers. On, z jego świetną techniką, z umiejętnością trzymania krawężnika, miał zawojować Wielką Brytanię. Tymczasem stało się zgoła odmiennie. Na Wyspach mu nie szło, jego występy były coraz słabsze, do tego częste loty między Polską a Wielką Brytanią nie wpływały na niego korzystnie… Aż w końcu „Młoty” wyrzuciły go z drużyny.

Piszę ten tekst po godz. 21, dziewięć lat temu o tej porze Łukasz był już w drodze do Wilczy, małej miejscowości pomiędzy Gliwicami a Rybnikiem. Tam miał swój warsztat, tam ojciec zbudował mu mały tor żużlowy, gdzie mógł pielęgnować technikę we wczesnych latach kariery. Tam, w swoim warsztacie, Łukasz postanowił odebrać swoje życie. Przegrał z presją, przegrał z tym co kochał – z żużlem. Dopiero po jego śmierci wyszło na jaw kilka faktów – że cierpiał na depresję, ale nie chciał pomocy klubu. Że oferowano mu odejście z Rybnika, do jakiegoś klubu, gdzie będzie mógł odbudować swoją karierę, gdzie z powrotem poczuje luz i radość ze startów. Nie chciał. Miał odpowiadać, że prędzej zakończy karierę niż odejdzie z macierzystego klubu.

Chociaż Łukasz odszedł od nas późnym wieczorem 2 czerwca 2006 roku, to jeszcze bardziej w pamięci pozostaną mi wydarzenia z poranka 3 czerwca. Włączenie rybnickiego forum, przeczytanie tej tragicznej wiadomości i zalanie się łzami. Pobiegnięcie z tą informacją do ojca. Nie przytoczę dokładnie jego słów z tamtego momentu, ale brzmiały one mniej więcej „kibice go zaszczuli”. I fani RKM-u chyba mieli tego świadomość. 3 czerwca pojechałem na stadion RKM-u po raz kolejny. Tym razem już nie oglądać żużlowców w akcji, ale żeby zapalić znicz na linii startu, gdzie jeszcze dzień wcześniej Łukasz tak pewnie wygrywał starty…

Znamienne jest to, że ktoś wtedy przyniósł zdjęcie Łukasza z napisem „Przepraszamy”.

Przepraszamy co roku. Spoczywaj w pokoju.