Posts Tagged ‘PGE Ekstraliga’

Gdy czytam o buncie żużlowców, mam wrażenie, że PGE Ekstraliga zachowuje się jak Krzysztof Kononowicz. Więcej takich działań panów w marynarkach i spełni się obietnica wyborcza Kononowicza. Nie będzie niczego.

Problemem każdego sportu są działacze, którzy uważają, że są ważniejsi od dyscypliny. To błąd, bo bez żużlowców nie byłoby PGE Ekstraligi i spółki zarządzającej rozgrywkami. Wojciech Stępniewski jest najwyraźniej innego zdania. Jak to napisał na Twitterze, „reklamy z kolei są własnością klubu, bo to klub organizuje mecz”. Aha, a w meczach jeżdżą krasnoludki. Ale po kolei…

Furorę w internecie robi grafika porównująca piłkarzy do żużlowców. Brawa należą się temu, kto ją wymyślił. W prostszy sposób nie dało się zobrazować absurdów, jakie w ostatnich latach panują w PGE Ekstralidze.

Fajnie, że sternicy ligi potrafią wynegocjować nowy, lepszy kontrakt telewizyjny. Bo to dodatkowe pieniądze dla klubów. Fajnie, że liga ma sponsora tytularnego w postaci PGE. Tylko jakim kosztem? Kolejnych obostrzeń, na których nie tracą kluby, nie tracą działacze, a tracą zawodnicy. Czyli te osoby, które tworzą ten sport. Osoby, bez których żużla by nie było.

Ekstraliga na każdym kroku stara się podebrać zawodnikom okazję do zarobku. W regulaminie nie ujęto kwestii pokazywania się z bidonami w trakcie transmisji telewizyjnymi, więc bach! Nie można! Nie będzie nam zawodnik zarabiał na tym, że potrafi sobie znaleźć sponsora, który chce się prezentować na jego bidonie. Może czasem paradowanie z napojem przy okazji wywiadu było śmieszne, ale przekładało się na konkretne profity dla żużlowca. Teraz tego nie będzie. Tylko czekać aż Ekstraliga pójdzie z pomysłem w drugą stronę. Obowiązek prezentowania bidonu któregoś ze sponsorów. Bo akurat podpisze umowę z jakąś firmą produkującą energetyki albo napoje izotoniczne.

Zawodnik jest operatywny i potrafi sobie znaleźć sponsorów indywidualnych, ale nie poinformuje o tym klubu. Co go za to spotka? Za to, że potrafi biegać od drzwi do drzwi i przekonywać do siebie firmy? Ano, kara. Musi oddać 2/3 zarobionej w ten sposób kasy. Kuriozum. Umowy sponsorskie podpisane na dłużej niż sezon 2018 tracą ważność? Aha, a podobno prawo nie działa wstecz.

Fajny jest też punkt mówiący o tym, że zawodnik na życzenie ligi musi napisać raport marketingowy, czyli żużlowiec musi zrobić coś, za co liga musiałaby płacić grube pieniądze. Bo przecież skąd biedny zawodnik, który ma się znać na skręcaniu w lewo, ma mieć wiedzę o marketingu? Oczywiste, że musi taki raport zamówić w jednej z firm, a to kosztuje. Ekstraliga, korzystając z regulaminu, poprosi o taki papierek i ma wszystko gotowe. Sama nie musi zamawiać dokumentów, raportów, wydawać na nie pieniędzy. Czysta oszczędność.

Śmieszne są ingerencje PGE Ekstraligi w gadżety zawodników (pod groźbą kary 500 tys. zł!), śmieszne jest karanie zawodnika obcięciem mu części pensji w przypadku przegranej drużyny. Chyba powoli wiem, o co chodziło, gdy parę tygodni temu Ekstraliga przy okazji dopingowej wpadki Grigorija Łaguty twierdziła, że żużel to rozgrywki indywidualne. Bo wychodzi na to, że jedziemy o Drużynowe Mistrzostwo Polski, ale jak przychodzi do karania, to robimy to indywidualnie. Bo to wina pojedynczego żużlowca, że zrobił 18 punktów w sześciu startach, a jednak jego ekipa przegrała. Za to utniemy mu 5 proc. z punktówki.

Absurdy w regulaminie można wyliczać bez końca. Część z nich nie jest nowa, ale w końcu żużlowcy nie wytrzymali i powiedzieli „dość”. Ja ich rozumiem. Oczywiście, zapisy sformułowano tak, że klub może karać, nie musi. Zbyt długo jednak siedzę w polskim żużlu, by wiedzieć, że większość prezesów szybko z nich jednak skorzysta. W końcu po coś tam te zapisy umieszczono.

Inna kwestia, czy prezesi są naprawdę tak głupi? Zabiorą zawodnikom miejsca reklamowe, będą wymagać płatnych raportów i cudów na kiju, to żużlowcy podwyższą stawki w trakcie zimowych negocjacji. Każdy kij ma dwa końce. Co niektórzy zrezygnują też z uprawiania tego sportu. A wtedy dojdziemy do sytuacji, w której nie będzie kogo karać.

Reklamy

Lubimy się szczycić tym, że PGE Ekstraliga to najlepsza żużlowa liga świata. Całkiem słusznie, to dobre hasło reklamowe. Wystarczy tylko, że spadnie trochę deszczu i zamienia się w najgorszą ligę świata.

Mamy połowę kwietnia i najlepsza żużlowa liga świata nie odjechała ani jednej kolejki. W Lany Poniedziałek wyjątkiem będzie spotkanie w Toruniu, bo na szczęście MotoArena ma dach i tam zawodnikom pogoda jest niestraszna. Tymczasem w niższych ligach odjechano już kilka spotkań. Biorąc pod uwagę, że prognozy na przyszły tydzień też są kiepskie, może nam również grozić odwołanie drugiej kolejki PGE Ekstraligi.

Teraz nikt tego nie przyzna, ale ktoś u góry popełnił błąd przy konstruowaniu terminarza rozgrywek. Start ligi 16 kwietnia? To za późno. Wystarczy popatrzeć na reakcję kibiców po sobotniej decyzji o odwołaniu meczów. Są spragnieni żużla, a tu tyle muszą czekać na spotkanie ligowe. Wkurza ich to, że nawet nikt nie podejmuje próby odjechania zawodów. Owszem, w niedzielę w Lesznie spadł dość obfity deszcz, więc pewnie zawody z Betard Spartą Wrocław zostałyby odwołane. Jednak już w takiej Częstochowie rano świeciło słońce, później przez chwilę pojawił się deszcz… I tyle. W ciągu dnia pod Jasną Górą mają jeszcze występować niewielkie opady. Być może mecz udałoby się odjechać.

Ktoś powie, że wcześniejsze odwołanie meczu to oszczędności finansowe. Pięknie, fajnie… Tylko sobotnią decyzję podjęto w momencie, gdy wielu zawodników było już w Polsce. W Rybniku zdążyli się zjawić Lindgren i Fricke, w Częstochowie Jonsson. W innych miastach podobnie. Co najwyżej zaoszczędzono na przyjeździe sędziów i komisarzy na zawody. No i przy okazji mogą oni spokojnie zjeść wielkanocne jajko.

PGE Ekstraliga się obroni swoją decyzją. Pokaże (już to zrobiła na TT) zdjęcia z miast, gdzie miały się odbywać mecze w wielkanocny weekend. Ciemne chmury, deszcz, itd. Pogoda jednak jest tak dynamiczna, że w ciągu dwudziestu minut można w tym samym miejscu zrobić ujęcie ciemnych chmur, a po chwili błękitnego nieba.

I w końcu najważniejsze. Pierwsza runda już została odwołana, w przyszły weekend też ma padać deszcz, więc znów mamy ryzyko odwołania meczów. Skończy się tym, że najlepsza liga świata pojedzie w maju, czerwcu, w lipcu sobie zrobi miesięczną przerwę – w końcu mamy wakacje, wróci w sierpniu na moment – wtedy część klubów nie awansuje do play-offów i zakończy rozgrywki. Sezon trwający trzy miesiące? Wow. Tylko uprzedzam, nie narzekajcie potem na odpływ kibiców. Bo skąd biedny Kowalski weźmie pieniądze, by latać co tydzień na stadion?

Tymczasem w tej nieco gorszej, wcale nie najlepszej, lidze szwedzkiej, w zeszłym roku nie odwołano ani jednego spotkania. Nie wiem jak oni to zrobili. Prawdopodobnie Szwedzi, jako kraj zacofany, nie mają prognoz pogody. Nie zastanawiają się czy jechać, czy nie jechać, bo może spadnie deszcz. Tylko po prostu jadą. Aaa. Jeszcze jest liga brytyjska. Tam znowu w drugą stronę. Zawodnicy dużo gorsi, warunki niesprzyjające żużlowi – ciągły deszcz, a jeżdżą aż miło. Nawet jeśli tor czasem przypomina kartoflisko. I można. I też zawody bywają ciekawe.

Parę dni temu pisałem tekst w obronie Kacpra Woryny, bo śmierć Krystiana Rempały jest ogromną tragedią, ale nie można linczować 20-latka z Rybnika za wypadek na torze żużlowym. To jest niezwykle ryzykowny sport, w którym co chwilę dochodzi do upadków. Owszem każdy chce wygrać, ale nie za wszelką cenę. Nie za za cenę zdrowia i życia kolegi z toru.

Echo tego tekstu było spore. Część zgodziła się z faktem, że Kacper również jest ofiarą tego zdarzenia, bo musi żyć ze świadomością, że jego manewr na torze żużlowym doprowadził do feralnego w skutkach wypadku. Część była przeciwnego zdania – dla nich Kacper nadal jest mordercą, nigdy więcej nie powinien wsiadać na motocykl, itd.

Minęło parę dni. Odbył się już pogrzeb Krystiana Rempały. W niedzielę odjechano żużlową kolejkę w Polsce. Żużlowcy, szczególnie ci w Tarnowie – gdzie miejscowa Unia pokonała GKM, jechali dla Krystiana. Wydawać by się mogło, że kibice przestaną pluć na Kacpra Worynę za spowodowanie wypadku 18-latka. Że atmosfera wokół tego nieszczęśliwego zdarzenia zacznie się wyciszać, by z jednej strony rodzina Krystiana mogła spokojnie przeżywać okres żałoby, a z drugiej – Kacper nie musiał przeżywać tego wypadku ciągle na nowo.

I nagle Jacek Rempała, cztery dni po pogrzebie syna, postanowił udzielić wywiadu. Pal licho, gdyby to były podziękowania za pomoc udzieloną synowi w szpitalu, za wsparcie kibiców z Polski, itd. Nie. Pod wpływem emocji z wywiadu przeistoczyło się to w publiczne oskarżenie Kacpra Woryny. Rozumiem ogromny żal po stracie syna, ale publiczne wylewanie żali po pogrzebie jest drogą donikąd. Życia Krystianowi, niestety, nie przywróci. Może zadać tylko więcej bólu. I znowu nakręcić lawinę hejtu na Kacpra.

Zarzuty Jacka Rempały? Sformułowane pod wpływem żałoby, żalu, emocji… Być może rozumiałbym je, gdyby te słowa wypowiedział żużlowy laik. Ktoś kto nie rozumie tego sportu, ale nie osoba, która siedzi w żużlu od wielu, wielu lat.

Lepiej na chłodno przenalizować fakty.

Przygotowanie toru w Rybniku. Na próbie toru zawodnicy obu ekip pokonywali łuki bez problemów. Odbył się pierwszy wyścig, który wygrał zawodnik z Tarnowa – Leon Madsen. I dochodzi do feralnego biegu juniorów… Później, z wiadomych względów, do kolejnych wyścigów nie dochodzi. Sędzia Wojciech Grodzki w rozmowie po zawodach przyznaje, że wystawił torowi bardzo dobrą ocenę. W protokole meczowym żadnej skargi na tor nie zanotowano. Czy na wejściu w pierwszy łuk Kacper Woryna mógł złapać przyczepność? Tak. Zimą tor w Rybniku był powiększany i poszerzany. Właśnie na wejściach w łuki. Dzięki szerszym łukom miało być bezpieczniej… Ironia losu. Żużlowy laik mógłby tego nie zrozumieć, ale Jacek Rempała powinien wiedzieć, że nawierzchnia w tym miejscu mogła się jeszcze nie związać. Co nie znaczy, że tor był spreparowany, zrobiony przeciwko tarnowkiej Unii. Tor żużlowy nigdy nie będzie w stu procentach równy i bezpieczny. Nawierzchnia też się odsypuje i z postępem zawodów czasem tworzą się koleiny.

Ciężka kontuzji ręki Kacpra Woryny. Do kontuzji Kacpra Woryny doszło 13 kwietnia. Zawodnik przeszedł dwie operacje, ale nie doszło u niego do żadnych złamań. Była to tylko głęboka rana cięta. Rybniczanin był pod opieką dr Jasińskiego z Piekar Śląskich. 20-latek zgodę na start w meczu otrzymał dopiero w maju. Wystartował 8 maja w Lesznie, zdobył 3 punkty i bonus. Potem wystąpił jeszcze w dwóch spotkaniach na Wyspach Brytyjskich, aż w końcu nadeszły feralne zawody z Unią Tarnów 22 maja. Ponad miesiąc od wypadku! Do tego Kacper zdążył odbyć kilka treningów. To nie był pierwszy start po kontuzji, start na siłę. Gdyby Kacper miał startować na siłę, to jechałby już w meczu z Grudziądzem 1 maja… ale wtedy jego uraz nie był jeszcze wyleczony.

Występ w „śmiesznych” zawodach. Gdy Krystian Rempała walczył o życie w szpitalu, Jacek Rempała opublikował apel, w którym prosił o wsparcie również dla Kacpra Woryny. Teraz okazuje się, że wsparcie było wymuszone działaniem prezesa Krzysztofa Mrozka. Na dodatek rybniczaninowi obrywa się za to, że w tym czasie wystąpił w Srebrnym Kasku. A co miał zrobić Kacper? Leżeć na kanapie i po raz tysięczny analizować wypadek z Rybnika? Przyjechać do szpitala w Jastrzębiu-Zdroju i okazać wsparcie Krystianowi? Każdy psycholog w tym przypadku zaleciłby start w zawodach. Dzięki temu Kacper mógł się odciągnąć od tych myśli. Atakowanie Kacpra, że nie przeżywa tragicznej śmierci Krystiana w sytuacji, gdy w trakcie minuty ciszy w niedzielę w Toruniu z oczu polały mu się łzy… Jest nietaktowne.

Co Jacek Rempała wie na pewno? Że jego syn miał zapięty kask. A tu w dniu feralnego meczu aż huczało w parku maszyn, że ten kask był niedopięty. Być może pod wpływem emocji Jacek Rempała nie chce przyjąć czegoś do wiadomości, być może byłoby to zbyt bolesne… Krystian Rempała korzystał z kasków firmy Arai. Jednej z najlepszych i najdroższych na rynku. Posiadają one wszelkie możliwe homologacje.

Jacek Rempała mówi, że kaski mają różne zapinki, że w niektórych kaskach pasek zwisa. Zadałem sobie trud i przejrzałem galerie z tegorocznych występów Krystiana. Kask Arai, ciemno-niebieski kolor, grafika z elementami różu/fioletu na górze. I na żadnym zdjęciu, z różnych ujęć, z tegorocznych występów pasek nie zwisa… Znalazłem nawet zdjęcie z zawodów z Gdańska, gdzie widać czerwony bolec po lewej stronie szyi Krystiana. To oznaka, że kask jest zapięty, bo w taki sposób działa zapinka w kaskach Arai, że przekłada się pasek z jednej strony na drugą i zaciska specjalnym bolcem. Z rozmachu obejrzałem jeszcze zdjęcia z 2015 roku. Krystian w barwach Stali Rzeszów, kask firmy Arai, pomarańczowo-żółty. Na każdym zdjęciu zapięty, na żadnym nie wisi żaden pasek, na niektórych ujęciach widać nawet czerwony bolec. Znowu po lewej stronie kasku, a nie w okolicach klatki piersiowej.

Pasek zwisa tylko na zdjęciach z Rybnika, z czerwonym bolcem w okolicach klatki piersiowej. Nawet jeśli był to tylko plastikowy element, jak twierdzi Jacek Rempała, którego większość żużlowców nie zapina, skoro nie wpływa on na bezpieczeństwo, to dlaczego na pozostałych zdjęciach jest on u Krystiana zapięty?

Po ludzku, jest mi przykro, że Jacek Rempała w momencie żałoby pobiegł do mediów i zaczął w nich szukać winnego śmierci syna, a wręcz wskazał na Kacpra Worynę. Bo ile razy w swoim życiu Jacek Rempała wystartował z kontuzją? Ile razy Jacek Rempała startował na nowych tłumikach, które poddał słusznej skądinąd krytyce? Ile razy Jacek Rempała, jako zawodnik gospodarzy, wystartował na torze przyczepnym, co wywoływało lawinę komentarzy o jego spreparowaniu? Można się zagłębić w internet, stare wydania „Tygodnika Żużlowego” i odpowiedzi się znajdą. Tylko nie będą takie jakie byśmy chcieli… I czy skoro Tomasz Rempała, w dzień po pogrzebie Krystiana, wystartował w meczu Ukraina – Słowacja, to znaczy, że nie przeżywa rodzinnej tragedii? Nie nosi żałoby? A może, podobnie jak Kacper Woryna, uznał, że występ w zawodach to dobry sposób, by o tym wszystkim zapomnieć?

Tak jak pisałem w pierwszym tekście na temat tego smutnego zdarzenia, wszystko co mogło pójść źle w tamtym momencie, poszło. Błąd Kacpra, luźna nawierzchnia na wejściu w pierwszy łuk, niedopięty kask Krystiana… I wydarzyła się tragedia, której nic już nie zmieni. Zostaje nam tylko wyciągnąć wnioski… Sprawdzać kaski przed startem biegu, być może ponownie solidarnie i głośno zaprotestować przeciwko tłumikom, ale na pewno nie oskarżać innych…