Posts Tagged ‘SGP’

8133568359_69b31e3d25_o

Przedstawicieli świata sportu możemy podzielić na kilka kategorii. W pierwszej, chyba najmniej licznej, znajdziemy tych, którzy od zawsze mieli wrodzony talent do danej dyscypliny i osiągnęli sukces. W drugiej mamy tych, którzy tytaniczną pracą zdobyli dużo. W trzeciej, niestety chyba najliczniejszej, znajdziemy osoby, którym tego talentu lub ciężkiej pracy zabrakło. Życie pokazuje jednak czasem, że łatwo przeskoczyć z jednej grupy do drugiej.

Świat piłki nożnej jest od kilku lat zdominowany przed rywalizację na linii Leo Messi – Cristiano Ronaldo. Obaj biją kolejne rekordy, niekiedy wykreślając siebie nawzajem ze statystyk, wywołując u obiektywnych obserwatorów (są tacy?) pytanie – ile rekordów jeszcze mogą pobić, kiedy w końcu nadejdzie granica ich wytrzymałości. Tej na razie nie widać, przy czym Argentyńczyk od zawsze ma opinię tego grzecznego chłopca. To on ma wrodzony talent do piłki, nie skupia się na swoim wizerunku pozaboiskowym. Portugalczyk jest tym gorszym. Nie tylko w kwestii talentu, ale też zachowania na boisku. Sam jestem zdania, że być może CR7 otrzymał nieco mniej talentu od losu, ale wiele osiągnął tytaniczną pracą. Słynne są już anegdoty o tym, jak zawodnik Realu Madryt zostaje po treningach, aby dodatkowo trenować rzuty wolne, że robi dziennie setki brzuszków, że ma idelnie dobraną dietę, w której nie ma miejsca na złe cukry i tłuszcze, że w jego apartamencie funkcjonuje komora kriogeniczna, dzięki której może szybciej regenerować siły po meczach.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o sportowców najbardziej czczonych. W świecie piłki nożnej, gdzie obraca się milionowymi kwotami, bardzo łatwo jednak o skrajności. Luka Modrić, swego czasu reżyser gry Tottenhamu Hotspur, zachwycał swoją grą całe Wyspy Brytyjskie. Jednak nieudane próby awansu ze „Spurs” do Ligi Mistrzów sprawiły, że Chorwat postanowił zmienić otoczenie. Latem 2012 wybrał Real Madryt i się zaczęło. Granie w końcówkach meczów, opinia najgorszego transferu roku w La Liga i wróżenie szybkiego wylotu z ekipy „Królewskich”. Tak było na przełomie 2012 i 2013 roku. Chorwata nikt jednak nie skreślił i począwszy od meczów 1/8 finału Ligi Mistrzów, w których pomógł on „Królewskim” wyeliminować Manchester United, powoli piął się w górę. Teraz Modrić jest głównym architektem gry Realu, świetnie łączy defensywę z ofensywą, a Santiago Bernabeu już kilukrotnie skandowało jego nazwisko, co nie jest zbyt częstym zjawiskiem w stolicy Hiszpanii. Dość powiedzieć, że w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów, w którym Real mierzył się z Borussią Dortmund, chorwacki piłkarz wykonał 73 podania, z czego 91 proc. było celnych, miał jedną asystę, cztery dryblingi i trzy wślizgi. Od zera do bohatera. Świetna metamorfoza, dzięki wierze we własne umiejętności i ciężkiej pracy.

Jednak nie tylko w piłce nożnej łatwo o przykłady takiej przemiany. W moim ukochanym żużlu też jest ona możliwa. Nie wiem jak potoczą się dalsze losy Martina Smolinskiego w Speedway Grand Prix, ale Niemiec w sobotę zrobił więcej, niż miał dokonać przez cały sezon. Nigdy nie robił furory w najważniejszych ligach, nie odnosił sukcesów jako młodzieżowiec, w elitarnym gronie mistzostw świata przyszło mu debiutować jako 29-latek. Do tego miał cały świat przeciwko sobie, bo opisał prawdę o locie żużlowców i mechaników do Nowej Zelandii, przez co w hermetycznym środowisku zawrzało. Pogawedkę na ten temat ze Smolinskim urządził sobie nawet Chris Holder, a Niemiec i tak nie poszedł na kompromisy. W Auckland walczył, wjeżdżał gdzie inni się bali, co też doprowadziło do jego upadku i kontuzji Darcy’ego Warda. Wszystkim, którzy zapowiadali „olimpiady” Smolinskiego, niemiecki zawodnik pokazał środkowy palec.

I z wypiekami na twarzy pozostaje nam czekać na kolejny turniej SGP w Bydgoszczy. W nim Smolinski już nie zrobi takiego efektu „wow”. Rywale na pewno będą się starali pokazać mu miejsce w szeregu, a on, pomimo zwycięstwa w Auckland, ponownie nie będzie faworytem. Już teraz można wyczytać komentarze, że zwycięstwo Niemca było przypadkowe, że długi tor w Nowej Zelandii nie jest miarodajny i wkrótce życie sprowadzi Smolinskiego brutalnie na ziemię. Być może. Szanse na to wynoszą 50 procent. Takie same są szanse, że Smolinski będzie odkryciem sezonu i będzie się liczyć w walce o czołowe lokaty. Bo kto przed rokiem stawiał na tytuł Taia Woffindena? Też po pierwszych udanych występach Brytyjczyka dało się słyszeć podobne głosy – że to przypadek, że w końcu przyjdzie kryzys formy.

Nie wiem jak będzie ze Smolinskim, ale na pewno będzie miał moje wsparcie, jak i wielu innych kibiców, którzy doceniają, iż pojawił się ktoś, kto próbuje rozruszać skostniałe towarzystwo jeżdżące pod szyldem SGP.

Reklamy

124

Katarzyna Karen Łapczyńska na swoim blogu wspomniała o zawodach w dirt tracku w Barcelonie, podczas których Marc Marquez i inni zawodnicy z motocyklowych mistrzostw świata, rywalizowali między sobą. Dla zabawy, dla zabicia nudy pomiędzy starym a nowym sezonem MotoGP i niższych klas. To zainspirowało mnie do pewnych przemyśleń na temat speedwaya, tym bardziej, że ostatnio żużel chce iść nieco w kierunku królowej sportów motocyklowych.

Podobnie jak Kasia, bardzo chętnie zobaczyłbym Marca Marqueza i innych zawodników z MotoGP na żużlowym owalu. Gdy patrzę na zdjęcia z zawodów w Barcelonie, mam pewność, że po kilku próbach poradziliby sobie bez problemu. Marquez na torze do dirt tracka składał się w łuk z nie mniejszą gracją niż większość żużlowców. Zawody, w których mistrz MotoGP Marc Marquez rywalizuje z żużlowym mistrzem – Taiem Woffindenem? Brzmi świetnie! Problem w tym, że trudno znaleźć dwa kraje, w których MotoGP i żużel byłyby równie popularne. Motocykle dominują w Hiszpanii, gdzie niewiele osób wie o żużlu. U nas jest boom na speedway, ale za to wyścigi MotoGP są niepopularne, bo nie mamy swojego reprezentanta w tej serii wyścigowej. Dlatego nikt nie włoży grubych pieniędzy w event żużlowy, na który przyjedzie Marquez, Rossi lub Lorenzo, bo impreza pewnie się nie zwróci… A szkoda, bo byłaby to świetna promocja sportu żużlowego.

No właśnie… promocja sportu żużlowego. Czy to w ogóle istnieje? BSI posiada od wielu lat prawa do organizacji cyklu Grand Prix i niewiele robi w tym kierunku, by wyeksponować speedway do nowych krajów. Ciągle kisimy się w tym samym otoczeniu, często w państwach innych niż Polska zawody organizowane są na stadionach przypominających wały przeciwpowodziowe. W żaden sposób nie wykorzystuje się potencjału żużlowców, kolejnych mistrzów świata. A gdy czytam, że BSI żąda od Torunia 2,5 mln zł za prawa do organizacji turnieju, podczas gdy pozostałe miasta płacą dużo mniej, to odnoszę wrażenie, że ten cały cyrk trzyma się tylko dzięki Polakom i polskim złotówkom.

Na naszym podwórku jest niewiele lepiej. Latem polska reprezentacja zdobyła Drużynowy Puchar świata. Dokonała tego na cudzym terenie, do tego bez Tomasza Golloba w składzie. „Chudy” przez wiele lat był kapitanem reprezentacji, jej prawdziwym liderem. Gdyby skoczkowie narciarscy zdobyli w Soczi medal Igrzysk Olimpijskich bez Kamila Stocha w składzie, dowiedziałby się o tym każdy Polak mający dostęp do internetu, telewizji lub radia. Tymczasem my po raz kolejny przespaliśmy moment, w którym mogliśmy się wybić z naszym sportem (dobrem?) narodowym. Małym promykiem nadziei mogą być działania wokół SEC, które prowadzi firma One Sport. Wykorzystywanie efektownych ujęć z kamer GoPro, tworzenie zabawnych memów i grafik w mediach społecznościowych – to na pewno krok w dobrym kierunku. Jednak roboty jest tyle, że konkurencję trzeba gonić sprintem.

W MotoGP od wielu lat zawodnicy mają swoje numery startowe. Nikt z góry nie narzuca im „jedynki”, „piątki”, „ósemki”. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się tym sportem, to z jakiegoś powodu będzie kojarzyć znak „VR46”. Dzięki temu numerowi Valentino Rossi wypromował samego siebie, swoje sukcesy, serię gadżetów i wiele innych rzeczy. Jorge Lorenzo jest kojarzony z „99”, Marc Marquez to dla wielu „MM93”. I podobnie teraz będzie w speedwayu, bo przed kilkoma dniami spadła na nas informacja, że w SGP i SEC żużlowcy będą mogli sami sobie wybierać numery. Koniec ze standardowym 1-16. I bardzo dobrze.

Trudno ocenić kto dokonał tego milowego kroku naprzód. Gdy wstałem rano, dowiedziałem się, że popołudniu BSI ma ogłosić tę zmianę w SGP. Kilka godzin później podobną informację opublikowano na stronie SEC, uprzedzając działania konkurencji z Wysp Brytyjskich. Nie wiadomo czy to przypadek, czy Polacy szybko zareagowali na zmianę wprowadzoną przez Brytyjczyków. Jednak wprowadzenie stałych numerów, to także wielki test dla żużlowców. Od teraz otrzymują oni dodatkowe narzędzie do promocji siebie, swoich ciuchów i innych gadżetów. Bo dotychczas wyglądało to kiepsko. Niektórzy zawodnicy ze światowej czołówki nie posiadają nawet loga swojego teamu z prawdziwego zdarzenia, oferta produktów dla kibiców też jest kiepska.

Wątpliwe, by polscy kibice nagle zaczęli kojarzyć Tomasza Golloba ze skrótem #TG20, bo jak wiadomo, Polak wybrał w SEC numer dwudziesty, nawiązując w ten sposób do Zbigniewa Bońka. Gollob jest już blisko końca swojej kariery, więc jego zabawa w numery nie będzie nawet zbytnio interesować. Jednak nie mam wątpliwości, że np. Tai Woffinden wybierze numer #108 i wypuści całą serię gadżetów z nim związanych. Bo młodzi zawodnicy zdecydowanie lepiej czują realia obecnego świata i zasady panujące w kwestii sportowego marketingu. Także nie bójmy się TW108, NP5 i innych numerów. Można je przecież bardzo szybko wykorzystać np. jako hashtagi na Twitterze, szybko przekazując informacje na temat naszego ulubionego zawodnika i komunikując się z innymi fanami. A to dopiero początek, dlatego drogi zawodniku, myśl już jak wykorzystać wybrany przez siebie numer.

PS. Kasia, w świeżej notce, także wspomina o numerach startowych w speedwayu i MotoGP. Możecie ją przeczytać tutaj.

Image

Początek Nowego Roku to zwykle okres podsumowań tego, co stało się w tym dopiero co zakończonym. Dokonujemy też analizy wydarzeń, które dopiero przed nami. Rano, spoglądając na zdjęcia na fanpejdżu Katarzyna Karen Łapczyńska Photography – lapczynska.com, dotarło do mnie, że przede mną pierwszy w życiu sezon, w którym w cyklu Grand Prix zabraknie Tomasza Golloba.

O ile jakieś przebłyski z pierwszych meczów żużlowych sięgają u mnie roku 1998, to z cyklem Grand Prix mam problem. W domu nigdy nie było Cyfry+, więc był kłopot z oglądaniem rywalizacji o tytuł mistrza świata. Bywały okresy, kiedy człowiek musiał dowiadywać się wyników z telegazety, później czekał do późnego wieczora na godzinny skrót w TVP1, po drodze były też chyba krótkie wspominki na antenach Polsatu.

Jedno człowiek pamiętał bardzo dobrze – jeśli liczyć na sukces jakiegokolwiek polskiego żużlowca, to tylko Tomasza Golloba. Pamiętam jego piękną walkę o zwycięstwo z Jimmy Nilsenem we Wrocławiu, pamiętam jak tytuł mistrzowski wymykał mu się z rąk, po kontuzji w finale Złotego Kasku (też wrocławskim!). W Grand Prix pojawili się Protasiewicz, Ułamek, Dobrucki i inni polscy zawodnicy, którzy mieli łatkę tych, którzy już za moment, już za chwilę mieli zastąpić wielkiego Mistrza. I miewali przebłyski, jak chociażby startujący z rezerwy Grzegorz Walasek w roku 2001, ale nigdy nie był to poziom Golloba. Jakimś promykiem nadziei był Jarosław Hampel, ale ten po czasie też wypadł z elity i dopiero za drugim podejściem osiągnął sukces w mistrzostwach.

Jasne, Gollob miewał też słabsze chwile w Grand Prix. Szczególnie gdy musiał przesiąść się z Jawy na GM, później miał także problem z rozszyfrowaniem nowych, jednodniowych torów. Bywały turnieje, kiedy w najważniejszym momencie turnieju wybierał czwarte pole startowe, choć wcale nie było ono najlepsze. Notorycznie na dystansie wynosił się na zewnętrzną, przez co tracił cenne pozycje, kolejne zwycięstwa. Człowiek się wkurzał, klnął na Golloba, a w kolejnych zawodach i tak musiał ściskać za niego kciuki, bo reszta Polaków odpadała po pierwszych eliminatorach.

Dlatego, przyznaję się bez bicia, na pewnym etapie zacząłem go wymieniać obok Leigh Adamsa i kilku innych zasłużonych zawodników, w gronie żużlowców, którzy nigdy nie zostaną i nie zostali mistrzami świata. Myliłem się jednak. W roku 2010 „Chudy” sięgnął po upragnione złoto i pewnie zakończy karierę jako sportowiec spełniony. Trudno nie oprzeć się jednak wrażeniu, że gdyby na pewnym etapie kariery Gollob był w stanie szybciej wyciągać wnioski ze swoich błędów, być może gdyby miał więcej szczęścia, to miałby na swoim koncie więcej niż jeden tytuł mistrzowski.

Grand Prix bez Golloba dla większości polskich kibiców nie będzie takie same. W samym cyklu jego miejsce zajmą inni, młodzi i waleczni zawodnicy. Już teraz odpowiednie show zapewniają Tai Woffinden, Darcy Ward czy Emil Sajfutdinow, więc młodsi kibice nawet nie będą rozpamiętywać akcji Golloba, który w latach swojej świetności wciskał się w kilkucentymetrowe szczeliny przy bandzie. Polacy mogą się jednak szybko zorientować, że kogoś w mistrzostwach brakuje. Być może w roku 2014 po kolejny medal sięgnie Jarosław Hampel, ale nie oszukujmy się, „Mały” nigdy nie będzie Gollobem. Nie ma tego stylu jazdy, nie ma w sobie tej zadziorności, by nie napisać dosadniej o braku jaj. Być może mocne słowa, ale świetnie mam w pamięci słowa Jarka po leszczyńskim turnieju Grand Prix w roku 2012, gdy miał pretensje, że w biegu finałowym Gollob walczył z nim na żyletki. Hampel jest innym typem zawodnika, nie porywa akcjami na dystansie, bardziej bazuje na startach, a ostatnio niestety też na czołganiu pod taśmą.

Drugim reprezentantem Polski w SGP 2014 będzie Krzysztof Kasprzak. Cytując słowa Mateusza Borka z reklamy z udziałem Leo Messiego, w porównaniu do Golloba „to jest jakiś zupełnie inny poziom”, bo „Kasper” nie ma w swoim dorobku ani jednego medalu mistrzostw świata, a samą charakterystyką jazdy nie porywa tłumów i trudno by to się zmieniło w najbliższej przyszłości. Jeśli zawodnik Stali Gorzów najbliższy sezon zakończy w czołowej ósemce, to będzie dla niego życiowym sukcesem. Testem jego wiarygodności i wiary w samego siebie będą eliminacje do SGP 2015, do których pewnie Kasprzak przystąpi, obawiając się wypadnięcia z cyklu.

Pozostaje nam wierzyć w młodzież. W 2011 roku po tytuł mistrza świata juniorów sięgnął Maciej Janowski, w zeszłym sezonie jego śladami poszedł Patryk Dudek. O ile „Magic” jest uczniem Grega Hancocka i widać to na żużlowym owalu, bo jego ataki są niezwykle „czyste” i przemyślane, to z „Duzersem” wiążę spore nadzieje. Ma świetną sylwetkę na motocyklu, w sieci można znaleźć multum zdjęć, na których kryje się za motocyklem, z charakterystycznie wysuniętą nogą i nie boi się walki, czasem i tej na łokcie. Dlatego mam nadzieję, że lada moment zobaczę wychowanka Falubazu w żużlowej elicie. I aż szkoda, że Patryk, ze względu na organizację turniejów przez inne miasta, nie ma szansy na występ z „dziką kartą” w chociaż jednych zawodach SGP. Bo rywale z jego pokolenia, jak chociażby Michael Jepsen Jesen czy Mikkel Bech Jensen, mieli już ku temu okazję.

Obrazek

Sobotni wieczór był niezwykle udany dla Taia Woffindena. Brytyjski żużlowiec wywalczył na torze w Toruniu złoty medal indywidualnych mistrzostw świata w jeździe na żużlu. „Woffy” zakończył rywalizację w cyklu Grand Prix z 151 punktami na koncie.

Przed zawodami w Toruniu tylko ogromny pech mógł zabrać Woffindenowi tytuł mistrza świata. Brytyjczyk miał 16 punktów przewagi nad drugim w klasyfikacji Jarosławem Hampelem, ale jego otoczenie wolało dmuchać na zimne. „Woffy” podczas ostatniego turnieju w Sztokholmie uczestniczył w wypadku, w wyniku którego ponownie złamał obojczyk i do Grand Prix Polski przystępował z kontuzją.

Jednak już po drugiej serii startów, w której Woffinden pokonał Hampela, stało się jasne, że Brytyjczyk został nowym mistrzem świata. – Jest spora różnica w moich wynikach między sezonami 2012 a 2013 i jestem tego świadom. To kwestia innych motocykli, przygotowania. Mam tych samych ludzi w swoim teamie. Świetną robotę wykonuje Jacek Trojanowski, który opiekuje się moim sprzętem i bardzo mi pomógł w osiągnięciu tego sukcesu – powiedział po zawodach brytyjski żużlowiec.

Woffinden nie ukrywał, iż jego najbliżsi także mieli spory wpływ na rozwój jego umiejętności. – Moja mama, moja dziewczyna – one też mnie wspierały i pomogły mi w odnoszeniu zwycięstw. Dzięki temu nie czułem tak dużej presji, mogłem poradzić sobie ze stresem i kolejne sukcesy przychodziły łatwiej. Teraz mogę powiedzieć – robota została wykonana – dodał „Woffy”.

W sezonie 2014 Woffinden będzie startować w cyklu Grand Prix z numerem jeden na plecach. Dla Brytyjczyka to spore wyzwanie, ale 23-letni zawodnik podkreśla, iż będzie gotowy na obronę mistrzowskiego tytułu. – Wiem już jakie to jest uczucie – być zwycięzcą. Dlatego czekam na kolejny rok i będę mierzył w obronę tytułu – podsumował zawodnik Betardu Sparty Wrocław.

124

Darcy Ward zajął piąte miejsce w rozegranym w sobotni wieczór Grand Prix Polski na torze w Toruniu. Australijski żużlowiec rywalizację w elitarnym cyklu zakończył na ósmej pozycji z dorobkiem 106 punktów.

W polskiej lidze Ward reprezentuje barwy Unibaksu Toruń, dlatego australijski żużlowiec liczył na udany występ na MotoArenie. Zawodnik z Antypodów bez problemów awansował do fazy półfinałowej turnieju, jednak w decydującym momencie musiał uznać wyższość Adriana Miedzińskiego, późniejszego triumfatora imprezy. – Był bardzo szybki tego wieczoru i gdy mnie minął, nie mogłem już nic zrobić – stwierdził po zawodach Darcy Ward.

Australijczyk przyznał, iż nie miał problemów z rozszyfrowaniem toruńskiej nawierzchni. – Zajęło mi to trochę, ale po meczu finałowym Enea Ekstraligi znalazłem właściwe ustawienia na ten tor. I tak samo było podczas tego wieczoru. Byłem dość szybki, bo startuję w Toruniu przez kilka lat i korzystam z tego doświadczenia. Dlatego jestem zadowolony z tego jak ułożył się ten turniej. Myślę, że osiągnąłem dość dobry wynik – dodał reprezentant Australii.

Tytuł mistrzowski powędrował w sobotę do Taia Woffindena. Złoty medal Brytyjczyka jest sporym zaskoczeniem, gdyż przed sezonem mało kto wierzył, że będzie on w stanie utrzymać się w Grand Prix. Ward cieszy się jednak z sukcesu swojego kolegi z toru. – W pełni się zgadzam – nadchodzi czas młodych strzelb. Tai był świetny przez cały sezon i w pełni zasłużył na ten tytuł mistrzowski. Był bardzo szybki i najlepszy spośród nas wszystkich w Grand Prix – stwierdził zawodnik Unibaksu Toruń.

Ward, dzięki zajęciu ósmego miejsca w klasyfikacji generalnej mistrzostw, może być pewny startów w Grand Prix w przyszłym sezonie. Na co będzie stać Australijczyka? – Straciłem w tym roku kilka punktów z powodu kontuzji, ale teraz mogę skupiać się na przyszłym sezonie. Będę starał się dać z siebie wszystko w każdych zawodach – podsumował żużlowiec.

Bez Golloba nie ma sensu?

Posted: 25 września 2013 in Żużel
Tagi: ,

IMG_7781

„Bez Golloba nie ma sensu” – te słowa od kilku dni znają niemal wszyscy kibice żużla w Polsce. W ten sposób działacze Unibaksu Toruń tłumaczyli decyzję o poddaniu walkowerem spotkania finałowego Enea Ekstraligi z Stelmetem Falubazem Zielona Góra. Być może wkrótce podobne zdanie wypowiadać będą polscy kibice podczas transmisji z zawodów Grand Prix.

W tym roku w światowym speedwayu dojdzie do rzeczy niespotykanej. Tomasz Gollob, mistrz świata z roku 2011, nie zapewni sobie miejsca w cyklu Grand Prix na sezon 2014. Wpływ na taki obrót sprawy mają słabsza postawa Polaka w niektórych turniejach oraz kontuzja, której zawodnik Unibaksu Toruń nabawił się podczas Grand Prix Skandynawii w Sztokholmie. W efekcie Golloba nie zobaczymy na liście startowej Grand Prix Polski w Toruniu, które 5 października zakończy rywalizację w żużlowej elicie.

Gollob w tym roku w Grand Prix jeździł w słabo. Wprawdzie w inaugurujących sezon zawodach w Auckland i Bydgoszczy stawał na podium, ale później było dużo gorzej. Polak zdobył ledwie trzy punkty w Pradze, w Cardiff uzyskał tylko pięć „oczek”, a na dobrze sobie znanym obiekcie w Gorzowie wywalczył cztery punkty. Były mistrz świata miał jednak przy tym sporo szczęścia, bo kontuzje Chrisa Holdera i Darcy’ego Warda sprawiły, że pod koniec sezonu Gollob mimo wszystko miał szanse na wywalczenie miejsca w pierwszej ósemce cyklu.

Przed turniejem w Sztokholmie Gollob miał na swoim koncie 89 punktów, co dawało mu ósmą lokatę w mistrzostwach. Przewaga „Chudego” nad dziesiątym Wardem wynosiła jedenaście punktów. Dlatego kluczowy był występ na Friends Arena w Sztokholmie. Jeśli po nim polski żużlowiec nadal miałby przewagę nad Australijczykiem, polscy kibice mogliby spać spokojnie. W końcu sezon zakończy się zmaganiem w Toruniu, a jest to ulubiony tor żużlowy Golloba. Uraz kręgosłupa sprawił jednak, że Gollob przedwcześnie zakończył sezon i na pewno nie zostanie sklasyfikowany w czołowej ósemce Grand Prix.

W związku z tym, nasuwa się pytanie – co dalej? Gollob nigdy nie musiał liczyć na stałą „dziką kartę” od organizatorów Grand Prix. Nawet gdy miewał słabsze momenty w swojej karierze, to kończył rywalizację na bezpiecznych miejscach (8. pozycja w roku 2006, 7. miejsca w latach 2005, 2002 i 2000). Czy Polak zasłużył jednak na szansę od BSI? Wprawdzie Gollob jest ikoną światowego żużla, obok Grega Hancocka najbardziej doświadczonym zawodnikiem w cyklu. Reszta żużlowców z ich pokolenia – Tony Rickardsson, Jason Crump czy Leigh Adams – zakończyła już swoje kariery. Czy Polak może wnieść jeszcze coś ciekawego do mistrzostw? I być może najważniejsze pytanie – czy chce jeszcze coś wnosić?

Nie jest tajemnicą, że od pewnego czasu Gollob myślami jest już poza światem żużlowym i w wolnych chwilach przygotowuje się do startu w Rajdzie Dakar. Jeszcze w trakcie trwania tegorocznych rozgrywek dało się słyszeć głosy, że słabsze występy Golloba w Grand Prix spowodowane są brakiem motywacji i chęcią zakończenia startów w mistrzostwach świata. Zawodnik Unibaksu Toruń jednak nigdy nie potwierdził tych plotek. Na pewno w przyszłym roku zobaczymy go w ligowej rywalizacji – wciąż wiąże go kontrakt z ekipą toruńskich „Aniołów”. Na odpowiedź dotyczącą Grand Prix będziemy musieli poczekać jeszcze kilka tygodni – wszystko powinno wyjaśnić się na przełomie października i listopada.

Brak Golloba w mistrzowskiej stawce byłby na pewno złą wiadomością dla polskich fanów. Wprawdzie w ostatnich sezonach Polacy mogą już nie tylko liczyć na „Chudego”, ale także na Jarosława Hampela, jednak wychowanek bydgoskiej Polonii nadal ma wierne grono kibiców, które przemierza dla niego całą Europę. „Bez Golloba nie ma sensu” – tak może pomyśleć niejeden polski kibic, który przez lata nauczył się oglądać i jeździć na zawody Grand Prix, by wspierać Tomasza Golloba.