Posts Tagged ‘Real Madryt’

14420863697_ceeb7b51b1_o

Grudzień. Kończy się rok, więc jest to doskonała pora na podsumowania ostatnich dwunastu miesięcy naszego życia. Do tego atmosfera nadchodzącego Bożego Narodzenia sprawia, że wszyscy jesteśmy tacy mili i uprzejmi. Błąd. Nie jesteśmy.

Zdecydowana większość Polaków deklaruje, że jest wierząca. Gorzej z tym praktykowaniem – chyba tylko w naszym kraju mógł się narodzić zlepek słów „wierzący, niepraktykujący”. To jak z byciem w ciąży – albo się w niej jest, albo nie jest. Wystarczy wejść do internetu, by zobaczyć mnóstwo agresji, frustracji i wylewanej żółci, co mocno kłóci się z chrześcijańskim podejściem do świata. Bardzo dobitnie widać to na przykładzie sportu. My, jako Polacy, nie potrafimy docenić sukcesów. Zawsze znajdzie się jakieś ale, jakiś sprzeciw dyskredytujący osiągnięcie sportowca czy drużyny. Bo przecież byłoby za prosto.

Mam takie odczucia przy okazji każdego występu Roberta Kubicy. Genialny facet, który przebił się do świata F1 jako jedyny Polak, którego kariera została przerwana przez wypadek. Niemal stracił w nim prawą dłoń, mocno uszkodził nogę i tak naprawdę jest w pewnym stopniu inwalidą, skoro w niektórych wywiadach podkreśla, że pewne czynności (zjedzenie śniadania) musiał nauczyć się robić lewą ręką. W takiej sytuacji Robert mógł sobie odpuścić sporty motorowe. W naszym kraju łatwo zostać celebrytą, więc pewnie telewizje chętnie by go zapraszały do porannych rozmów o kawie, za promowanie jakichś marek wpadłaby jakaś gotówka i można byłoby dalej żyć.

Robert, jako osoba uzależniona od adrenaliny, wybrał inną ścieżkę – starty w rajdach samochodowych. Z powodu ograniczonej ruchomości prawej ręki, w samochodzie Roberta zamontowane widełki do zmiany biegów zamiast tradycyjnego drążka. Poza tym, to już chyba pozostałość po rywalizacji w F1, Robert zawsze jedzie na limicie. On w rajdach nie startuje po to, by zajmować miejsca w środku stawki. Celuje w czołowe lokaty, co w tym roku, przy niskim doświadczeniu, często kończyło się wypadkami.

Efekt jest taki, że niektóre media wręcz czekały na kolejne występy Kubicy, by móc walnąć czerwony nagłówek z napisem „wypadek Kubicy”. Bo taki news od razu zyskuje kliknięcia, a kliknięcia to zarobione złotówki. Bo pod taką informacją już trwa festiwal komentarzy na temat kierowcy. Można sobie pojeździć po Robercie, bo to jest w modzie. Osobny temat to umiejętności prowadzenia samochodu przez samych komentujących… Większość pewnie zaliczyłaby efektowniejsze wywrotki niż Kubica już na pierwszym zakręcie rajdu. Problem pojawia się, gdy Kubica wygrywa. Wtedy hejterzy nieśmiało muszą się usunąć w cień – tak było chociażby przy okazji ostatnich triumfów w Monza Rally Show i Trofeo Bettega. Jednak i wtedy znajdą się tacy, którzy napiszą „a to tym razem się nie rozwalił?”, „w kolejnym wyścigu pewnie znowu wyleci z trasy”, itd.

Granice tego naszego hejtu sięgają też poza Polskę. Real Madryt, który jest bliski mojemu sercu, notuje właśnie rekordową liczbę wygranych z rzędu. Na ten moment licznik stanął na 21. Już teraz „Królewscy” są pod tym względem najlepszą ekipą w historii hiszpańskiej piłki. Wyrównanie światowego rekordu też blisko – 22 wygrane z rzędu. Część dziennikarzy zachwyca się grą zespołu z Madrytu, który średnio w tym sezonie strzela rywalom 3,5 gola na mecz. Zauważyłem jednak, że nie każdemu to pasuje. „Z kim ten Real w tych meczach grał?” – zostałem ostatnio zapytany na Twitterze. Wniosek prosty – Madryt pokonał samych „ogórków” i tak naprawdę nie ma się z czego cieszyć. Czy słuszny?

Na świetną serię Realu składają się m. in. mecze ligowe z Barceloną, Athletikiem Bilbao, Malagą i dwumecze w Lidze Mistrzów z Liverpoolem czy Bazyleą. Malaga niedawno grała w 1/8 Ligi Mistrzów, Athletic grał w Lidze Mistrzów w tym roku – trudno nazywać te zespoły „cieniasami”. Oczywiście, w trakcie swojej serii Real miewał też spotkania z zespołami dużo słabszymi jak Eibar, Almeria czy Cornelia. Z drugiej strony, tak już jest w każdej lidze – raz grasz z mocniejszym zespołem, raz ze słabszym. Równie dobrze można by nazywać „ogórkami” i dyskredytować kolejne osiągnięcia Bayernu w Bundeslidze czy Chelsea w Premiership. Oba zespoły grają w tym sezonie świetną piłkę, a jednak nie mogą się pochwalić tak dobrą passą jak „Królewscy”. Może jednak osiągnięcie Realu to jest wyczyn?
Jeśli nie, to prędko jakaś inna drużyna powinna pobić ten rekord. Nie wydaje mi się jednak, by do tego doszło lada moment. Dlatego apel do tych wszystkich krzykaczy i hejterów – czasem lepiej wyjść na spacer i przewietrzyć myśli, niż wystukać anonimowo kilka zdań na klawiaturze. Bo skrytykować łatwo, docenić trudno.

Reklamy

5810069243_d0da14df2e_bStało się. Od kilku dni wszyscy wiemy, że Hiszpanie nie obronią tytułu mistrzów świata w piłce nożnej. Ekipa prowadzona przez Vicente del Bosque przegrała z Holandią i Chile, a w meczu z Australią przyjdzie im wcielić się w rolę Polaków i zagrają jedynie o honor. Wszystkim, którym klęska „La Furia Roja” przyniosła sporo radości, proszę o zachowanie ciszy nad tą trumną.

Przesłanek sugerujących klęskę Hiszpanii w Brazylii było kilka. Po pierwsze – zmęczenie stylu zwanego „tiki-taką”. FC Barcelona, której gracze stanowią sile o hiszpańskiej drużyny, już od dwóch sezonów bezproduktywnie podaje piłkę, w rozgrywanych spotkaniach ma wysoki procent posiadania piłki, ale nie przekłada się to na sukcesy. Ruchy piłkarzy są wolniejsze, brak tak mocnego pressingu jak niegdyś, wszystko jest bardziej przewidywalne. Po drugie – wypalenie pewnej grupy piłkarzy, która wygrała wszystko. Gracze Barcelony czy Realu Madryt mają na swoim koncie mistrzostwa Europy, mistrzostwo świata, Ligę Mistrzów. A chyba nikomu nie trzeba mówić jak ważna jest motywacja w sporcie… Po trzecie – koniec pewnego cyklu. Francuzi wygrywali mistrzostwo świata w 1998 roku, a następnie mistrzostwo Europy w roku 2000, by na Mundialu w Korei Płd. i Japonii nie wyjść z grupy. Włosi zdobyli tytuł najlepszej drużyny świata w roku 2006, a cztery lata później w RPA nie wyszli z grupy. Historię Hiszpanii też już znamy…

Czy można było tego uniknąć? Pewnie tak. Wystarczyłoby wprowadzić trochę świeżej krwi, bo przecież Hiszpanie mają z kogo wybierać. Dość powiedzieć, że Hiszpanie wygrywali mistrzostwa Europy do lat 21 w latach 2011 i 2013. W zdobyciu tego ostatniego tytułu pomagali m. in. piłkarze Realu Madryt – Alvaro Morata, Isco, Dani Carvajal, Asier Illaramendi; Bayernu Monachium – Thiago Alcantara; Atletico Madryt – Koke; Manchesteru United – David de Gea. Kto z tego grona pojawił się na Mundialu w Brazylii? De Gea jako rezerwowy bramkarz, Koke jako rezerwowy pomocnik. Pewnie byłby też Alcantara, ale jemu w wyjeździe do Brazylii przeszkodziła kontuzja kolana. Znamienne jest, że jeszcze przed Munialem del Bosque powtarzał, że w swojej obecnej kadrze widzi tylko jednego zawodnika, który jest głodny sukcesów. I jest to Koke. Hiszpan ma za sobą świetny sezon, zdobył z „Atleti” mistrzostwo kraju, awansował do finału Ligi Mistrzów… i niewykluczone, że latem będzie autorem głośnego transferu do któregoś z dużych klubów Europy.

Tyle, że trener del Bosque nie lubi zmian. Przejął reprezentację po zwycięskim Euro 2008 i od tego momentu dokonywał tylko delikatnych zmian, które były wymuszane przez życie, jak chociażby rezygnacja z nękanego kontuzjami Carlesa Puyola. W efekcie do Brazylii polecieli m. in. Fernando Torres, choć od kilku lat jest bez formy i daleko mu do piłkarza, który zachwycał w barwach Liverpoolu. Poleciał równie mocno wypalony David Villa, który w końcówkach meczu Atletico w tym roku oddychał rękawami i myślami jest już na sportowej emeryturze, o czym najlepiej świadczy fakt, że właśnie podpisał kontrakt z klubem amerykańskiej MLS. A skoro liga w USA startuje dopiero w 2015 roku, to piłkarską jesień Villa spędzi w Australii… Del Bosque nie pozwolił nawet zrezygnować z kadry Xaviemu. As Barcelony już po Euro 2012 chciał zakończyć przygodę z „La Furia Roja”, ale szkoleniowiec Hiszpanów prosił go o zmianę decyzji. Prosił, choć Xavi nie był już graczem tak dobrym, stracił szybkość i ruchliwość na boisku.

Czy za te błędy, bo trudno to inaczej nazwać, del Bosque powinien zapłacić posadą? Nie wiem. Spodobała mi się teza forsowana przez felietonistę Sport.pl Rafała Steca, że skoro ta generacja Hiszpanów wygrała wszystko, to miała prawo razem przegrać i zakończyć złoty okres w historii. Teraz zmiany jednak będą nieuniknione i nawet jeśli nie podejmie ich del Bosque, to zrobią to za niego piłkarze. Według tygodnika „Marca”, decyzję o rezygnacji z gry w kadrze podjął już Xabi Alonso. Pomocnik Realu Madryt jako jedyny trafnie ocenił postawę Hiszpanów w Brazylii. – Nie zachowaliśmy tego głodu, tej ambicji… Nie byliśmy przygotowani psychicznie, fizycznie było tak samo – powiedział po spotkaniu z Chile, a te słowa wywołały burzę w szatni Hiszpanów. Nie zgodzili się z nimi m. in. Andres Iniesta i Diego Costa. Panowie, gdyby Alonso nie miał racji, to Hiszpania właśnie nie pakowałaby się do domu…

Kogo jeszcze obejmą zmiany? Na pewno Xaviego, który odchodzi z Barcelony i wraz z nowym sezonem przenosi się do ligi katarskiej na sportową emeryturę. Być może trzeba byłoby też odsunąć na dalszy plan Iniestę, jako pozostałość po stylu „tiki-taki”. W kolejce do gry czekają przecież Juan Mata, wspomniany wcześniej Thiago Alcantara, Koke, Jese. Nie można też skreślać Cesca Fabregasa, który tak naprawdę nigdy nie dostał prawdziwej szansy w kadrze. Przynajmniej do gry na swojej pozycji. Ciekawy jest też przypadek Ikea Casillasa – bramkarz Realu Madryt nie popisał się w obu mundialowych meczach, ale ma „dopiero” 33 lata. Jak na bramkarza, ma przed sobą jeszcze kilka lat grania. Dlatego nie mam wątpliwości, że jeśli „Święty” odnajdzie formę i odzyska miejsce w Realu Madryt, to dalej będzie bronić hiszpańskiej bramki. Gerard Pique i Sergio Ramos nie popisali się w Brazylii, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że ta dwójka będzie stanowić parę środkowych obrońców w meczach eliminacji do Euro 2016. Podobnie na lewym boku obrony będzie z Jordim Albą, a na prawej flance swoją szansę powinien otrzymać Carvajal. W roli defensywnego pomocnika nie trzeba wystawiać Sergio Busquetsa, skoro jest Javi Martinez z Bayernu Monachium.

Dlatego nie mam wątpliwości, że hiszpańska kadra ma przed sobą przyszłość. A ostatnie głosy radości po porażkach Hiszpanii pokazują jedno – jak duży sukces odniosła ta reprezentacja. Hejterzy powinni jednak pamiętać, że każdy „hejt” jest pierwszą cegiełką pod budowę nowego sukcesu.

Obrazek

Sport bywa przewrotny. Kilka tygodni temu Barcelona ograła Real Madryt na Santiago Bernabeu i była w siódmym niebie. Liga znów stała się realna, „Barca” pozostawała w grze o Ligę Mistrzów i Puchar Króla. Dziś wiemy, że najprawdopodobniej Messi i spółka skończą sezon bez trofeum, a szansę na potrójną koronę ciągle mają… „Królewscy”.

Ligowe „Gran Derbi” rozgrywane na Santiago Bernabeu oglądało się z wypiekami na twarzy. Otwarty mecz, ofensywna gra z obu stron i prowadzenie Realu 3:2, aż w końcu nadszedł kluczowy moment spotkania. Czerwona kartka dla Sergio Ramosa za rzekomy faul na Neymarze, który coraz częściej w polu karnym zachowuje się, jakby wskakiwał w basen. Karny wykorzystany przez Leo Messiego, gra z przewagą… i Barcelona po raz kolejny w tym sezonie okazała się lepsza od Realu. Tak było jeszcze kilka tygodni temu.

Finał Pucharu Króla miał mieć inny przebieg. „Królewscy” bez swojej największej gwiazdy, czyli Cristiano Ronaldo. Barcelona leczyła za to rany po bolesnych upadkach – porażka z Atletico Madryt sprawiła, że „Barcy” po raz pierwszy od kilku sezonów nie zobaczymy w półfinale Ligi Mistrzów, zaś przegrana z broniącą się przed utrzymaniem Granadą, wyeliminowała podopiecznych Taty Martino z walki o ligę.

Pod nieobecność CR7, w finale Copa del Rey uaktywnił się talent Garetha Bale’a. Gdy latem „Królewscy” wydawali na niego 91 mln euro, niektórzy pukali się w czoło. Część kibiców twierdziła, że ten transfer jest kaprysem Florentino Pereza, że Walijczyk nie pasuje do taktyki Realu, gdzie na skrzydłach biegają Cristiano Ronaldo i Angel di Maria. W końcu, kupno Bale’a pociągnęło za sobą sprzedaż Mesuta Oezila. Niemiec w pierwszych meczach brylował w Arsenalu, który prowadził w Premier League, zaś Bale nie potrafił się odnaleźć w Primera Division. Wniosek prosty – Real nie przemyślał tego transferu. Ledwo minęło kilka miesięcy, a role się odwróciły. Bale, który z powodu transferu nie przepracował z drużyną okresu przygotowawczego, w końcu odnalazł właściwy rytm i właśnie może cieszyć się z pierwszego sukcesu w barwach „Królewskich”. Akcja, w której Walijczyk przebiegł 58 metrów w 8 sekund i 33 setne, mając za sobą 85 minut meczowego wysiłku i zdobył zwycięskiego gola, pozotanie w pamięci kibiców na długo. Z kolei Oezil gasł na Wyspach z miesiąca na miesiąc, jego Arsenal musi się martwić o miejsce premiowane grą w Lidze Mistrzów w kolejnym sezonie. Sprzedaż Niemca pozwoliła też na eksplozję talentu di Marii, który ze skrzydła przeniósł się na środek boiska i stał się piłkarzem bardziej uniwersalnym. To właśnie Argentyńczyk otworzył wynik środowego meczu z Barceloną, to on ciężko haruje w defensywie, czego o Niemcu powiedzieć nie można było.

Po drugiej stronie barykady stoi Neymar. Kupiony za podobne pieniądze co Bale, nie pomógł w tym roku Barcelonie sięgnąć po jakiekolwiek trofeum. Wydaje się przy tym, że „Barca” zaczęła powtarzać błędy Realu z początku XXI w. Wtedy „Królewscy” dysponowali potężną siłą w ofensywie, mając coraz gorsze tyły, a klub sięgał po kolejnych graczy ofensywnych. O bolączkach Barcelony z obroną wiedzą wszyscy – Carles Puyol jest coraz starszy i co chwilę leczy kontuzje, Javier Mascherano został środkowym obrońcą z przymusu, a klub latem i tak nie sprowadził defensora. Nie ulega też wątpliwości, że Barcelonie potrzebny jest rosły napastnik, który zgrywałby głową piłki wrzucane w pole karne. Tego transferu też zabrakło. Pojawił się za to Neymar, kolejny skrzydłowy, choć w klubie byli już i ciągle są Alexis Sanchez i Pedro. Efekt jest taki, że gdy Barcelonie nie idzie, to kibice widzą powolne rozgrywanie piłki, przerzut na drugą stronę, dośrodkowanie… i koniec akcji, bo w polu karnym rywale przejmują piłkę.

W Barcelonie coś na pewno się kończy. Po sezonie z klubem zapewne pożegna się trener Gerard Martino, który nie potrafił odmienić stylu gry „Barcy”. Nie wiadomo kto go zastąpi – katalońskim mediom marzy się Juergen Klopp, ale wątpliwe, by Niemiec opuścił Borussię Dortmund. Nowy szkoleniowiec nie będzie miał łatwego zadania – być może przyjdzie mu posadzić na ławce Xaviego, Iniestę, a nawet Messiego… Piłkarzy, którzy są symbolami „Barcy”, którzy wygrali wszystko, ale też piłkarzy, którzy bardzo mocno zawiedli w ostatnich dniach.

A Real… Carlo Ancelotti na pewno otrzymał trochę spokoju. Do niedawna wypominano mu, że w czterech meczach ligowych z Barceloną i Atletico zdobył tylko jeden punkt. Teraz ma na swoim koncie Copa del Rey i szansę na kolejne puchary. W lidze łatwo nie będzie – „Królewscy” muszą wygrywać wszystkie mecze do końca sezonu i liczyć na potknięcia rywala zza miedzy. W Lidze Mistrzów będziemy za to świadkami przedwczesnego finału, bo w półfinale los skojarzył Real z triumfatorem rozgrywek sprzed roku, czyli Bayernem Monachium. Zdaniem wielu, klub z Bawarii gra teraz najefektywniejszą piłkę w Europie. Czy Ancelotti i spółka znajdą na nią sposób?

 

8133568359_69b31e3d25_o

Przedstawicieli świata sportu możemy podzielić na kilka kategorii. W pierwszej, chyba najmniej licznej, znajdziemy tych, którzy od zawsze mieli wrodzony talent do danej dyscypliny i osiągnęli sukces. W drugiej mamy tych, którzy tytaniczną pracą zdobyli dużo. W trzeciej, niestety chyba najliczniejszej, znajdziemy osoby, którym tego talentu lub ciężkiej pracy zabrakło. Życie pokazuje jednak czasem, że łatwo przeskoczyć z jednej grupy do drugiej.

Świat piłki nożnej jest od kilku lat zdominowany przed rywalizację na linii Leo Messi – Cristiano Ronaldo. Obaj biją kolejne rekordy, niekiedy wykreślając siebie nawzajem ze statystyk, wywołując u obiektywnych obserwatorów (są tacy?) pytanie – ile rekordów jeszcze mogą pobić, kiedy w końcu nadejdzie granica ich wytrzymałości. Tej na razie nie widać, przy czym Argentyńczyk od zawsze ma opinię tego grzecznego chłopca. To on ma wrodzony talent do piłki, nie skupia się na swoim wizerunku pozaboiskowym. Portugalczyk jest tym gorszym. Nie tylko w kwestii talentu, ale też zachowania na boisku. Sam jestem zdania, że być może CR7 otrzymał nieco mniej talentu od losu, ale wiele osiągnął tytaniczną pracą. Słynne są już anegdoty o tym, jak zawodnik Realu Madryt zostaje po treningach, aby dodatkowo trenować rzuty wolne, że robi dziennie setki brzuszków, że ma idelnie dobraną dietę, w której nie ma miejsca na złe cukry i tłuszcze, że w jego apartamencie funkcjonuje komora kriogeniczna, dzięki której może szybciej regenerować siły po meczach.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o sportowców najbardziej czczonych. W świecie piłki nożnej, gdzie obraca się milionowymi kwotami, bardzo łatwo jednak o skrajności. Luka Modrić, swego czasu reżyser gry Tottenhamu Hotspur, zachwycał swoją grą całe Wyspy Brytyjskie. Jednak nieudane próby awansu ze „Spurs” do Ligi Mistrzów sprawiły, że Chorwat postanowił zmienić otoczenie. Latem 2012 wybrał Real Madryt i się zaczęło. Granie w końcówkach meczów, opinia najgorszego transferu roku w La Liga i wróżenie szybkiego wylotu z ekipy „Królewskich”. Tak było na przełomie 2012 i 2013 roku. Chorwata nikt jednak nie skreślił i począwszy od meczów 1/8 finału Ligi Mistrzów, w których pomógł on „Królewskim” wyeliminować Manchester United, powoli piął się w górę. Teraz Modrić jest głównym architektem gry Realu, świetnie łączy defensywę z ofensywą, a Santiago Bernabeu już kilukrotnie skandowało jego nazwisko, co nie jest zbyt częstym zjawiskiem w stolicy Hiszpanii. Dość powiedzieć, że w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów, w którym Real mierzył się z Borussią Dortmund, chorwacki piłkarz wykonał 73 podania, z czego 91 proc. było celnych, miał jedną asystę, cztery dryblingi i trzy wślizgi. Od zera do bohatera. Świetna metamorfoza, dzięki wierze we własne umiejętności i ciężkiej pracy.

Jednak nie tylko w piłce nożnej łatwo o przykłady takiej przemiany. W moim ukochanym żużlu też jest ona możliwa. Nie wiem jak potoczą się dalsze losy Martina Smolinskiego w Speedway Grand Prix, ale Niemiec w sobotę zrobił więcej, niż miał dokonać przez cały sezon. Nigdy nie robił furory w najważniejszych ligach, nie odnosił sukcesów jako młodzieżowiec, w elitarnym gronie mistzostw świata przyszło mu debiutować jako 29-latek. Do tego miał cały świat przeciwko sobie, bo opisał prawdę o locie żużlowców i mechaników do Nowej Zelandii, przez co w hermetycznym środowisku zawrzało. Pogawedkę na ten temat ze Smolinskim urządził sobie nawet Chris Holder, a Niemiec i tak nie poszedł na kompromisy. W Auckland walczył, wjeżdżał gdzie inni się bali, co też doprowadziło do jego upadku i kontuzji Darcy’ego Warda. Wszystkim, którzy zapowiadali „olimpiady” Smolinskiego, niemiecki zawodnik pokazał środkowy palec.

I z wypiekami na twarzy pozostaje nam czekać na kolejny turniej SGP w Bydgoszczy. W nim Smolinski już nie zrobi takiego efektu „wow”. Rywale na pewno będą się starali pokazać mu miejsce w szeregu, a on, pomimo zwycięstwa w Auckland, ponownie nie będzie faworytem. Już teraz można wyczytać komentarze, że zwycięstwo Niemca było przypadkowe, że długi tor w Nowej Zelandii nie jest miarodajny i wkrótce życie sprowadzi Smolinskiego brutalnie na ziemię. Być może. Szanse na to wynoszą 50 procent. Takie same są szanse, że Smolinski będzie odkryciem sezonu i będzie się liczyć w walce o czołowe lokaty. Bo kto przed rokiem stawiał na tytuł Taia Woffindena? Też po pierwszych udanych występach Brytyjczyka dało się słyszeć podobne głosy – że to przypadek, że w końcu przyjdzie kryzys formy.

Nie wiem jak będzie ze Smolinskim, ale na pewno będzie miał moje wsparcie, jak i wielu innych kibiców, którzy doceniają, iż pojawił się ktoś, kto próbuje rozruszać skostniałe towarzystwo jeżdżące pod szyldem SGP.

Ostatnie dni sierpnia to okres niezwykle gorący dla klubów piłkarskich z europejskiej czołówki. Nie inaczej było w tym roku. Wprawdzie mamy już drugą połowę września i od tamtych wydarzeń minęło trochę czasu, to chciałbym powrócić do transferów Garetha Bale’a i Mesuta Oezila.

Zacznijmy od transferu Walijczyka. Przenosiny Bale’a do Madrytu były niemal pewne od początku okienka transferowego. Florentino Perez uwielbia „galaktyczne” transfery, a teraz dodatkowo musiał coś udowodnić Barcelonie, która sprzątnęła mu sprzed nosa Neymara. „Królewskim”, po sprzedaży Gonzalo Higuaina, bardziej przydałby się napastnik, typowy łowca bramek, ale trener Carlo Ancelotti i całe madridismo musiało zadowolić się skrzydłowym, za którego zapłacano 91 mln euro. Taką kwotę podała oficjalna stacja Realu Madryt, wbrew informacjom polskich mediów, które uparcie informują o wydaniu na Bale’a 100 mln euro. Dlatego spokojnie, Cristiano Ronaldo nadal jest najdroższym piłkarzem na tej ziemi.

Po transferze Bale’a, wcześniejszym ściągnięciu Isco i Asiera Illarramendiego, w linii pomocy „Królewskich” zapanował tłok. Z graczy ofensywnych w kadrze Realu byli przecież jeszcze Cristiano Ronaldo, Luka Modrić, Angel di Maria i Mesut Oezil. Dodajmy do tego Samiego Khedirę, Xabiego Alonso i młodziutkiego Casemiro, a staje się jasne, że zawodników jest za dużo. Kogoś trzeba było sprzedać.

Całe lato wydawało się, że padnie na Angela di Marię. W końcu to jego pozycję na boisku nominalnie powinien zająć Bale. Do tego Argentyńczykim interesowali się m. in. włodarze Manchesteru United i PSG. Jednak w skrzydłowym obudziła się chęć rywalizacji i odnoszenia sukcesów w stolicy Hiszpanii. Po przepracowaniu okresu przygotowawczego, di Maria porozmawiał z Ancelottim i postanowił podjąć wyzwanie. – Zdecydowałem się pozostać, pomimo piłkarzy, którzy przychodzili do klubu. Miałem świadomość, że przechodzę przez dobry okres i mam umiejętności, aby tutaj grać. Trener powiedział mi, że ktokolwiek będzie lepszy, będzie grać w pierwszym składzie. Sądzę, że Bale nie trenował w Tottenhamie, więc chyba mam fory na starcie – powiedział di Maria.

W tym samym czasie na drugim biegunie znalazł się Oezil. Piłkarz nietuzinkowy, potrafiący błyskotliwie podać piłkę, ale też chimeryczny. Niemiec miał problemy z grą w defensywie, a i jego kondycja pozostawiała sporo do życzenia. Kibice „Królewskich” mają w pamięci spotkania, kiedy to Oezil w okolicach 70 minuty oddychał rękawami. Latem niemieckiemu pomocnikowi doszedł kolejny problem – Isco. Piłkarz młodzieżowej reprezentacji Hiszpanii, ściągnięty z Malagi do Realu za 27 mln euro. W ligowym debiucie nowy piłkarz Realu strzelił bramkę i zanotował asystę, spychając Oezila na ławkę rezerwowych. Czy w trakcie trwania rozgrywek Niemiec wygryzłby młodszego kolegę ze składu? Być może, jednak tego się już nie dowiemy, bo…

… Oezil przestraszył się rywalizacji o pierwszy skład. Takie mam wrażenie, po tym co stało się w ostatnich dniach sierpnia. Mam w pamięci wywiady z niemieckim pomocnikiem, w których zapewniał on o chęci zakończenia kariery w barwach stołecznego klubu. Minęło jednak niewiele czasu i sytuacja obróciła się o 180 stopni. Oezil, w przeciwieństwie do di Marii, nie chciał podjąć rękawicy. Zamiast walczyć o triumfy w Madrycie, wolał poprosić o transfer do innego klubu. W ten sposób Niemiec wylądował w Arsenalu.

Na tym mogłaby się zakończyć ta opowieść, gdyby nie wywiady, których niemiecki piłkarz zaczął udzielać po przenosinach do Londynu. Nagle okazało się, że Oezil był w Madrycie niedoceniany, nowy trener mu nie ufał, a Arsenal jest dla niego miejscem wymarzonym. – Rozmowa z Wengerem sprawiła, że zdałem sobie sprawę z tego, że w Realu Madryt straciłem zaufanie i szacunek. Trener dokładnie powiedział mi, w jaki sposób chce ze mnie korzystać oraz czego ode mnie oczekuje. Nie myślałem o kwocie, którą za mnie zapłacono. Gdyby to ode mnie zależało, odszedłbym do Arsenalu nawet za darmo – powiedział w jednym z wywiadów. I trudno zrozumieć, skąd taka metamorfoza u piłkarza, który nie tak dawno chciał kończyć karierę w „królewskich” barwach.

Oezil musi mówić w ten sposób, by nie podpaść nowemu otoczeniu. Jednak trudno uwierzyć, że sam nie jest świadom, iż w swojej karierze zrobił krok w tył. Arsenal od kilku lat nie wygrał żadnego trofeum, co roku latem wyprzedaje największe gwiazdy (Adebayor, Toure, Clichy, Nasri, Fabregas, van Persie i inni) i trudno będzie mu osiągnąć sukces w Premier League czy Lidze Mistrzów. Czy walka o pierwszy skład w Realu Madryt nie byłaby większym wyzwaniem? Przykład di Marii pokazuje, że nie zawsze trzeba uciekać z klubu w pogoni za większymi pieniędzmi i pewnym miejscem w składzie.

9635836619_ba419b1427_o