Posts Tagged ‘Leo Messi’

Obrazek

Sport bywa przewrotny. Kilka tygodni temu Barcelona ograła Real Madryt na Santiago Bernabeu i była w siódmym niebie. Liga znów stała się realna, „Barca” pozostawała w grze o Ligę Mistrzów i Puchar Króla. Dziś wiemy, że najprawdopodobniej Messi i spółka skończą sezon bez trofeum, a szansę na potrójną koronę ciągle mają… „Królewscy”.

Ligowe „Gran Derbi” rozgrywane na Santiago Bernabeu oglądało się z wypiekami na twarzy. Otwarty mecz, ofensywna gra z obu stron i prowadzenie Realu 3:2, aż w końcu nadszedł kluczowy moment spotkania. Czerwona kartka dla Sergio Ramosa za rzekomy faul na Neymarze, który coraz częściej w polu karnym zachowuje się, jakby wskakiwał w basen. Karny wykorzystany przez Leo Messiego, gra z przewagą… i Barcelona po raz kolejny w tym sezonie okazała się lepsza od Realu. Tak było jeszcze kilka tygodni temu.

Finał Pucharu Króla miał mieć inny przebieg. „Królewscy” bez swojej największej gwiazdy, czyli Cristiano Ronaldo. Barcelona leczyła za to rany po bolesnych upadkach – porażka z Atletico Madryt sprawiła, że „Barcy” po raz pierwszy od kilku sezonów nie zobaczymy w półfinale Ligi Mistrzów, zaś przegrana z broniącą się przed utrzymaniem Granadą, wyeliminowała podopiecznych Taty Martino z walki o ligę.

Pod nieobecność CR7, w finale Copa del Rey uaktywnił się talent Garetha Bale’a. Gdy latem „Królewscy” wydawali na niego 91 mln euro, niektórzy pukali się w czoło. Część kibiców twierdziła, że ten transfer jest kaprysem Florentino Pereza, że Walijczyk nie pasuje do taktyki Realu, gdzie na skrzydłach biegają Cristiano Ronaldo i Angel di Maria. W końcu, kupno Bale’a pociągnęło za sobą sprzedaż Mesuta Oezila. Niemiec w pierwszych meczach brylował w Arsenalu, który prowadził w Premier League, zaś Bale nie potrafił się odnaleźć w Primera Division. Wniosek prosty – Real nie przemyślał tego transferu. Ledwo minęło kilka miesięcy, a role się odwróciły. Bale, który z powodu transferu nie przepracował z drużyną okresu przygotowawczego, w końcu odnalazł właściwy rytm i właśnie może cieszyć się z pierwszego sukcesu w barwach „Królewskich”. Akcja, w której Walijczyk przebiegł 58 metrów w 8 sekund i 33 setne, mając za sobą 85 minut meczowego wysiłku i zdobył zwycięskiego gola, pozotanie w pamięci kibiców na długo. Z kolei Oezil gasł na Wyspach z miesiąca na miesiąc, jego Arsenal musi się martwić o miejsce premiowane grą w Lidze Mistrzów w kolejnym sezonie. Sprzedaż Niemca pozwoliła też na eksplozję talentu di Marii, który ze skrzydła przeniósł się na środek boiska i stał się piłkarzem bardziej uniwersalnym. To właśnie Argentyńczyk otworzył wynik środowego meczu z Barceloną, to on ciężko haruje w defensywie, czego o Niemcu powiedzieć nie można było.

Po drugiej stronie barykady stoi Neymar. Kupiony za podobne pieniądze co Bale, nie pomógł w tym roku Barcelonie sięgnąć po jakiekolwiek trofeum. Wydaje się przy tym, że „Barca” zaczęła powtarzać błędy Realu z początku XXI w. Wtedy „Królewscy” dysponowali potężną siłą w ofensywie, mając coraz gorsze tyły, a klub sięgał po kolejnych graczy ofensywnych. O bolączkach Barcelony z obroną wiedzą wszyscy – Carles Puyol jest coraz starszy i co chwilę leczy kontuzje, Javier Mascherano został środkowym obrońcą z przymusu, a klub latem i tak nie sprowadził defensora. Nie ulega też wątpliwości, że Barcelonie potrzebny jest rosły napastnik, który zgrywałby głową piłki wrzucane w pole karne. Tego transferu też zabrakło. Pojawił się za to Neymar, kolejny skrzydłowy, choć w klubie byli już i ciągle są Alexis Sanchez i Pedro. Efekt jest taki, że gdy Barcelonie nie idzie, to kibice widzą powolne rozgrywanie piłki, przerzut na drugą stronę, dośrodkowanie… i koniec akcji, bo w polu karnym rywale przejmują piłkę.

W Barcelonie coś na pewno się kończy. Po sezonie z klubem zapewne pożegna się trener Gerard Martino, który nie potrafił odmienić stylu gry „Barcy”. Nie wiadomo kto go zastąpi – katalońskim mediom marzy się Juergen Klopp, ale wątpliwe, by Niemiec opuścił Borussię Dortmund. Nowy szkoleniowiec nie będzie miał łatwego zadania – być może przyjdzie mu posadzić na ławce Xaviego, Iniestę, a nawet Messiego… Piłkarzy, którzy są symbolami „Barcy”, którzy wygrali wszystko, ale też piłkarzy, którzy bardzo mocno zawiedli w ostatnich dniach.

A Real… Carlo Ancelotti na pewno otrzymał trochę spokoju. Do niedawna wypominano mu, że w czterech meczach ligowych z Barceloną i Atletico zdobył tylko jeden punkt. Teraz ma na swoim koncie Copa del Rey i szansę na kolejne puchary. W lidze łatwo nie będzie – „Królewscy” muszą wygrywać wszystkie mecze do końca sezonu i liczyć na potknięcia rywala zza miedzy. W Lidze Mistrzów będziemy za to świadkami przedwczesnego finału, bo w półfinale los skojarzył Real z triumfatorem rozgrywek sprzed roku, czyli Bayernem Monachium. Zdaniem wielu, klub z Bawarii gra teraz najefektywniejszą piłkę w Europie. Czy Ancelotti i spółka znajdą na nią sposób?

 

Reklamy

8133568359_69b31e3d25_o

Przedstawicieli świata sportu możemy podzielić na kilka kategorii. W pierwszej, chyba najmniej licznej, znajdziemy tych, którzy od zawsze mieli wrodzony talent do danej dyscypliny i osiągnęli sukces. W drugiej mamy tych, którzy tytaniczną pracą zdobyli dużo. W trzeciej, niestety chyba najliczniejszej, znajdziemy osoby, którym tego talentu lub ciężkiej pracy zabrakło. Życie pokazuje jednak czasem, że łatwo przeskoczyć z jednej grupy do drugiej.

Świat piłki nożnej jest od kilku lat zdominowany przed rywalizację na linii Leo Messi – Cristiano Ronaldo. Obaj biją kolejne rekordy, niekiedy wykreślając siebie nawzajem ze statystyk, wywołując u obiektywnych obserwatorów (są tacy?) pytanie – ile rekordów jeszcze mogą pobić, kiedy w końcu nadejdzie granica ich wytrzymałości. Tej na razie nie widać, przy czym Argentyńczyk od zawsze ma opinię tego grzecznego chłopca. To on ma wrodzony talent do piłki, nie skupia się na swoim wizerunku pozaboiskowym. Portugalczyk jest tym gorszym. Nie tylko w kwestii talentu, ale też zachowania na boisku. Sam jestem zdania, że być może CR7 otrzymał nieco mniej talentu od losu, ale wiele osiągnął tytaniczną pracą. Słynne są już anegdoty o tym, jak zawodnik Realu Madryt zostaje po treningach, aby dodatkowo trenować rzuty wolne, że robi dziennie setki brzuszków, że ma idelnie dobraną dietę, w której nie ma miejsca na złe cukry i tłuszcze, że w jego apartamencie funkcjonuje komora kriogeniczna, dzięki której może szybciej regenerować siły po meczach.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o sportowców najbardziej czczonych. W świecie piłki nożnej, gdzie obraca się milionowymi kwotami, bardzo łatwo jednak o skrajności. Luka Modrić, swego czasu reżyser gry Tottenhamu Hotspur, zachwycał swoją grą całe Wyspy Brytyjskie. Jednak nieudane próby awansu ze „Spurs” do Ligi Mistrzów sprawiły, że Chorwat postanowił zmienić otoczenie. Latem 2012 wybrał Real Madryt i się zaczęło. Granie w końcówkach meczów, opinia najgorszego transferu roku w La Liga i wróżenie szybkiego wylotu z ekipy „Królewskich”. Tak było na przełomie 2012 i 2013 roku. Chorwata nikt jednak nie skreślił i począwszy od meczów 1/8 finału Ligi Mistrzów, w których pomógł on „Królewskim” wyeliminować Manchester United, powoli piął się w górę. Teraz Modrić jest głównym architektem gry Realu, świetnie łączy defensywę z ofensywą, a Santiago Bernabeu już kilukrotnie skandowało jego nazwisko, co nie jest zbyt częstym zjawiskiem w stolicy Hiszpanii. Dość powiedzieć, że w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów, w którym Real mierzył się z Borussią Dortmund, chorwacki piłkarz wykonał 73 podania, z czego 91 proc. było celnych, miał jedną asystę, cztery dryblingi i trzy wślizgi. Od zera do bohatera. Świetna metamorfoza, dzięki wierze we własne umiejętności i ciężkiej pracy.

Jednak nie tylko w piłce nożnej łatwo o przykłady takiej przemiany. W moim ukochanym żużlu też jest ona możliwa. Nie wiem jak potoczą się dalsze losy Martina Smolinskiego w Speedway Grand Prix, ale Niemiec w sobotę zrobił więcej, niż miał dokonać przez cały sezon. Nigdy nie robił furory w najważniejszych ligach, nie odnosił sukcesów jako młodzieżowiec, w elitarnym gronie mistzostw świata przyszło mu debiutować jako 29-latek. Do tego miał cały świat przeciwko sobie, bo opisał prawdę o locie żużlowców i mechaników do Nowej Zelandii, przez co w hermetycznym środowisku zawrzało. Pogawedkę na ten temat ze Smolinskim urządził sobie nawet Chris Holder, a Niemiec i tak nie poszedł na kompromisy. W Auckland walczył, wjeżdżał gdzie inni się bali, co też doprowadziło do jego upadku i kontuzji Darcy’ego Warda. Wszystkim, którzy zapowiadali „olimpiady” Smolinskiego, niemiecki zawodnik pokazał środkowy palec.

I z wypiekami na twarzy pozostaje nam czekać na kolejny turniej SGP w Bydgoszczy. W nim Smolinski już nie zrobi takiego efektu „wow”. Rywale na pewno będą się starali pokazać mu miejsce w szeregu, a on, pomimo zwycięstwa w Auckland, ponownie nie będzie faworytem. Już teraz można wyczytać komentarze, że zwycięstwo Niemca było przypadkowe, że długi tor w Nowej Zelandii nie jest miarodajny i wkrótce życie sprowadzi Smolinskiego brutalnie na ziemię. Być może. Szanse na to wynoszą 50 procent. Takie same są szanse, że Smolinski będzie odkryciem sezonu i będzie się liczyć w walce o czołowe lokaty. Bo kto przed rokiem stawiał na tytuł Taia Woffindena? Też po pierwszych udanych występach Brytyjczyka dało się słyszeć podobne głosy – że to przypadek, że w końcu przyjdzie kryzys formy.

Nie wiem jak będzie ze Smolinskim, ale na pewno będzie miał moje wsparcie, jak i wielu innych kibiców, którzy doceniają, iż pojawił się ktoś, kto próbuje rozruszać skostniałe towarzystwo jeżdżące pod szyldem SGP.