Posts Tagged ‘Tai Woffinden’

4567

Andreas Jonsson przedłużył kontrakt ze Stelmetem Falubazem Zielona Góra, Michael Jepsen Jensen przez kolejny rok będzie punktować dla Włókniarza Częstochowa – weekend przyniósł kolejne rozstrzygnięcia transferowe na sezon 2014. Pierwszym klubem, który rozpoczął budowę składu na przyszły rok, jest jednak Betard Sparta Wrocław.

Wrocławianie w poprzednich latach ociągali się z kontraktowaniem zawodników, oczekując na rozstrzygnięcia w innych klubach. W efekcie do klubu trafiali przeważnie zawodnicy niechciani w innych drużynach. Tym samym Betard Sparta w trzech ostatnich sezonach musiała walczyć o utrzymanie wśród najlepszych. W sezonie 2014 sytuacja może jednak ulec zmianie.

W minionym sezonie liderem Betardu Sparty Wrocław był Tai Woffinden. Brytyjczyk równie dobre wyniki osiągał podczas turniejów Grand Prix, co zakończyło się dla niego zdobyciem pierwszego w karierze tytułu indywidualnego mistrza świata. W tej sytuacji wielu kibiców widziało już Woffindena w innym klubie niż Sparta. Tymczasem zawodnik, kilka dni po osiągnięciu życiowego sukcesu, przedłużył kontrakt z dotychczasowym pracodawcą. Wrocławianie mają tym samym lidera na sezon 2014. Sprawą otwartą pozostaje obsada kolejnych pozycji w drużynie.

Pierwsze informacje z klubu mówią o tym, że kontrakty powinni przedłużyć także Tomasz Jędrzejak, Zbigniew Suchecki i Troy Batchelor. „Ogór” świetnie czuje się we Wrocławiu i nie zawsze patrzy na finanse – w zeszłym roku, po tym jak zawodnik zanotował sezon życia, postanowił pozostać w stolicy Dolnego Śląska. Rok 2013, w którym Jędrzejak zmagał się z kontuzją kolana, nie był dla niego już tak udany, więc tym bardziej należy wierzyć w pozostanie kapitana Betardu Sparty we Wrocławiu.

Osobna kwestia to kontrakty Batchelora i Sucheckiego. Australijczyk jest dobrą duszą towarzystwa i wprowadza dobrą atmosferę w zespole, ma świetne relacje z Woffindenem. Jego transfer przed rokiem wiązał się ze sporym ryzykiem, ale okazał się trafiony i najprawdopodobniej gdyby w miejsce „Batcha” we Wrocławiu wylądował np. Greg Hancock, to wrocławianie teraz szykowaliby się do sezonu I-ligowego. Problem w tym, że mimo wszystko Batchelorowi zdarzały się słabsze mecze, a w sezonie 2014 Enea Ekstraliga liczyć będzie tylko osiem zespołów, co oznacza jeszcze wyższy poziom rozgrywek. Czy w tej sytuacji obcokrajowiec Betardu Sparty będzie w stanie utrzymać średnią biegową z sezonu 2013?

Suchecki miał pewne miejsce w składzie ze względów regulaminowych – pełnił rolę drugiego krajowego seniora obok Jędrzejaka. Dlatego też nikt nie oczekiwał od niego cudów, ale podobnie jak w przypadku Batchelora, można być zadowolonym z jego wyników. W niektórych spotkaniach dobre wyniki „Suchego” zadecydowały o tym, że dwa punkty pozostawały na Stadionie Olimpijskim. W kontekście sezonu 2014 mówi się jednak coraz częściej o tym, że Suchecki miałby pełnić rolę zawodnika rezerwowego, który szansę występu otrzyma w przypadku słabszej dyspozycji jednego z kolegów z drużyny.

Załóżmy, że Jędrzejak i Batchelor przedłużą kontrakty we Wrocławiu, a Suchecki będzie tylko rezerwowym, to w składzie pozostają dwa wolne miejsca. Kto mógłby je zająć? Nikłe szanse na przedłużenie umowy ma Peter Ljung, który po dobrej inauguracji rozgrywek, później spuścił z tonu. Wrocław obiegła już informacja, ż w jego miejsce do drużyny przymierzany jest inny ze Szwedów – Daniel Nermark. W tym roku doświadczony żużlowiec nie miał okazji pojawić się na Stadionie Olimpijskim z powodu kontuzji, ale w poprzednich sezonach w barwach Włókniarza Częstochowa dwukrotnie zdobywał po 10 punktów. Nermark to dobry startowiec, lubi twardą nawierzchnię, więc jego charakterystyka byłaby idealna dla wrocławskiego klimatu. Problem w tym, że przy 8-zespołowej Enea Ekstralidze, zawodnicy jego pokroju mogą pozostawić na bezpieczny angaż w I lidze.

Na Dolnym Śląsku żyją jeszcze dwoma transferami – pierwszy z nich to powrót Macieja Janowskiego, drugi to pozyskanie Mateja Zagara, o którym pisał niedawno „Przegląd Sportowy”. Na powrocie „Magica” na stare śmieci zależy kilku wrocławskim sponsorom, którzy wspierali i nadal wspierają rozwój byłego indywidualnego mistrza świata juniorów. Janowskiemu właśnie skończył się kontrakt z Unią Tarnów, której finanse będą uzależnione od decyzji Grupy Azoty. Jeśli firma nadal weźmie na swoje barki finansowanie kontraktu wychowanka Sparty, to raczej pozostanie on na kolejny rok „Jaskółką”. Podobnie może być z transferem Leona Madsena, którego niektóre media przymierzają do składu Betardu Sparty. Duńczyk jeździł już w plastronie klubu z Wrocławia w latach 2008-2010, po czym przeniósł się do Tarnowa.

Z kolei transfer Zagara brzmi dla kibiców wrocławskich niczym powieść sci-fi. Słoweniec ma opinię zawodnika drogiego, do tego musi zbudować odpowiedni budżet, aby przygotować się do startów w Grand Prix. Chętnie w swoich szeregach ponownie widzieliby go działacze Stali Gorzów, jednak ich kasa świeci pustkami. Natomiast pozostałe kluby mają już zakontraktowanych liderów na sezon 2014, więc może Zagar będzie skazany na Wrocław?

Idealny skład seniorski Betardu Sparty na sezon 2014? Woffinden, Jędrzejak, Batchelor, Zagar, Janowski? To byłby skład, który gwarantowałby coś więcej niż walkę o utrzymanie. Z drugiej strony, skąd nagle w stolicy Dolnego Śląska znajdą się fundusze na takie transfery? Czy po kilku latach chudych, miałyby nadejść lata tłuste? Odpowiedzi na te pytania nie poznamy zbyt wcześnie… To samo tyczy się regulaminu na sezon 2014. Jeśli działacze utrzymają górny próg KSM, to posiadanie takich pięciu „strzelb” będzie niemożliwe.

Reklamy

12345

„Nie bój się, odejdzie po sezonie”, „na pewno się z nim pożegnacie” i kilka innych haseł – to wszystko można było usłyszeć w kontekście startów Taia Woffindena w Betard Sparcie Wrocław w sezonie 2014. Tymczasem w poniedziałek nowo kreowany mistrz świata przedłużył kontrakt z wrocławskim klubem. „Woffy” pokazał tym samym, że czasem pieniądze w sporcie nie są najważniejsze.

Ustalmy pewne fakty. Betard Sparta Wrocław nie należy do ligowych potentatów. W poprzednich sezonach wrocławianie toczyli zaciętą walkę o utrzymanie w Enea Ekstralidze, wygrywając pojedynki z Wybrzeżem Gdańsk czy też PGE Marmą Rzeszów. Spora w tym zasługa zawodników, menedżera Piotra Barona i rodzinnej atmosfery panującej w zespole. To także klub ze stolicy Dolnego Śląska dał szansę Taiowi Woffindenowi w sezonie 2012. Brytyjczyk dość niespodziewanie podpisał kontrakt z wrocławską drużyną i stał się jednym z jej filarów. W tym roku zyskał już miano jej zdecydowanego lidera.

Wraz z kolejnymi dobrymi występami, a także szansą zdobycia pierwszego w karierze tytułu indywidualnego mistrza świata, posypały się oferty z innych klubów. Rozgrywki ligowe nie były jeszcze zakończone, złoty medal SGP nie wisiał jeszcze na szyi Taia, a media już informowały, że Brytyjczykiem interesują się Falubaz Zielona Góra i Unibax Toruń. Oba kluby prowadzone w sposób profesjonalny (do Unibaksu można mieć kilka zastrzeżeń po finale ligi…), dysponujące sporym budżetem. W kolejnych tygodniach Brytyjczykiem zainteresowali się też sternicy Włókniarza Częstochowa.

W końcu sam powoli zacząłem wierzyć w odejście Woffindena. Betard Sparta w ostatnich latach co roku traci liderów – po sezonie 2011 odeszli Maciej Janowski i Kenneth Bjerre, w zeszłym roku z klubem rozstali się Fredrik Lindgren i Sebastian Ułamek. Nadzieja umiera jednak ostatnia… W końcu „Woffy” wiele razy podkreślał, iż dobrze czuje się we Wrocławiu, dziękował za wsparcie sponsorom wywodzącym się z tego miasta, chwalił współpracę z Piotrem Baronem. Jednak to były tylko (albo aż) słowa. Wielu już było sportowców, którzy składali deklaracje, że będą jeździć w danym klubie do końca kariery, że nigdy nie przejdą do lokalnego rywala. Tymczasem gdy na stole pojawiała się duża gotówka, zapominali o swoich wypowiedziach i składali podpis po kontraktem.

Jednak Tai przeszedł z etapu słów do czynów. Zaledwie dwa dni po zdobyciu upragnionego tytułu mistrza świata pojawił się w stolicy Dolnego Śląska i uzgodnił warunki nowego kontraktu z klubem. Nie licytował się o wyższą kwotę na umowie, nie biegał między klubami i nie podbijał stawek. Nie poszedł drogą innych mistrzów, którzy tak postępowali po zachłysnięciu się sukcesem. Wystarczy przykład ostatniego brytyjskiego championa. Mark Loram, bo o nim mowa, zdobył tytuł mistrzowski w roku 2000 i w kolejnym sezonie postanowił podpisać „kontrakt życia”. Skończyło się tym, że Włókniarz Częstochowa rozstał się z „Loramskim”, a zawodnik znalazł zatrudnienie w polskiej lidze dopiero w trakcie trwania kolejnych rozgrywek, wiążąc się z Polonią Bydgoszcz.

Woffinden swoją decyzją zdobył uznanie kolejnych kibiców. Zaskoczenie działaczy w Częstochowie i Toruniu, gdy usłyszeli od zawodnika, iż podpisuje nowy kontrakt we Wrocławiu, musiało być ogromne. Nie jest bowiem tajemnicą, że częstochowianie jeszcze podczas niedzielnego turnieju towarzyskiego rozgrywanego pod Jasną Górą, sondowali możliwość pozyskania Brytyjczyka. Z kolei fani we Wrocławiu kochali go jeszcze przed przedłużeniem umowy i teraz ich uczucia dodatkowo przybiorą na sile. – Będziemy budować skład w oparciu o Taia – zapowiedzieli już szefowie wrocławskiego klubu. Dlatego kibicom Betardu Sparty Wrocław pozostaje czekać na kolejne wieści transferowe z klubu.

1234

Działacze Betardu Sparty Wrocław osiągnęli pierwszy sukces transferowy, choć sezon żużlowy nie dobiegł jeszcze końca. Wrocławianom udało się przedłużyć umowę z nowo kreowanym mistrzem świata – Taiem Woffindenem. Jakich kolejnych kontraktów należy spodziewać się w stolicy Dolnego Śląska?

Niedawno na Stadionie Olimpijskim odbyło się oficjalne zakończenie sezonu 2013 w wykonaniu Betardu Sparty Wrocław. Działacze i kibice mieli powody do zadowolenia, bo drużyna skazywana przez wielu na pożarcie, zdołała utrzymać się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Spora w tym zasługa Taia Woffindena, który był zdecydowanym liderem zespołu w sezonie 2013.

Dlatego też Brytyjczyk nie narzekał na brak ofert. W swoich szeregach widzieli go działacze Unibaksu Toruń, Włókniarza Częstochowa i Falubazu Zielona Góra. We Wrocławiu zachowano jednak spokój i rozpoczęto rozmowy z brytyjskim żużlowcem, zanim ten zdobył pierwszy w karierze tytuł indywidualnego mistrza świata. – Chcemy zbudować skład na sezon 2014 w oparciu o Taia – powtarzał menedżer Piotr Baron.

W poniedziałek szefowie Betardu Sparty Wrocław mogli ogłosić sukces – Brytyjczyk potwierdził przedłużenie umowy z klubem. – Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, że Tai wybrał nasz klub. Chcieliśmy rozpocząć budowę składu od jego osoby i to się nam udało – przekazała za pośrednictwem oficjalnej strony klubu przewodnicząca rady nadzorczej WTS-u Wrocław, Krystyna Kloc.

Wrocławianie chcą także przedłużyć umowy z pozostałymi zawodnikami, którzy bronili barw Betardu Sparty w sezonie 2013. Jednak Troy Batchelor jest kuszony wizją powrotu do Unii Leszno, gdzie startował w latach 2007-2012. Wpływ na decyzję Australijczyka może mieć firma Polcopper, która wspiera go finansowo. Jej prezes Piotr Rusiecki jest głównym kandydatem do objęcia fotelu prezesa w leszczyńskim klubie. W stolicy Dolnego Śląska powinni pozostać za to Tomasz Jędrzejak oraz Zbigniew Suchecki, którzy w minionym sezonie dobre występy przeplatali słabszymi.

Niewiadomą pozostaje skład juniorski wrocławskiej drużyny. Patryk Dolny i Patryk Malitowski kiepsko zaczęli rozgrywki Enea Ekstraligi i dopiero w ostatnich meczach sezonu osiągali satysfakcjonujące wyniki. Obaj żużlowcy mają ważne kontrakty z Betardem Spartą Wrocław, ale nie jest wykluczone, iż sternicy klubu z Dolnego Śląska poszukają na rynku transferowym dla nich konkurencji.

Obrazek

Sobotni wieczór był niezwykle udany dla Taia Woffindena. Brytyjski żużlowiec wywalczył na torze w Toruniu złoty medal indywidualnych mistrzostw świata w jeździe na żużlu. „Woffy” zakończył rywalizację w cyklu Grand Prix z 151 punktami na koncie.

Przed zawodami w Toruniu tylko ogromny pech mógł zabrać Woffindenowi tytuł mistrza świata. Brytyjczyk miał 16 punktów przewagi nad drugim w klasyfikacji Jarosławem Hampelem, ale jego otoczenie wolało dmuchać na zimne. „Woffy” podczas ostatniego turnieju w Sztokholmie uczestniczył w wypadku, w wyniku którego ponownie złamał obojczyk i do Grand Prix Polski przystępował z kontuzją.

Jednak już po drugiej serii startów, w której Woffinden pokonał Hampela, stało się jasne, że Brytyjczyk został nowym mistrzem świata. – Jest spora różnica w moich wynikach między sezonami 2012 a 2013 i jestem tego świadom. To kwestia innych motocykli, przygotowania. Mam tych samych ludzi w swoim teamie. Świetną robotę wykonuje Jacek Trojanowski, który opiekuje się moim sprzętem i bardzo mi pomógł w osiągnięciu tego sukcesu – powiedział po zawodach brytyjski żużlowiec.

Woffinden nie ukrywał, iż jego najbliżsi także mieli spory wpływ na rozwój jego umiejętności. – Moja mama, moja dziewczyna – one też mnie wspierały i pomogły mi w odnoszeniu zwycięstw. Dzięki temu nie czułem tak dużej presji, mogłem poradzić sobie ze stresem i kolejne sukcesy przychodziły łatwiej. Teraz mogę powiedzieć – robota została wykonana – dodał „Woffy”.

W sezonie 2014 Woffinden będzie startować w cyklu Grand Prix z numerem jeden na plecach. Dla Brytyjczyka to spore wyzwanie, ale 23-letni zawodnik podkreśla, iż będzie gotowy na obronę mistrzowskiego tytułu. – Wiem już jakie to jest uczucie – być zwycięzcą. Dlatego czekam na kolejny rok i będę mierzył w obronę tytułu – podsumował zawodnik Betardu Sparty Wrocław.

124

Darcy Ward zajął piąte miejsce w rozegranym w sobotni wieczór Grand Prix Polski na torze w Toruniu. Australijski żużlowiec rywalizację w elitarnym cyklu zakończył na ósmej pozycji z dorobkiem 106 punktów.

W polskiej lidze Ward reprezentuje barwy Unibaksu Toruń, dlatego australijski żużlowiec liczył na udany występ na MotoArenie. Zawodnik z Antypodów bez problemów awansował do fazy półfinałowej turnieju, jednak w decydującym momencie musiał uznać wyższość Adriana Miedzińskiego, późniejszego triumfatora imprezy. – Był bardzo szybki tego wieczoru i gdy mnie minął, nie mogłem już nic zrobić – stwierdził po zawodach Darcy Ward.

Australijczyk przyznał, iż nie miał problemów z rozszyfrowaniem toruńskiej nawierzchni. – Zajęło mi to trochę, ale po meczu finałowym Enea Ekstraligi znalazłem właściwe ustawienia na ten tor. I tak samo było podczas tego wieczoru. Byłem dość szybki, bo startuję w Toruniu przez kilka lat i korzystam z tego doświadczenia. Dlatego jestem zadowolony z tego jak ułożył się ten turniej. Myślę, że osiągnąłem dość dobry wynik – dodał reprezentant Australii.

Tytuł mistrzowski powędrował w sobotę do Taia Woffindena. Złoty medal Brytyjczyka jest sporym zaskoczeniem, gdyż przed sezonem mało kto wierzył, że będzie on w stanie utrzymać się w Grand Prix. Ward cieszy się jednak z sukcesu swojego kolegi z toru. – W pełni się zgadzam – nadchodzi czas młodych strzelb. Tai był świetny przez cały sezon i w pełni zasłużył na ten tytuł mistrzowski. Był bardzo szybki i najlepszy spośród nas wszystkich w Grand Prix – stwierdził zawodnik Unibaksu Toruń.

Ward, dzięki zajęciu ósmego miejsca w klasyfikacji generalnej mistrzostw, może być pewny startów w Grand Prix w przyszłym sezonie. Na co będzie stać Australijczyka? – Straciłem w tym roku kilka punktów z powodu kontuzji, ale teraz mogę skupiać się na przyszłym sezonie. Będę starał się dać z siebie wszystko w każdych zawodach – podsumował żużlowiec.

Większość z nas miała w swoim życiu wypadki, w wyniku których doznała różnego rodzaju kontuzji. Złamana ręka, zerwane więzadło, uszkodzony mięsień. Wtedy gips, szyna, kilka tygodni zwolnienia lekarskiego i można myśleć o powrocie do pracy. Tymczasem ostatnio w sporcie coraz częściej (może zawsze byli?) pojawiają się tytani, których nic nie powstrzyma przed startem w zawodach.

Moja lista poważniejszych kontuzji zamyka się póki co (odpukać!) na złamanym łokciu. Dwie operacje, równo dwa tygodnie w szpitalu, metalowe pręty w ręce. Do tego kilka tygodni z gipsem, później szyną i w końcu rehabilitacją… Każdy dzień spędzony wtedy na sali z rehabilitantką był niczym koszmar. Dlatego ogromnym szacunkiem darzę każdego sportowca, który pomimo urazu, decyduje się wsiadać na motor, wychodzić na boisko, parkiet, kort. I dawać z siebie wszystko, choć większość z nas leżałaby w tym czasie w łózku.

Najpierw będą przykłady żużlowe. Nicki Pedersen na początku sezonu doznał złamania ręki. Duńczyk zanotował dość udaną inaugurację rozgrywek w cyklu Grand Prix i zachowywał wtedy realne szanse na zdobycie medalu z najcenniejszego kruszczu. Dlatego „Power” nie mógł odpuścić. Przygotował specjalną szynę, która pozwalała mu utrzymać kierownicę, korzystał z zabiegów u fizjoterapeuty i wyjeżdżał do kolejnych wyścigów. Ból musiał być potworny i wcale nie dziwię się, że po turniejach Grand Prix duński żużlowiec opuszczał mecze ligowe w Polsce. Powtórzenie takiego wysiłku drugi dzień z rzędu było niemożliwe. Oczywiście, kibice w Rzeszowie mogą mieć za złe Pedersenowi, że jego decyzja doprowadziła do spadku drużyny z Enea Ekstraligi. Z drugiej strony, nie wiemy jakie były zapisy kontraktu Duńczyka z rzeszowskim klubem.

Żużlowych „herosów” w tym roku było jednak więcej. Tai Woffinden złamał obojczyk w Grand Prix Wielkiej Brytanii na początku czerwca, by dwa tygodnie później wystąpić już w Grand Prix Polski na torze w Gorzowie. Motywacja Brytyjczyka była podobna jak u Pedersena – szansa na zdobycie tytułu indywidualnego mistrza świata. Mina Woffindena po każdym wyścigu w zawodach rozgrywanych na stadionie im. Edwarda Jancarza pokazywała jedno – kontuzja nie jest jeszcze wyleczona, a każdy bieg to dla organizmu Brytyjczyka ogromny wysiłek. Podobnie było też po kolejnych występach Woffindena w meczach ligowych dla Betardu Sparty Wrocław w Enea Ekstralidze. – Ten obojczyk nadal jest złamany i czasami czuję jak kość się przemieszcza i ociera o inne. Jest to bolesne uczucie – powiedział wprost Woffinden po jednym ze spotkań.

Walkę ze swoimi słabościami toczył ostanio też Emil Sajfutdinow. I jako jedyny przegrał, choć nie należy go za to ganić. Rosjanin przez znaczną część sezonu był liderem klasyfikacji generalnej Grand Prix. Prowadzenie w mistrzostwach stracił dopiero po turnieju w Daugavpils, ale do prowadzącego Woffindena tracił tylko trzy punkty. Aż zdarzył się wypadek w meczu polskiej ligi w Toruniu. Pierwsza diagnoza – ręka złamana w łokciu. Później okazało się, że ręka Rosjanina nie jest złamana, ale ma uszkodzone więzadła w nodze i kontuzję łokcia. Dlatego Emil zaczął robić wszystko, aby wystąpić w Grand Prix Słowenii i w kolejnym meczu ligowym w Polsce. Ostatecznie urazu nie udało się wyleczyć, ale niewykluczone, że Sajfutdinow jeszcze w tym roku wróci na tor. I wtedy trzeba będzie mu bardzo mocno bić brawo – większość z nas nie byłaby w stanie podnieść kubka z kawą po takim wypadku.

A może to tylko żużlowcy są takimi „herosami”? Nic bardziej mylnego. Popatrzmy na MotoGP. Marc Marquez, lider tegorocznych zmagań w królewskiej dyscyplinie, podczas ostatniego treningu przed Grand Prix Wielkiej Brytanii na torze Silverstone wybił prawy bark. Wtedy najwierniejsi fani Hiszpana zaczęli liczyć ile punktów straci 20-latek na absencji w tym wyścigu. Tymczasem lekarze nastawili bark Marqueza i po dwóch godzinach stanął on na linii startowej. Wprawdzie nie wygrał, ale przez cały dystans toczył pasjonujący pojedynek z Jorge Lorenzo, zamieniając się pozycją lidera. Sam Lorenzo też w tym roku musiał mocno zaciskać zęby i walczyć z bólem. Aktualny mistrz świata podczas treningu w Assen złamał obojczyk, ale po interwencji lekarzy wystąpił w wyścigu. Dopiero upadek na torze Sachsenring, który miał miejsce dwa tygodnie później, wykluczył go z rywalizacji w MotoGP. Hiszpan miał też opuścić zawody na torze Laguna Seca, ale nagle zmienił zdanie i po raz kolejny stanął na linii startowej.

Jednak największe wrażenie wywarł na mnie przypadek Kurta Yaegera. Dowiedziałem się o nim przypadkiem, gdy szukałem w internecie teledysku do piosenki zespołu „Rudimental” – Waiting All Night. Amerykanin w 2006 roku uczestniczył w wypadku motocyklowym, w wyniku którego stracił nogę. Do tego miał zapadnięte płuco i złamanych większość żeber. Dla większości z nas byłoby to niczym wyrok – koniec z dotychczasowym życiem, koniec z wykonywaną pracą i pasjami. Jednak nie dla Yaegera. Amerykanin, dzięki ogromnej motywacji, postanowił nadal uprawiać jazdę na BMXie. Wystarczyła odpowiednia proteza, godziny spędzone na treningach w siłowni i udało się. Teraz Amerykanina można nadal zobaczyć szalejącego na rowerze. Brzmi niewiarygodnie, prawda?

Ktoś powie, że sportowcy dysponują lepszą opieką zdrowotną, mają większe środki i mogą sobie pozwolić na skomplikowane operacje bez konieczności czekania w kolejkach. Być może. Jednak dysponują też niewiarygodną siłą wewnętrzną, która pcha ich ku niemożliwemu. Zwykły Kowalski, gdy złamie rękę czy nogę, godzi się z tym, otrzymuje kolejne zwolnienia lekarskie i wraca do pracy w momencie, gdy jest w pełni zdrów. U sportowców tak to nie działa. Dla nich świadomość, że opuszczają zawody, że nie mogą robić tego co kochają, że tracą kolejne punkty w rywalizacji o miano najlepszego zawodnika na świecie jest bardziej bolesna od złamanego obojczyka, barku, piszczela. Dlatego zaciskają zęby i zadziwiają nas swoją odwagą.

A my bierzmy z nich przykład. Bo w życiu nie chodzi o to, aby upadać, ale żeby nauczyć się podnosić.

Zwycięstwem Jarosława Hampela zakończyło się Grand Prix Słowenii, które w sobotni wieczór odbyło się na torze w Krsko. W biegu finałowym Polak pokonał Taia Woffindena, Tomasza Golloba i Nielsa K. Iversena. Liderem klasyfikacji generalnej mistrzostw pozostaje Woffinden.

Na liście startowej turnieju w Krsko zabrakło Emila Sajfutdinowa. Rosyjski żużlowiec w zeszłą niedzielę nabawił się kontuzji i musiał zrezygnować z występu w Słowenii. Uraz Rosjanina sprawił, iż niemal do zera zmalały jego szanse na zdobycie w tym roku tytułu mistrzowskiego. Dotychczas Sajfutdinow tracił do prowadzącego Woffindena tylko trzy punkty, po turnieju w Krsko przewaga Brytyjczyka wzrosła do „oczek”.

Początek zawodów był udany dla Polaków. W pierwszej serii startów Jarosław Hampel i Tomasz Gollob dysponowali dobrymi wyjściami spod taśmy i zapisali na swoich kontach po trzy „oczka”. Niewiele gorszy był Krzysztof Kasprzak – „Kasper” w swoim starcie musiał uznać wyższość szybkiego Nielsa K. Iversena, wyprzedzając na dystansie Martina Vaculika.

Nieco gorzej Biało-Czerwonym wiodło się w kolejnych wyścigach. W piątym biegu w bratobójczym pojedynku Kasprzak okazał się lepszy od Golloba, a jako pierwszy linię mety minął Nicki Pedersen. Jeszcze gorzej w kolejnej gonitwie zaprezentował się Jarosław Hampel. „Mały” słabo wyszedł spod taśmy w biegu numer sześć, ale po dobrym rozegraniu pierwszego łuku przez chwilę znajdował się na drugim miejscu, ale ostatecznie dojechał do linii mety na trzeciej pozycji. Druga seria startów zakończyła się kolejnym pewnym zwycięstwem Taia Woffindena. Brytyjczyk, obok Nielsa K. Iversena, był w tym momencie na czele klasyfikacji sobotnich zawodów.

Niezwykle interesujący był dziesiąty wyścig, na starcie do którego stanęli Woffinden, Gollob, Iversen i Hampel. Brytyjczyk nie dał szans pozostałym rywalom, wygrywając z ogromną przewagą. Jednak ku uciesze polskich fanów, Gollob zdołał przywieźć za swoimi plecami Iversena. Dobrze w trzeciej serii startów wypadł też Krzysztof Kasprzak. „Kasper” wygrał dwunastą gonitwę, przywożąc za swoimi plecami Condę, Jonssona i Madsen. Tym samym zawodnik Stali Gorzów, z 7 punktami na koncie, był najlepszym z Polaków na tym etapie turnieju.

W trzynastym wyścigu pierwszą porażkę w sobotnich zawodach zanotował Tai Woffinden. Po gorszym starcie Brytyjczyk został wywieziony pod bandę na pierwszym łuku i musiał ruszyć w pogoń. O ile „Woffy” nie miał problemów z pokonaniem na dystansie Jonssona, to na wyprzedzenie Mateja Zagara zabrakło mu już czasu. Dobrze zaprezentowali się też Polacy – w czternastym biegu Jarosław Hampel odniósł pewną wygraną, przyjeżdżając na metę przed Wardem i Kasprzakiem. W kolejnej gonitwie „trójkę” przywiózł też Gollob, który na trasie po zdecydowanym ataku wyprzedził Grega Hancocka.

W piątej serii, rzutem na taśmę, do półfinałów awansował Matej Zagar. Słoweniec w wyścigu numer siedemnaście ostro zaatakował Nielsa K. Iversena, który po tym ataku spadł na ostatnie miejsce. Zagar tym samym wypchnął z kolejnej fazy zawodów Krzysztofa Kasprzaka, który w swoim ostatnim starcie nie zdobył punktów i wypadł poza czołową ósemkę. Na wysokości zadania stanęli za to Gollob i Hampel – obaj pewnie wygrali swoje wyścigi na zakończenie fazy zasadniczej.

Biegi półfinałowe ułożyły się po myśli polskich zawodników. W pierwszej gonitwie Jarosław Hampel popisał się świetnym momentem startowym i założył na pierwszym łuku Taia Woffindena, dowożąc do mety zwycięstwo. Chwilę później podobną ścieżką podążył Gollob. Mistrz świata z sezonu 2010 bardzo dobrze ruszył spod taśmy i zamknął Nickiego Pedersena, choć ten startował z teoretycznie korzystniejszego pierwszego pola startowego.

W finale Hampel wykorzystał najkorzystniejsze, pierwsze pole startowe i pewnie wygrał start, a następnie bardzo dobrze rozegrał pierwszy łuk. Za plecami „Małego” trwała zażarta walka o drugą pozycję, z której zwycięsko wyszedł Woffinden. Tym samym na najniższym stopniu podium stanął Gollob.

Do końca sezonu pozostały dwa turnieje Grand Prix – 22 września światowa czołówka zawita do Sztokholmu, a 5 października rozegrane zostaną zawody w Toruniu. Obecnie liderem cyklu jest Tai Woffinden, który ma 134 punkty. Drugie miejsce zajmuje Emil Sajfutdinow z 114 „oczkami” na koncie, a trzeci jest Jarosław Hampel – 112 punktów.

Wyniki:
1. Jarosław Hampel (Polska) – 16 (3,1,0,3,3,3,3) + 1 miejsce w finale
2. Tai Woffinden (Wielka Brytania) – 17 (3,3,3,2,2,2,2) + 2 miejsce w finale
3. Tomasz Gollob (Polska) – 16 (3,1,2,3,3,3,1) + 3 miejsce w finale
4. Niels K. Iversen (Dania) – 11 (3,3,1,2,0,2,0) + 4 miejsce w finale
5. Nicki Pedersen (Dania) – 14 (2,3,3,3,2,1)
6. Darcy Ward (Australia) – 10 (1,2,2,2,2,1)
7. Greg Hancock (USA) – 9 (2,1,1,2,3,0)
8. Matej Zagar (Słowenia) – 8 (1,0,1,3,3)
9. Krzysztof Kasprzak (Polska) – 8 (2,2,3,1,0)
10. Fredrik Lindgren (Szwecja) – 8 (2,2,2,0,2)
11. Antonio Lindbaeck (Szwecja) – 7 (0,2,3,1,1)
12. Andreas Jonsson (Szwecja) – 3 (1,0,1,0,1)
13. Martin Vaculik (Słowacja) – 5 (1,3,0,1,0)
14. Aleksander Conda (Słowenia) – 3 (0,0,2,0,1)
15. Ales Dryml (Czechy) – 2 (0,1,0,1,0)
16. Leon Madsen (Dania) – 1 (0,0,0,0,1)

Rezerwowi:
17. Matic Voldrih (Słowenia) – NS
18. Denis Stojs (Słowenia) – NS

Łukasz Kuczera
Onet