Posts Tagged ‘Tomasz Gollob’

Tomasz Gollob przez wiele lat zachwycał na żużlowych arenach. Podobnie jak Michael Schumacher w Formule 1, czy też przykład bliższy nam, Polakom – Robert Kubica. Kariery każdego z nich nakreśliły też poważne wypadki i kontuzje.

Takie wiadomości zawsze zaskakują. Rano każdego fana zszokowała wieść o wypadku Tomasza Golloba. Pierwsza moja myśl była taka, że GKM Grudziądz musi jechać mecz na wyjeździe, skoro o poranku Gollob zdecydował się na występ w zawodach crossowych. Informacje o braku czucia w nogach nie brzmiały optymistycznie, choć kilkanaście minut później uspokojono mnie, że to czucie jednak jest. Teraz muszę doprecyzować, że chodziło o to, że rdzeń kręgowy nie jest przerwany.

Kolejna myśl – po co Gollobowi był start w tych zawodach? Zresztą, najlepszego polskiego żużlowca w historii na emeryturę kibice wysyłają już od kilku lat, bo wyniki już nie są takie do jakich przyzwyczaił. Ostatnio robili to też żużlowi eksperci jak Jan Krzystyniak. Czy nie lepiej było zrezygnować z kariery nieco wcześniej jak Tony Rickardsson czy Jason Crump? Najwidoczniej nie. On ciągle potrafił czarować, chociaż głównie na twardym torze w Grudziądzu.

Czy można zmusić kogoś do zrezygnowania z tego, co kocha? Nie. Gollob dużo wycierpiał przez żużel, ale ten żużel też dał mu wszystko. Trudno zliczyć wszystkie złamane kości Polaka, trudno zliczyć wszystkie jego upadki. Jednak równie trudno zliczyć wszystkie wspaniałe wyścigi z udziałem Golloba, wszystkie jego akcje – najlepsze były (są?) te pod bandą. Jego znak rozpoznawczy. Tam gdzie ktoś nie wcisnąłby szpilki, tam wjeżdżał Gollob. Za to kibice go kochali.

Rokowania po wypadku Golloba są złe. Nie mam wątpliwości, że polski żużlowiec ponownie stanie na nogi. Już nieraz uciekał spod topora, da radę i teraz, taki charakter. Najważniejsze, że rdzeń kręgowy nie jest przerwany. Nie wiem ile zajmie rehabilitacja Gollobowi, ale wierzę, że stanie na nogi. Niestety, co do dalszej kariery… To chyba jej koniec. Koniec na jaki Gollob nie zasłużył.

Trudno przypadku Golloba nie porównać z Robertem Kubicą. On miał wypadek w rajdzie samochodowym, który przerwał jego karierę w F1. Również mógł odpuścić, gdyby wtedy nie zdecydował się na start we Włoszech – być może dziś nadal oglądalibyśmy go w F1, być może miałby na swoim koncie jakiś tytuł mistrzowski. Golloba i Kubicę różni to, że w momencie wypadku byli na innych etapach kariery. O ile przed Kubicą były jeszcze lata startów w F1, o tyle Gollob powoli schodził ze sceny. Z upragnionym tytułem mistrzowskim w kieszeni.

Tym wszystkim (i sobie!), którzy zadają pytanie „po co to było?”, pzoostaje odpowiedzieć innym przykładem z Formuły 1. Michael Schumacher zdobył siedem tytułów mistrzowskich w F1, ścigał się samochodem przekraczającym 350 km/h, prywatnie jeździł też motocyklem sportowym. I nigdy nie miał poważnego wypadku, który na dłuższy czas wykluczyłby go z rywalizacji w królowej motorsportu. Aż pewnego dnia wybrał się na narty z rodziną, pechowe uderzenie głową o kamień… Od tego wypadku minęły ponad trzy lata i „Schumi” nadal przechodzi skomplikowaną rehabilitację, nie jest w stanie samodzielnie egzystować.

Jeśli coś ma się przydarzyć, to się przydarzy. Gollobowi przydarzyło się wiele razy. Po tych wszystkich ciosach, upadkach, krytyce, hejtach, on zawsze się podnosił. Podniesie się i teraz.

Reklamy

124

Katarzyna Karen Łapczyńska na swoim blogu wspomniała o zawodach w dirt tracku w Barcelonie, podczas których Marc Marquez i inni zawodnicy z motocyklowych mistrzostw świata, rywalizowali między sobą. Dla zabawy, dla zabicia nudy pomiędzy starym a nowym sezonem MotoGP i niższych klas. To zainspirowało mnie do pewnych przemyśleń na temat speedwaya, tym bardziej, że ostatnio żużel chce iść nieco w kierunku królowej sportów motocyklowych.

Podobnie jak Kasia, bardzo chętnie zobaczyłbym Marca Marqueza i innych zawodników z MotoGP na żużlowym owalu. Gdy patrzę na zdjęcia z zawodów w Barcelonie, mam pewność, że po kilku próbach poradziliby sobie bez problemu. Marquez na torze do dirt tracka składał się w łuk z nie mniejszą gracją niż większość żużlowców. Zawody, w których mistrz MotoGP Marc Marquez rywalizuje z żużlowym mistrzem – Taiem Woffindenem? Brzmi świetnie! Problem w tym, że trudno znaleźć dwa kraje, w których MotoGP i żużel byłyby równie popularne. Motocykle dominują w Hiszpanii, gdzie niewiele osób wie o żużlu. U nas jest boom na speedway, ale za to wyścigi MotoGP są niepopularne, bo nie mamy swojego reprezentanta w tej serii wyścigowej. Dlatego nikt nie włoży grubych pieniędzy w event żużlowy, na który przyjedzie Marquez, Rossi lub Lorenzo, bo impreza pewnie się nie zwróci… A szkoda, bo byłaby to świetna promocja sportu żużlowego.

No właśnie… promocja sportu żużlowego. Czy to w ogóle istnieje? BSI posiada od wielu lat prawa do organizacji cyklu Grand Prix i niewiele robi w tym kierunku, by wyeksponować speedway do nowych krajów. Ciągle kisimy się w tym samym otoczeniu, często w państwach innych niż Polska zawody organizowane są na stadionach przypominających wały przeciwpowodziowe. W żaden sposób nie wykorzystuje się potencjału żużlowców, kolejnych mistrzów świata. A gdy czytam, że BSI żąda od Torunia 2,5 mln zł za prawa do organizacji turnieju, podczas gdy pozostałe miasta płacą dużo mniej, to odnoszę wrażenie, że ten cały cyrk trzyma się tylko dzięki Polakom i polskim złotówkom.

Na naszym podwórku jest niewiele lepiej. Latem polska reprezentacja zdobyła Drużynowy Puchar świata. Dokonała tego na cudzym terenie, do tego bez Tomasza Golloba w składzie. „Chudy” przez wiele lat był kapitanem reprezentacji, jej prawdziwym liderem. Gdyby skoczkowie narciarscy zdobyli w Soczi medal Igrzysk Olimpijskich bez Kamila Stocha w składzie, dowiedziałby się o tym każdy Polak mający dostęp do internetu, telewizji lub radia. Tymczasem my po raz kolejny przespaliśmy moment, w którym mogliśmy się wybić z naszym sportem (dobrem?) narodowym. Małym promykiem nadziei mogą być działania wokół SEC, które prowadzi firma One Sport. Wykorzystywanie efektownych ujęć z kamer GoPro, tworzenie zabawnych memów i grafik w mediach społecznościowych – to na pewno krok w dobrym kierunku. Jednak roboty jest tyle, że konkurencję trzeba gonić sprintem.

W MotoGP od wielu lat zawodnicy mają swoje numery startowe. Nikt z góry nie narzuca im „jedynki”, „piątki”, „ósemki”. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się tym sportem, to z jakiegoś powodu będzie kojarzyć znak „VR46”. Dzięki temu numerowi Valentino Rossi wypromował samego siebie, swoje sukcesy, serię gadżetów i wiele innych rzeczy. Jorge Lorenzo jest kojarzony z „99”, Marc Marquez to dla wielu „MM93”. I podobnie teraz będzie w speedwayu, bo przed kilkoma dniami spadła na nas informacja, że w SGP i SEC żużlowcy będą mogli sami sobie wybierać numery. Koniec ze standardowym 1-16. I bardzo dobrze.

Trudno ocenić kto dokonał tego milowego kroku naprzód. Gdy wstałem rano, dowiedziałem się, że popołudniu BSI ma ogłosić tę zmianę w SGP. Kilka godzin później podobną informację opublikowano na stronie SEC, uprzedzając działania konkurencji z Wysp Brytyjskich. Nie wiadomo czy to przypadek, czy Polacy szybko zareagowali na zmianę wprowadzoną przez Brytyjczyków. Jednak wprowadzenie stałych numerów, to także wielki test dla żużlowców. Od teraz otrzymują oni dodatkowe narzędzie do promocji siebie, swoich ciuchów i innych gadżetów. Bo dotychczas wyglądało to kiepsko. Niektórzy zawodnicy ze światowej czołówki nie posiadają nawet loga swojego teamu z prawdziwego zdarzenia, oferta produktów dla kibiców też jest kiepska.

Wątpliwe, by polscy kibice nagle zaczęli kojarzyć Tomasza Golloba ze skrótem #TG20, bo jak wiadomo, Polak wybrał w SEC numer dwudziesty, nawiązując w ten sposób do Zbigniewa Bońka. Gollob jest już blisko końca swojej kariery, więc jego zabawa w numery nie będzie nawet zbytnio interesować. Jednak nie mam wątpliwości, że np. Tai Woffinden wybierze numer #108 i wypuści całą serię gadżetów z nim związanych. Bo młodzi zawodnicy zdecydowanie lepiej czują realia obecnego świata i zasady panujące w kwestii sportowego marketingu. Także nie bójmy się TW108, NP5 i innych numerów. Można je przecież bardzo szybko wykorzystać np. jako hashtagi na Twitterze, szybko przekazując informacje na temat naszego ulubionego zawodnika i komunikując się z innymi fanami. A to dopiero początek, dlatego drogi zawodniku, myśl już jak wykorzystać wybrany przez siebie numer.

PS. Kasia, w świeżej notce, także wspomina o numerach startowych w speedwayu i MotoGP. Możecie ją przeczytać tutaj.

Image

Początek Nowego Roku to zwykle okres podsumowań tego, co stało się w tym dopiero co zakończonym. Dokonujemy też analizy wydarzeń, które dopiero przed nami. Rano, spoglądając na zdjęcia na fanpejdżu Katarzyna Karen Łapczyńska Photography – lapczynska.com, dotarło do mnie, że przede mną pierwszy w życiu sezon, w którym w cyklu Grand Prix zabraknie Tomasza Golloba.

O ile jakieś przebłyski z pierwszych meczów żużlowych sięgają u mnie roku 1998, to z cyklem Grand Prix mam problem. W domu nigdy nie było Cyfry+, więc był kłopot z oglądaniem rywalizacji o tytuł mistrza świata. Bywały okresy, kiedy człowiek musiał dowiadywać się wyników z telegazety, później czekał do późnego wieczora na godzinny skrót w TVP1, po drodze były też chyba krótkie wspominki na antenach Polsatu.

Jedno człowiek pamiętał bardzo dobrze – jeśli liczyć na sukces jakiegokolwiek polskiego żużlowca, to tylko Tomasza Golloba. Pamiętam jego piękną walkę o zwycięstwo z Jimmy Nilsenem we Wrocławiu, pamiętam jak tytuł mistrzowski wymykał mu się z rąk, po kontuzji w finale Złotego Kasku (też wrocławskim!). W Grand Prix pojawili się Protasiewicz, Ułamek, Dobrucki i inni polscy zawodnicy, którzy mieli łatkę tych, którzy już za moment, już za chwilę mieli zastąpić wielkiego Mistrza. I miewali przebłyski, jak chociażby startujący z rezerwy Grzegorz Walasek w roku 2001, ale nigdy nie był to poziom Golloba. Jakimś promykiem nadziei był Jarosław Hampel, ale ten po czasie też wypadł z elity i dopiero za drugim podejściem osiągnął sukces w mistrzostwach.

Jasne, Gollob miewał też słabsze chwile w Grand Prix. Szczególnie gdy musiał przesiąść się z Jawy na GM, później miał także problem z rozszyfrowaniem nowych, jednodniowych torów. Bywały turnieje, kiedy w najważniejszym momencie turnieju wybierał czwarte pole startowe, choć wcale nie było ono najlepsze. Notorycznie na dystansie wynosił się na zewnętrzną, przez co tracił cenne pozycje, kolejne zwycięstwa. Człowiek się wkurzał, klnął na Golloba, a w kolejnych zawodach i tak musiał ściskać za niego kciuki, bo reszta Polaków odpadała po pierwszych eliminatorach.

Dlatego, przyznaję się bez bicia, na pewnym etapie zacząłem go wymieniać obok Leigh Adamsa i kilku innych zasłużonych zawodników, w gronie żużlowców, którzy nigdy nie zostaną i nie zostali mistrzami świata. Myliłem się jednak. W roku 2010 „Chudy” sięgnął po upragnione złoto i pewnie zakończy karierę jako sportowiec spełniony. Trudno nie oprzeć się jednak wrażeniu, że gdyby na pewnym etapie kariery Gollob był w stanie szybciej wyciągać wnioski ze swoich błędów, być może gdyby miał więcej szczęścia, to miałby na swoim koncie więcej niż jeden tytuł mistrzowski.

Grand Prix bez Golloba dla większości polskich kibiców nie będzie takie same. W samym cyklu jego miejsce zajmą inni, młodzi i waleczni zawodnicy. Już teraz odpowiednie show zapewniają Tai Woffinden, Darcy Ward czy Emil Sajfutdinow, więc młodsi kibice nawet nie będą rozpamiętywać akcji Golloba, który w latach swojej świetności wciskał się w kilkucentymetrowe szczeliny przy bandzie. Polacy mogą się jednak szybko zorientować, że kogoś w mistrzostwach brakuje. Być może w roku 2014 po kolejny medal sięgnie Jarosław Hampel, ale nie oszukujmy się, „Mały” nigdy nie będzie Gollobem. Nie ma tego stylu jazdy, nie ma w sobie tej zadziorności, by nie napisać dosadniej o braku jaj. Być może mocne słowa, ale świetnie mam w pamięci słowa Jarka po leszczyńskim turnieju Grand Prix w roku 2012, gdy miał pretensje, że w biegu finałowym Gollob walczył z nim na żyletki. Hampel jest innym typem zawodnika, nie porywa akcjami na dystansie, bardziej bazuje na startach, a ostatnio niestety też na czołganiu pod taśmą.

Drugim reprezentantem Polski w SGP 2014 będzie Krzysztof Kasprzak. Cytując słowa Mateusza Borka z reklamy z udziałem Leo Messiego, w porównaniu do Golloba „to jest jakiś zupełnie inny poziom”, bo „Kasper” nie ma w swoim dorobku ani jednego medalu mistrzostw świata, a samą charakterystyką jazdy nie porywa tłumów i trudno by to się zmieniło w najbliższej przyszłości. Jeśli zawodnik Stali Gorzów najbliższy sezon zakończy w czołowej ósemce, to będzie dla niego życiowym sukcesem. Testem jego wiarygodności i wiary w samego siebie będą eliminacje do SGP 2015, do których pewnie Kasprzak przystąpi, obawiając się wypadnięcia z cyklu.

Pozostaje nam wierzyć w młodzież. W 2011 roku po tytuł mistrza świata juniorów sięgnął Maciej Janowski, w zeszłym sezonie jego śladami poszedł Patryk Dudek. O ile „Magic” jest uczniem Grega Hancocka i widać to na żużlowym owalu, bo jego ataki są niezwykle „czyste” i przemyślane, to z „Duzersem” wiążę spore nadzieje. Ma świetną sylwetkę na motocyklu, w sieci można znaleźć multum zdjęć, na których kryje się za motocyklem, z charakterystycznie wysuniętą nogą i nie boi się walki, czasem i tej na łokcie. Dlatego mam nadzieję, że lada moment zobaczę wychowanka Falubazu w żużlowej elicie. I aż szkoda, że Patryk, ze względu na organizację turniejów przez inne miasta, nie ma szansy na występ z „dziką kartą” w chociaż jednych zawodach SGP. Bo rywale z jego pokolenia, jak chociażby Michael Jepsen Jesen czy Mikkel Bech Jensen, mieli już ku temu okazję.

Bez Golloba nie ma sensu?

Posted: 25 września 2013 in Żużel
Tagi: ,

IMG_7781

„Bez Golloba nie ma sensu” – te słowa od kilku dni znają niemal wszyscy kibice żużla w Polsce. W ten sposób działacze Unibaksu Toruń tłumaczyli decyzję o poddaniu walkowerem spotkania finałowego Enea Ekstraligi z Stelmetem Falubazem Zielona Góra. Być może wkrótce podobne zdanie wypowiadać będą polscy kibice podczas transmisji z zawodów Grand Prix.

W tym roku w światowym speedwayu dojdzie do rzeczy niespotykanej. Tomasz Gollob, mistrz świata z roku 2011, nie zapewni sobie miejsca w cyklu Grand Prix na sezon 2014. Wpływ na taki obrót sprawy mają słabsza postawa Polaka w niektórych turniejach oraz kontuzja, której zawodnik Unibaksu Toruń nabawił się podczas Grand Prix Skandynawii w Sztokholmie. W efekcie Golloba nie zobaczymy na liście startowej Grand Prix Polski w Toruniu, które 5 października zakończy rywalizację w żużlowej elicie.

Gollob w tym roku w Grand Prix jeździł w słabo. Wprawdzie w inaugurujących sezon zawodach w Auckland i Bydgoszczy stawał na podium, ale później było dużo gorzej. Polak zdobył ledwie trzy punkty w Pradze, w Cardiff uzyskał tylko pięć „oczek”, a na dobrze sobie znanym obiekcie w Gorzowie wywalczył cztery punkty. Były mistrz świata miał jednak przy tym sporo szczęścia, bo kontuzje Chrisa Holdera i Darcy’ego Warda sprawiły, że pod koniec sezonu Gollob mimo wszystko miał szanse na wywalczenie miejsca w pierwszej ósemce cyklu.

Przed turniejem w Sztokholmie Gollob miał na swoim koncie 89 punktów, co dawało mu ósmą lokatę w mistrzostwach. Przewaga „Chudego” nad dziesiątym Wardem wynosiła jedenaście punktów. Dlatego kluczowy był występ na Friends Arena w Sztokholmie. Jeśli po nim polski żużlowiec nadal miałby przewagę nad Australijczykiem, polscy kibice mogliby spać spokojnie. W końcu sezon zakończy się zmaganiem w Toruniu, a jest to ulubiony tor żużlowy Golloba. Uraz kręgosłupa sprawił jednak, że Gollob przedwcześnie zakończył sezon i na pewno nie zostanie sklasyfikowany w czołowej ósemce Grand Prix.

W związku z tym, nasuwa się pytanie – co dalej? Gollob nigdy nie musiał liczyć na stałą „dziką kartę” od organizatorów Grand Prix. Nawet gdy miewał słabsze momenty w swojej karierze, to kończył rywalizację na bezpiecznych miejscach (8. pozycja w roku 2006, 7. miejsca w latach 2005, 2002 i 2000). Czy Polak zasłużył jednak na szansę od BSI? Wprawdzie Gollob jest ikoną światowego żużla, obok Grega Hancocka najbardziej doświadczonym zawodnikiem w cyklu. Reszta żużlowców z ich pokolenia – Tony Rickardsson, Jason Crump czy Leigh Adams – zakończyła już swoje kariery. Czy Polak może wnieść jeszcze coś ciekawego do mistrzostw? I być może najważniejsze pytanie – czy chce jeszcze coś wnosić?

Nie jest tajemnicą, że od pewnego czasu Gollob myślami jest już poza światem żużlowym i w wolnych chwilach przygotowuje się do startu w Rajdzie Dakar. Jeszcze w trakcie trwania tegorocznych rozgrywek dało się słyszeć głosy, że słabsze występy Golloba w Grand Prix spowodowane są brakiem motywacji i chęcią zakończenia startów w mistrzostwach świata. Zawodnik Unibaksu Toruń jednak nigdy nie potwierdził tych plotek. Na pewno w przyszłym roku zobaczymy go w ligowej rywalizacji – wciąż wiąże go kontrakt z ekipą toruńskich „Aniołów”. Na odpowiedź dotyczącą Grand Prix będziemy musieli poczekać jeszcze kilka tygodni – wszystko powinno wyjaśnić się na przełomie października i listopada.

Brak Golloba w mistrzowskiej stawce byłby na pewno złą wiadomością dla polskich fanów. Wprawdzie w ostatnich sezonach Polacy mogą już nie tylko liczyć na „Chudego”, ale także na Jarosława Hampela, jednak wychowanek bydgoskiej Polonii nadal ma wierne grono kibiców, które przemierza dla niego całą Europę. „Bez Golloba nie ma sensu” – tak może pomyśleć niejeden polski kibic, który przez lata nauczył się oglądać i jeździć na zawody Grand Prix, by wspierać Tomasza Golloba.

Zwycięstwem Jarosława Hampela zakończyło się Grand Prix Słowenii, które w sobotni wieczór odbyło się na torze w Krsko. W biegu finałowym Polak pokonał Taia Woffindena, Tomasza Golloba i Nielsa K. Iversena. Liderem klasyfikacji generalnej mistrzostw pozostaje Woffinden.

Na liście startowej turnieju w Krsko zabrakło Emila Sajfutdinowa. Rosyjski żużlowiec w zeszłą niedzielę nabawił się kontuzji i musiał zrezygnować z występu w Słowenii. Uraz Rosjanina sprawił, iż niemal do zera zmalały jego szanse na zdobycie w tym roku tytułu mistrzowskiego. Dotychczas Sajfutdinow tracił do prowadzącego Woffindena tylko trzy punkty, po turnieju w Krsko przewaga Brytyjczyka wzrosła do „oczek”.

Początek zawodów był udany dla Polaków. W pierwszej serii startów Jarosław Hampel i Tomasz Gollob dysponowali dobrymi wyjściami spod taśmy i zapisali na swoich kontach po trzy „oczka”. Niewiele gorszy był Krzysztof Kasprzak – „Kasper” w swoim starcie musiał uznać wyższość szybkiego Nielsa K. Iversena, wyprzedzając na dystansie Martina Vaculika.

Nieco gorzej Biało-Czerwonym wiodło się w kolejnych wyścigach. W piątym biegu w bratobójczym pojedynku Kasprzak okazał się lepszy od Golloba, a jako pierwszy linię mety minął Nicki Pedersen. Jeszcze gorzej w kolejnej gonitwie zaprezentował się Jarosław Hampel. „Mały” słabo wyszedł spod taśmy w biegu numer sześć, ale po dobrym rozegraniu pierwszego łuku przez chwilę znajdował się na drugim miejscu, ale ostatecznie dojechał do linii mety na trzeciej pozycji. Druga seria startów zakończyła się kolejnym pewnym zwycięstwem Taia Woffindena. Brytyjczyk, obok Nielsa K. Iversena, był w tym momencie na czele klasyfikacji sobotnich zawodów.

Niezwykle interesujący był dziesiąty wyścig, na starcie do którego stanęli Woffinden, Gollob, Iversen i Hampel. Brytyjczyk nie dał szans pozostałym rywalom, wygrywając z ogromną przewagą. Jednak ku uciesze polskich fanów, Gollob zdołał przywieźć za swoimi plecami Iversena. Dobrze w trzeciej serii startów wypadł też Krzysztof Kasprzak. „Kasper” wygrał dwunastą gonitwę, przywożąc za swoimi plecami Condę, Jonssona i Madsen. Tym samym zawodnik Stali Gorzów, z 7 punktami na koncie, był najlepszym z Polaków na tym etapie turnieju.

W trzynastym wyścigu pierwszą porażkę w sobotnich zawodach zanotował Tai Woffinden. Po gorszym starcie Brytyjczyk został wywieziony pod bandę na pierwszym łuku i musiał ruszyć w pogoń. O ile „Woffy” nie miał problemów z pokonaniem na dystansie Jonssona, to na wyprzedzenie Mateja Zagara zabrakło mu już czasu. Dobrze zaprezentowali się też Polacy – w czternastym biegu Jarosław Hampel odniósł pewną wygraną, przyjeżdżając na metę przed Wardem i Kasprzakiem. W kolejnej gonitwie „trójkę” przywiózł też Gollob, który na trasie po zdecydowanym ataku wyprzedził Grega Hancocka.

W piątej serii, rzutem na taśmę, do półfinałów awansował Matej Zagar. Słoweniec w wyścigu numer siedemnaście ostro zaatakował Nielsa K. Iversena, który po tym ataku spadł na ostatnie miejsce. Zagar tym samym wypchnął z kolejnej fazy zawodów Krzysztofa Kasprzaka, który w swoim ostatnim starcie nie zdobył punktów i wypadł poza czołową ósemkę. Na wysokości zadania stanęli za to Gollob i Hampel – obaj pewnie wygrali swoje wyścigi na zakończenie fazy zasadniczej.

Biegi półfinałowe ułożyły się po myśli polskich zawodników. W pierwszej gonitwie Jarosław Hampel popisał się świetnym momentem startowym i założył na pierwszym łuku Taia Woffindena, dowożąc do mety zwycięstwo. Chwilę później podobną ścieżką podążył Gollob. Mistrz świata z sezonu 2010 bardzo dobrze ruszył spod taśmy i zamknął Nickiego Pedersena, choć ten startował z teoretycznie korzystniejszego pierwszego pola startowego.

W finale Hampel wykorzystał najkorzystniejsze, pierwsze pole startowe i pewnie wygrał start, a następnie bardzo dobrze rozegrał pierwszy łuk. Za plecami „Małego” trwała zażarta walka o drugą pozycję, z której zwycięsko wyszedł Woffinden. Tym samym na najniższym stopniu podium stanął Gollob.

Do końca sezonu pozostały dwa turnieje Grand Prix – 22 września światowa czołówka zawita do Sztokholmu, a 5 października rozegrane zostaną zawody w Toruniu. Obecnie liderem cyklu jest Tai Woffinden, który ma 134 punkty. Drugie miejsce zajmuje Emil Sajfutdinow z 114 „oczkami” na koncie, a trzeci jest Jarosław Hampel – 112 punktów.

Wyniki:
1. Jarosław Hampel (Polska) – 16 (3,1,0,3,3,3,3) + 1 miejsce w finale
2. Tai Woffinden (Wielka Brytania) – 17 (3,3,3,2,2,2,2) + 2 miejsce w finale
3. Tomasz Gollob (Polska) – 16 (3,1,2,3,3,3,1) + 3 miejsce w finale
4. Niels K. Iversen (Dania) – 11 (3,3,1,2,0,2,0) + 4 miejsce w finale
5. Nicki Pedersen (Dania) – 14 (2,3,3,3,2,1)
6. Darcy Ward (Australia) – 10 (1,2,2,2,2,1)
7. Greg Hancock (USA) – 9 (2,1,1,2,3,0)
8. Matej Zagar (Słowenia) – 8 (1,0,1,3,3)
9. Krzysztof Kasprzak (Polska) – 8 (2,2,3,1,0)
10. Fredrik Lindgren (Szwecja) – 8 (2,2,2,0,2)
11. Antonio Lindbaeck (Szwecja) – 7 (0,2,3,1,1)
12. Andreas Jonsson (Szwecja) – 3 (1,0,1,0,1)
13. Martin Vaculik (Słowacja) – 5 (1,3,0,1,0)
14. Aleksander Conda (Słowenia) – 3 (0,0,2,0,1)
15. Ales Dryml (Czechy) – 2 (0,1,0,1,0)
16. Leon Madsen (Dania) – 1 (0,0,0,0,1)

Rezerwowi:
17. Matic Voldrih (Słowenia) – NS
18. Denis Stojs (Słowenia) – NS

Łukasz Kuczera
Onet

Niezwykle ciekawie zapowiada się walka o ósme miejsce w klasyfikacji generalnej cyklu Grand Prix. Jest to ostatnia pozycja premiowana awansem do przyszłorocznych mistrzostw. Największe szanse na zajęcie ósmego miejsca ma ktoś z dwójki Tomasz Gollob – Darcy Ward.

Obecnie ósme miejsce w klasyfikacji generalnej mistrzostw zajmuje Chris Holder, ale Australijczyk na pewno nie utrzyma swojej pozycji. Od kilku tygodni aktualny mistrz świata zmaga się z poważną kontuzją, której nabawił się podczas meczu brytyjskiej Elite League. „Chrispy” nie wyjedzie już w tym roku na tor i zapewne po zakończeniu rozgrywek otrzyma od BSI jedną ze stałych „dzikich kart”.

W tej sytuacji największe szanse na ósme miejsce mają Tomasz Gollob oraz Darcy Ward. Polski żużlowiec ma na swoim koncie 73 „oczka”, a Australijczyk zgromadził dotychczas 68 punktów. Ward nie wystąpił jednak w trzech turniejach Grand Prix z powodu urazu łopatki. – Wolałbym awansować do czołowej ósemki mistrzostw i być pewnym startów w Grand Prix w roku 2014, niż liczyć na stałą „dziką kartę”. Niektórzy mówią, że na pewno ją dostanę, ale dobrze wiemy, że jest wielu zawodników, którzy mogą dostać zaproszenie do udziału w cyklu. Na pewno na tej liście jest Chris Holder. Myślę, że sam zasługuję na taką nominację, ale wolę polegać na sobie i wywalczyć awans na torze – powiedział Ward w rozmowie z oficjalnym serwisem Speedway Grand Prix.

W tym roku Gollob nie spisuje się najlepiej w cyklu Grand Prix, a coraz częściej w środowisku żużlowym słychać plotki, że jest to ostatni sezon startów Polaka w mistrzowskim cyklu. Ward stara się jednak o tym nie myśleć. – Tracę do Tomasza pięć „oczek”. Ostatnio zrobił podczas meczu w Toruniu komplet 15 punktów, ale on lubi tamtejszy tor. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby awansować przed niego w klasyfikacji, ale na pewno nie będzie łatwo. W końcu to jest Tomasz Gollob. Mi pozostaje robić swoje i mieć nadzieję, że szczęście uśmiechnie się do mnie – stwierdził były indywidualny mistrz świata juniorów.

Ward w tym roku po raz pierwszy w karierze jest pełnoprawnym uczestnikiem cyklu Grand Prix i jest zadowolony ze swoich wyników. – Co tydzień uczę się czegoś nowego i czerpię z tego radość. Jeśli udaje mi się wygrywać wyścigi, to moje życie staje się łatwiejsze. Mam problemy z formą w Polsce, ale w Grand Prix zająłem ostatnio drugie miejsce w Daugavpils. To cieszy. Staram się traktować to jako dobrą zabawę i takie podejście mi pomaga. Mam przed sobą jeszcze trzy rundy i nie chcę zrobić czegoś głupiego. Pracuję też wspólnie z Gregiem Hancockiem, odkąd startuje on w Poole Pirates, więc mam nadzieję, że uda mi się to wykorzystać i pokonać go w Grand Prix – zakończył australijski zawodnik.

ŁK
Onet, speedwaygp.com