Posts Tagged ‘RKM Rybnik’

1

Opowieść niemal ta sama co roku, ale warto ją przypominać, bo czas robi swoje i można zapomnieć o szczegółach tamtych chwil… 2 czerwca 2006 roku, ostatni dzień w życiu Łukasza Romanka. Właśnie mija dziewięć lat odkąd nie ma z nami Łukasza.

Miałem ledwie 16 lat, więc w tamtym okresie nie bywałem zbyt często na treningach RKM-u. Z mojej dzielnicy nawet dojazd na stadion w dni meczowe jest i był problemem, więc piątkowe treningi odwiedzałem bardzo rzadko. Wtedy akurat postanowiłem wybrać się na ul. Gliwicką, bo wcześniej skończyłem lekcje…

Dla RKM-u sezon 2006 był trudny. Zespół otrzymał szansę jazdy w Ekstralidze przy zielonym stoliku, mając zbudowany skład na I ligę. Rybniczanie przegrywali mecz za meczem, na stanowisku trenera Czesława Czernickiego zastąpił Mirosław Korbel. RKM szykował się do wyjazdowego meczu z Unią Leszno. O jedno wolne miejsce w składzie rywalizowali Łukasz Romanek, Roman Povazhny i Zbigniew Czerwiński. Łukasz w feralnym sezonie otrzymywał najmniej szans, ale na treningu błyszczał. Atomowe starty dawały mu przewagę nad rywalami, bo na treningu rywalizowano głównie na dystansie dwóch okrążeń.

Stało się jasne, że w ten sposób Łukasz wywalczył sobie miejsce w składzie na mecz w Lesznie. Miał startować pod numerem ósmym, bo wtedy regulamin pozwalał na wystawienie drugiego rezerwowego, który nie mógł mieć więcej niż 23 lata. Po zakończonym treningu ze stadionu dało się wyjść jedynie przez park maszyn, więc mijałem boksy Łukasza, który mył motocykle. Wtedy jeszcze nie marzyło mi się pisanie o żużlu w charakterze dziennikarza, więc nie było szans na jakąkolwiek rozmowę. Człowiek po prostu przystanął, pooglądał zawodników i poszedł do domu.

Łukasza bardzo lubiłem. Z różnych powodów – był moim imiennikiem, też uwielbiał niebieski kolor jak ja, więc zawsze podobały mi się jego niebieskie kevlary (wyjątek sezon 2004 i czarny kevlar). Byłem też na meczu ze Stalą Rzeszów, kiedy Romanek debiutował w lidze. Miał trudne zadanie, bo zastępował kontuzjowanego Rafała Szombierskiego, który wtedy powoli wyrastał na jednego z najlepszych juniorów w kraju. Łukasz otrzymał mocny motocykl i chociać na każdym łuku miotało nim miłosiernie, to przyjechał do mety na drugiej pozycji, zaraz za Mikaelem Karlssonem. Dał tym sygnał, że spod ręki Jana Grabowskiego wyrasta kolejny żużlowy talent. Potwierdził to złotym medalem Indywidualnych Mistrzostw Europy Juniorów w 2001 roku w czeskich Pardubicach.

Tyle, że jego kariera została naznaczona przez kontuzje. W 2002 roku uczestniczył w poważnym wypadku z Robertem Miśkowiakiem podczas finału MIMP w Lesznie. Doznał poważnych obrażeń głowy i część lekarzy bała się o jego życie. Tymczasem on bardzo szybko wrócił do zdrowia, powrócił do składu RKM-u, który walczył o awans do Ekstraligi. Wygrał nawet pierwszy bieg po kontuzji w meczu z ZKŻ-em Zielona Góra. Później jednak było gorzej. Na torze było widać, że Łukaszowi brakuje agresywności, że kontuzja pozostawiła ślad. Potrafił się odblokować na pojedyncze imprezy. Gdy w sezonie 2003 w Rybniku rozgrywano finał MIMP, przebywałem na wakacjach w Bułgarii. Zadzowniłem do kuzyna, by zapytać o wyniki… i nie uwierzyłem w wygraną Łukasza w tych zawodach. Dopiero po powrocie do kraju, gdy zobaczyłem zaległy numer „Tygodnika Żużlowego”, dotarło to do mnie.

Romanek kolejny medal MIMP, tym razem brązowy, zdobył w roku 2004 na torze w Pile. To był chyba najgorszy sezon w karierze Łukasza. Rybniczanie po wielu latach przerwy awansowali do Ekstraligi, ale zbudowali skromny skład i musieli walczyć o utrzymanie wśród najlepszych. Romanek, jako jeden z najlepszych juniorów w kraju, miał być ważnym ogniwem tego zespołu. Jednak jemu wyraźnie nie szło. Miał spore problemy ze zdobywaniem punktów, na pewnym etapie sezonu lepiej punktował od niego Marek Szczyrba. W efekcie coraz większe pretensje mieli do niego kibice z Rybnika – nie jest tajemnicą, że Łukaszowi kilka razy oberwało się od fanów na mieście czy też podczas powrotów z meczów wyjazdowych. Była to tylko agresja słowna, ale taka czasem wystarczy, aby dobić zawodnika.

W roku 2005 rybniczanie jeździli już ligę niżej, a Romanek dostawał szansę w meczach ze słabszymi rywalami. Gdy tylko otrzymywał szansę występu, nie zawodził. Zakończył rozgrywki z dość wysoką średnią, ale wywalczoną głównie na gorszych drużynach. Po zakończeniu tego sezonu chciał sporo zmienić w swojej karierze. Wybrał się na tournee do Australii, gdzie zdobył tamtejszy Złoty Kask. Podpisał kontrakt na starty w Elite League w Arenie Essex Hammers. On, z jego świetną techniką, z umiejętnością trzymania krawężnika, miał zawojować Wielką Brytanię. Tymczasem stało się zgoła odmiennie. Na Wyspach mu nie szło, jego występy były coraz słabsze, do tego częste loty między Polską a Wielką Brytanią nie wpływały na niego korzystnie… Aż w końcu „Młoty” wyrzuciły go z drużyny.

Piszę ten tekst po godz. 21, dziewięć lat temu o tej porze Łukasz był już w drodze do Wilczy, małej miejscowości pomiędzy Gliwicami a Rybnikiem. Tam miał swój warsztat, tam ojciec zbudował mu mały tor żużlowy, gdzie mógł pielęgnować technikę we wczesnych latach kariery. Tam, w swoim warsztacie, Łukasz postanowił odebrać swoje życie. Przegrał z presją, przegrał z tym co kochał – z żużlem. Dopiero po jego śmierci wyszło na jaw kilka faktów – że cierpiał na depresję, ale nie chciał pomocy klubu. Że oferowano mu odejście z Rybnika, do jakiegoś klubu, gdzie będzie mógł odbudować swoją karierę, gdzie z powrotem poczuje luz i radość ze startów. Nie chciał. Miał odpowiadać, że prędzej zakończy karierę niż odejdzie z macierzystego klubu.

Chociaż Łukasz odszedł od nas późnym wieczorem 2 czerwca 2006 roku, to jeszcze bardziej w pamięci pozostaną mi wydarzenia z poranka 3 czerwca. Włączenie rybnickiego forum, przeczytanie tej tragicznej wiadomości i zalanie się łzami. Pobiegnięcie z tą informacją do ojca. Nie przytoczę dokładnie jego słów z tamtego momentu, ale brzmiały one mniej więcej „kibice go zaszczuli”. I fani RKM-u chyba mieli tego świadomość. 3 czerwca pojechałem na stadion RKM-u po raz kolejny. Tym razem już nie oglądać żużlowców w akcji, ale żeby zapalić znicz na linii startu, gdzie jeszcze dzień wcześniej Łukasz tak pewnie wygrywał starty…

Znamienne jest to, że ktoś wtedy przyniósł zdjęcie Łukasza z napisem „Przepraszamy”.

Przepraszamy co roku. Spoczywaj w pokoju.

Reklamy

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKilka lat temu Ronnie Jamroży miał okazję świętować zdobycie złotego medalu drużynowych mistrzostw Polski wraz z Atlasem Wrocław. Jednak po przejściu do grona seniorów, kariera tego żużlowca nie potoczyła się tak, jakby oczekiwali tego kibice na Dolnym Śląsku. Tegoroczne rozgrywki Jamroży zakończył jako zawodnik II-ligowego KSM-u Krosno.

W zeszłą niedzielę awans do I ligi świętowali żużlowcy ŻKS-u ROW Rybnik. Na zakończenie rozgrywek rybniczanie pokonali na własnym obiekcie KSM Krosno 65:25. W szeregach gości z dobrej strony zaprezentował się jedynie Ronnie Jamroży. Wychowanek klubu z Wrocławia był bliski wywalczenia kompletu punktów, ale przeszkodził mu w tym bardzo ostry atak Lewisa Bridgera w gonitwie numer jedenaście. – Myślę, że Lewis za ostro pojechał w tym ostatnim biegu, ale jestem zadowolony z występu – powiedział po zawodach Jamroży.

Przed startem sezonu Jamroży podpisał kontrakt na starty w I-ligowym Orle Łódź, jednak był systematycznie pomijany przy wyborze składu przez trenera Janusza Ślączkę. Dlatego w trakcie trwania rozgrywek żużlowiec wylądował w II lidze. – Jedenaście punktów w czterech wyścigach, to bardzo dobry wynik. Od kiedy przyszedłem do Krosna, to udowadniam, że dobrze jadę, a trener Ślączka nie stawiał na mnie. Tymczasem w barwach Krosna w każdym meczu dobrze punktuję. Ktoś może powiedzieć, że to tylko II liga, ale równie dobrze mógłbym na tym szczeblu rozgrywek wozić zera, gdybym nie miał formy. Robię swoje i nie przejmuję się tym, co było. Cieszę się, że mogę jeszcze sobie pojeździć w lidze i pokazać się z dobrej strony – dodał doświadczony zawodnik.

Jamroży jest zdania, iż nadal jest żużlowcem, który byłby w stanie punktować na solidnym poziomie w I lidze. – Myślę, że swoimi występami pokazuje, że trener Ślączka nieco się mylił. Tak jak mówiłem, to jest tylko II liga i ktoś może powiedzieć, że w I lidze nie dałbym sobie rady, ale jeździłem już też na I-ligowym poziomie. Potrzebowałem do pomocy takich ludzi, jacy są w Krośnie. Dali mi okazję do startów i wierzyli, że będę robić punkty – stwierdził.

Równocześnie lider krośnieńskich „Wilków” z tegorocznych rozgrywek nie wie czy zostanie w klubie z Podkarpacia na kolejny rok. – Nie myślę jeszcze o przyszłym sezonie. Zobaczymy jak to wszystko się poukłada. Na razie został mi jeszcze jeden turniej w tym sezonie i skupiam się na startach, a na przymiarki transferowe przyjdzie czas zimą – zdradził Jamroży.

Dla Jamrożego występ w Rybniku miał sentymentalny charakter, gdyż bronił on barw RKM-u Rybnik w latach 2009-2011. Żużlowiec miał okazję dość dobrze poznać rybnicki tor, który ostatnio został poddany gruntownej modernizacji. Jak zawodnik KSM-u Krosno ocenia nową geometrię? – Szczerze? Przed przebudową tor był dużo lepszy! Zarówno pod względem nawierzchni, jak i geometrii. Myślę, że kibice sami widzą, że nie ma na nim zbyt wiele walki. Naprawdę ciężko jest tutaj zaatakować, bo wejścia w łuk są bardzo wąskie i ciężko w nie wjechać na pełnej prędkości. To jest główny mankament, przez który nie ma teraz walki. Ten tor jest po prostu za wąski na wejściach i wyjściach z łuków – ocenił Jamroży.

Równocześnie okres startów w Rybniku będzie się kojarzyć Jamrożemu z kiepską sytuacją finansową klubu zarządzanego przez Michała Pawlaszczyka i Dariusza Momota. Po sezonie 2011 długi RKM-u wynosiły ponad 1,5 mln złotych i drużyna została wycofana z ligi. – Mogę powiedzieć, że gdzieś to się nadal czkawką odbija, bo straciłem w Rybniku bardzo dużo pieniędzy. Gdybym teraz był w posiadaniu tych środków, mógłbym lepiej inwestować w sprzęt i orientować się w kwestiach nowinek. Tymczasem muszę ciułać z tego, co na bieżąco zarabiam. Przejechałem w Rybniku dwa lata charytatywnie, ale co zrobić. Takie jest życie i nauczyło mnie to czegoś. Nie popełniam dwa razy tych samych błędów – powiedział były zawodnik rybnickiego klubu.

Jamroży jest świadom, iż nowo powstały ŻKS ROW Rybnik, który wygrał w tym roku rywalizację na II-ligowym froncie, jest zarządzany w sposób profesjonalny. – Nie wykluczam powrotu do Rybnika. Wiadomo, że są inni ludzie teraz w klubie. Z poprzednimi działaczami na pewno bym nie współpracował i nie miał to najmniejszej ochoty. Podejście nowej ekipy do żużla jest fajne i czemu nie? Jeśli tylko będzie zainteresowanie moją osobą, to na pewno usiądę do rozmów – zdradził żużlowiec.

Były zawodnik RKM-u walczy także o odzyskanie pieniędzy utraconych podczas startów w Rybniku. – Sprawa jest w prokuratorze, ale to ciężki temat. Zebraliśmy grupę chłopaków, która jeździła w Rybniku za czasów poprzedniej ekipy i stworzyliśmy pozew zbiorowy. Jednak idzie to jak po grudzie i na razie efektów nie ma, ale się nie poddajemy i walczymy. Zobaczymy co się wydarzy, być może któregoś dnia nadejdą jakieś pozytywne wieści, że coś się ruszyło ze sprawą do przodu – zakończył Jamroży.