Posts Tagged ‘Jorge Lorenzo’

11130183_1085111074850348_2480894407831193402_n
Stało się. Po raz drugi w życiu będę akredytowany jako dziennikarz na wyścig MotoGP. Tym razem przy okazji Grand Prix Katalonii w Barcelonie, które odbędzie się 12-14 czerwca. To dobra okazja, aby wspomnieć moją pierwszą przygodę z pracą jako „media” przy MotoGP.

W zeszłym roku byłem akredytowany jako dziennikarz na wyścig o Grand Prix Czech w Brnie. Początkowo nie wierzyłem, że to się uda. W Polsce MotoGP to sport niszowy, nie mamy żadnego reprezentanta nawet w mniejszych kategoriach jak Moto2 czy Moto3. Jednak nic nie szkodziło wysłać mi maila z pytaniem czy polska redakcja otrzyma akredytację… I tak się zaczęła korespondencja, która zakończyła się sukcesem.

Czy proces akredytacyjny na zawody MotoGP jest skomplikowany? I tak, i nie. Jako osoba, która wcześniej zdobywała akredytacje właściwie tylko na zawody żużlowe, początkowo byłem trochę zaskoczony. Na kilka tygodni przed wyścigiem, na który staramy się o akredytację, portal jest sprawdzany pod kątem newsów z kategorii MotoGP. Gdy przejdzie przez tę kontrolę, otrzymuje się wnioski akredytacyjne. W nich trzeba zamieścić co najmniej pięć tekstów napisanych na temat MotoGP w ostatnim czasie. Do tego niezbędne są dane portalu z Google Analytics.

Mam to szczęście, że współpracuję z portalem SportoweFakty.pl, który jest jednym z największych w Polsce i liczba odwiedzin/odsłon wygląda imponująco. Dlatego pewnie Hiszpanie z firmy Dorna, która zarządza serią MotoGP, nie mieli obaw przed przyznaniem akredytacji. Gdybym pisał dla jakiegoś małego portaliku, to pewnie pocałowałbym klamkę zaraz na starcie. Gdy już się wypełni wniosek, zostaje załatwić potwierdzenie od Redaktora Naczelnego, że jest się pracownikiem danego portalu i można wysyłać papierek… Potem pozostaje czekać na decyzję.

Odbiór akredytacji… W Brnie zostało to rozwiązane w kiepski sposób. Wejściówki odbierało się w siedzibie urzędu miejskiego, który mieści sie z dala od toru. Dlatego przyjeżdżając do miasta, musiałem jechać najpierw po wejściówki, a dopiero potem wracać się na tor, aby oglądać piątkowe treningi.

Mając plakietkę „media” można spokojnie wejść na padok MotoGP, gdzie można przechodzić obok boksów zawodników MotoGP, Moto2 i Moto3. Przy wejściu do padoku służby zczytują kod kreskowy z wejściówki, to samo dzieje się przy wychodzeniu. Ma to przeszkodzić jakimkolwiek kombinacjom, wynoszeniu plakietek i wprowadzaniu innych osób do padoku.

Plakietka „media” pozwala wejść do centrum prasowego, gdzie znajdują się stanowiska dla komputerów oraz multum telewizorów. Jest też miejsce, gdzie na bieżąco drukowane są czasy zawodników i komunikaty prasowe, np. dotyczące stanu zdrowia zawodnika po upadku. Dlatego będąc w biurze prasowym w trakcie całego dnia, nic nam nie umknie. Na monitorach można na żywo oglądać wyścig MotoGP, mając podgląd na czasy, ujęcia z kilku kamer, itd. Minus tego rozwiązania jest taki, że centrum prasowe przeważnie zlokalizowane jest w okolicach prostej startowej. Dlatego zostaje nam oglądać rywalizację tylko w telewizorach, nie słyszymy charakterystycznego ryku motocykli i jak dla mnie było to takie lizanie lodów przez szybę. W efekcie przez cały weekend w Brnie szukałem „swojego” miejsca. Treningi oglądałem na jednym zakręcie, kwalifikacje z biura prasowego, wyścig znowu innego miejsca. Nie wiem jak to będzie rozwiązane w Barcelonie, ale też wolałbym usiąść gdzieś na zakręcie i widzieć zawodników na torze, a nie przez szybę budynku biura prasowego.

Na tym właśnie polega największa różnica pomiędzy akredytacją „media” a „foto” podczas MotoGP. Fotografowie mogą dojść aż do bandy okalającej tor, więc zawodników mają na wyciągnięcie ręki. Jednym słowem – jeszcze większe przeżycia, jeszcze większe emocje. Aby ułatwić pracę fotografom, w Brnie pomiędzy zakrętami jeżdżą specjalne busy, do których może wejść każdy z fotografów i w ten sposób łatwo może przemieścić się na inny zakręt i mieć inne ujęcia z toru. Jeśli ktoś woli spacer, może sobie spacerować wokół bandy.

10557185_922607744434016_3990474967474571369_n

Po wyścigu najlepsza trójka zawodników udaje się na konferencję prasową. Ponadto zawodnicy są dostępni dla mediów o wyznaczonych porach w swoich motorhome’ach. W Brnie nie miałem okazji sprawdzić jak to wygląda, czy dużo dziennikarzy udaje się na takie prywatne pogawędki, czy łatwo się dostać do zawodnika, bo spieszyłem się w drogę powrotną do Polski. Na pewno najwięcej luzu na padoku można zauważyć po piątkowych treningach. Sam wtedy dorwałem Marca Marqueza i zrobiłem sobie z nim pamiątkowe selfie, Valentino Rossi przez dobre pół godziny rozdawał autografy. Oczywiście, zdarzają się też tacy zawodnicy, którzy od razu spod prysznica uciekną kibicom. Tak w Brnie zrobiłby chociaż Jorge Lorenzo. Pod boksem Hiszpana było mnóstwo kibiców, ale ten wsiadł na skuter, nie podpisał ani jednego autografu i uciekł z padoku.

Czy w Barcelonie to wszystko będzie wyglądać podobnie jak w Brnie? Wydaje mi się, że tak. Firma Dorna raczej wypracowała pewne standardy podczas organizacji wyścigów MotoGP i gorzej nie będzie. Dla mnie pobyt na torze Catalunya będzie realizacją marzeń połączoną z wakacjami… Lepiej chyba być nie może.

ASD

Reklamy

124

Katarzyna Karen Łapczyńska na swoim blogu wspomniała o zawodach w dirt tracku w Barcelonie, podczas których Marc Marquez i inni zawodnicy z motocyklowych mistrzostw świata, rywalizowali między sobą. Dla zabawy, dla zabicia nudy pomiędzy starym a nowym sezonem MotoGP i niższych klas. To zainspirowało mnie do pewnych przemyśleń na temat speedwaya, tym bardziej, że ostatnio żużel chce iść nieco w kierunku królowej sportów motocyklowych.

Podobnie jak Kasia, bardzo chętnie zobaczyłbym Marca Marqueza i innych zawodników z MotoGP na żużlowym owalu. Gdy patrzę na zdjęcia z zawodów w Barcelonie, mam pewność, że po kilku próbach poradziliby sobie bez problemu. Marquez na torze do dirt tracka składał się w łuk z nie mniejszą gracją niż większość żużlowców. Zawody, w których mistrz MotoGP Marc Marquez rywalizuje z żużlowym mistrzem – Taiem Woffindenem? Brzmi świetnie! Problem w tym, że trudno znaleźć dwa kraje, w których MotoGP i żużel byłyby równie popularne. Motocykle dominują w Hiszpanii, gdzie niewiele osób wie o żużlu. U nas jest boom na speedway, ale za to wyścigi MotoGP są niepopularne, bo nie mamy swojego reprezentanta w tej serii wyścigowej. Dlatego nikt nie włoży grubych pieniędzy w event żużlowy, na który przyjedzie Marquez, Rossi lub Lorenzo, bo impreza pewnie się nie zwróci… A szkoda, bo byłaby to świetna promocja sportu żużlowego.

No właśnie… promocja sportu żużlowego. Czy to w ogóle istnieje? BSI posiada od wielu lat prawa do organizacji cyklu Grand Prix i niewiele robi w tym kierunku, by wyeksponować speedway do nowych krajów. Ciągle kisimy się w tym samym otoczeniu, często w państwach innych niż Polska zawody organizowane są na stadionach przypominających wały przeciwpowodziowe. W żaden sposób nie wykorzystuje się potencjału żużlowców, kolejnych mistrzów świata. A gdy czytam, że BSI żąda od Torunia 2,5 mln zł za prawa do organizacji turnieju, podczas gdy pozostałe miasta płacą dużo mniej, to odnoszę wrażenie, że ten cały cyrk trzyma się tylko dzięki Polakom i polskim złotówkom.

Na naszym podwórku jest niewiele lepiej. Latem polska reprezentacja zdobyła Drużynowy Puchar świata. Dokonała tego na cudzym terenie, do tego bez Tomasza Golloba w składzie. „Chudy” przez wiele lat był kapitanem reprezentacji, jej prawdziwym liderem. Gdyby skoczkowie narciarscy zdobyli w Soczi medal Igrzysk Olimpijskich bez Kamila Stocha w składzie, dowiedziałby się o tym każdy Polak mający dostęp do internetu, telewizji lub radia. Tymczasem my po raz kolejny przespaliśmy moment, w którym mogliśmy się wybić z naszym sportem (dobrem?) narodowym. Małym promykiem nadziei mogą być działania wokół SEC, które prowadzi firma One Sport. Wykorzystywanie efektownych ujęć z kamer GoPro, tworzenie zabawnych memów i grafik w mediach społecznościowych – to na pewno krok w dobrym kierunku. Jednak roboty jest tyle, że konkurencję trzeba gonić sprintem.

W MotoGP od wielu lat zawodnicy mają swoje numery startowe. Nikt z góry nie narzuca im „jedynki”, „piątki”, „ósemki”. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się tym sportem, to z jakiegoś powodu będzie kojarzyć znak „VR46”. Dzięki temu numerowi Valentino Rossi wypromował samego siebie, swoje sukcesy, serię gadżetów i wiele innych rzeczy. Jorge Lorenzo jest kojarzony z „99”, Marc Marquez to dla wielu „MM93”. I podobnie teraz będzie w speedwayu, bo przed kilkoma dniami spadła na nas informacja, że w SGP i SEC żużlowcy będą mogli sami sobie wybierać numery. Koniec ze standardowym 1-16. I bardzo dobrze.

Trudno ocenić kto dokonał tego milowego kroku naprzód. Gdy wstałem rano, dowiedziałem się, że popołudniu BSI ma ogłosić tę zmianę w SGP. Kilka godzin później podobną informację opublikowano na stronie SEC, uprzedzając działania konkurencji z Wysp Brytyjskich. Nie wiadomo czy to przypadek, czy Polacy szybko zareagowali na zmianę wprowadzoną przez Brytyjczyków. Jednak wprowadzenie stałych numerów, to także wielki test dla żużlowców. Od teraz otrzymują oni dodatkowe narzędzie do promocji siebie, swoich ciuchów i innych gadżetów. Bo dotychczas wyglądało to kiepsko. Niektórzy zawodnicy ze światowej czołówki nie posiadają nawet loga swojego teamu z prawdziwego zdarzenia, oferta produktów dla kibiców też jest kiepska.

Wątpliwe, by polscy kibice nagle zaczęli kojarzyć Tomasza Golloba ze skrótem #TG20, bo jak wiadomo, Polak wybrał w SEC numer dwudziesty, nawiązując w ten sposób do Zbigniewa Bońka. Gollob jest już blisko końca swojej kariery, więc jego zabawa w numery nie będzie nawet zbytnio interesować. Jednak nie mam wątpliwości, że np. Tai Woffinden wybierze numer #108 i wypuści całą serię gadżetów z nim związanych. Bo młodzi zawodnicy zdecydowanie lepiej czują realia obecnego świata i zasady panujące w kwestii sportowego marketingu. Także nie bójmy się TW108, NP5 i innych numerów. Można je przecież bardzo szybko wykorzystać np. jako hashtagi na Twitterze, szybko przekazując informacje na temat naszego ulubionego zawodnika i komunikując się z innymi fanami. A to dopiero początek, dlatego drogi zawodniku, myśl już jak wykorzystać wybrany przez siebie numer.

PS. Kasia, w świeżej notce, także wspomina o numerach startowych w speedwayu i MotoGP. Możecie ją przeczytać tutaj.

Obrazek

W niedzielę dobiegnie końca sezon 2013 w MotoGP. Przed ostatnim wyścigiem, który rozegrany zostanie na torze w Walencji, szanse na tytuł mistrzowski ma dwóch zawodników. Debiutant Marc Marquez i dwukrotny mistrz świata Jorge Lorenzo. Obaj są Hiszpanami, więc publika zgromadzona w Walencji będzie mieć powody do radości. Euforia zapanuje także w teamie Hondy lub Yamahy.

W środku sezonu sytuacja wyglądała dość klarownie. Marc Marquez wygrywał kolejne wyścigi i sensacyjnie powiększał przewagę nad pozostałymi rywalami w królewskiej klasie. Na ten moment dorobek młodego Hiszpana, który pierwszy rok startuje w MotoGP, to sześć wygranych wyścigów. Tyle, że od momentu wyścigu o Grand Prix Katalonii do gry z powrotem włączyła się Yamaha. Lorenzo wygrał cztery z sześciu ostatnich wyścigów i nadal ma szansę na obronę mistrzowskiej korony. Kilkanaście tygodni temu taka sytuacja była nie do pomyślenia.

Ktoś powie, że gdyby nie wykluczenie Marqueza wyścigu rozgrywanego na Phillip Island w Australii, to kierowca Hondy już teraz miałby tytuł mistrzowski w kieszeni i przed ostatnim wyścigiem w Walencji mógłby popijać szampana. Jednak team popełnił błąd podczas pit-stopów i musiał wziąć za to pełną odpowiedzialność. W całej sytuacji MM93 nie zawinił w żaden sposób, ale w MotoGP wygrywa i przegrywa się razem z zespołem.

Marquez wdarł się do MotoGP przebojem. Przed rokiem zdobył tytuł mistrzowski w klasie Moto2, jednak mało kto przypuszczał, że jego talent w najwyższej klasie eksploduje tak szybko. W końcu przez tyle lat trwania cyklu, nikt nie wywalczył złotego medalu w debiutanckim sezonie. Trzeba zdobyć trochę doświadczenia, zaliczyć kilka upadków, aby ostatecznie zrozumieć na czym to wszystko polega. Tymczasem 20-latek pochodzący z Cervery za nic miał konwenanse i nie przestraszył się pojedynków z aktualnym mistrzem Jorge Lorenzo, z bardziej doświadczonym kolegą z zespołu – Dani Pedrosą czy też swoim idolem z dzieciństwa – Valentino Rossim. Wszedł do świata, który na starcie powinien go zjeść, a tymczasem to on gra jemu na nosie i może w niedzielę przejść do historii jako pierwszy debiutant-mistrz świata.

W trakcie sezonu można było przeczytać opinie, że zwycięstwa Marqueza są głównie zasługą motocykla, jakim dysponuje. Honda przygotowała na ten rok lepszy model od rywali z Yamahy i wydaje się, że jest w tym trochę racji. Gdy firma z Hamamatsu przygotowała lepszą skrzynię biegów, to Lorenzo zaczął wygrywać kolejne wyścigi i odrabiać straty do Marqueza. – Nie spodziewałem się, że Marc poradzi sobie tak dobrze. To świetny zawodnik, ale pokonał Jorge Lorenzo tylko dlatego, że Honda ma przewagę nad Yamahą. Moim zdaniem, Jorge jest mocniejszy – powiedział w wywiadzie dla „Motormanii” Giovatnni Cuzari, szef ekipy NGM Mobile Forward Racing. W efekcie w Walencji kluczowa może okazać się psychika – Lorenzo może kręcić rekordowe czasy okrążeń, wygrać wyścig z ogromną przewagą, a i tak nie zostanie mistrzem, jeśli Marquez przyjedzie do mety na czwartej pozycji.

Biorąc pod uwagę tegoroczne wyścigi, scenariusz w którym Marquez przyjeżdża do mety poniżej czwartej pozycji jest mało prawdopodobny. 20-latek w tym sezonie w większości wyścigów plasuje się w czubie. Z ścisłej czołówki szanse na nawiązanie z nim walki mają tylko Lorenzo, Rossi oraz Pedrosa. W przypadku tego ostatniego dochodzi prawdopodobieństwo zastosowania „team order” – w końcu starszy z Hiszpanów nie ma już szans na zgarnięcie tytułu i niewykluczone, że Honda będzie chciała dmuchać na zimne i rozkaże Pedrosie przepuścić „młokosa” Marqueza. Pozostali rywale – Crutchlow, Bautista czy Bradl – nie powinni zagrozić czołowej czwórce.

Tyle w teorii. W praktyce, Marquez może przegrać… z Marquezem! 20-latek już kilkukrotnie pokazał, że daje z siebie maksimum w każdym zakręcie, co skończyło się wybiciem obojczyka na torze Silverstone, przewróceniem Pedrosy podczas manewru wyprzedzania w Aragonii, a także kilkoma mniej lub bardziej groźnymi upadkami. Czy w Walencji MM93 będzie w stanie odpuścić i przyjechać taktycznie do mety, chociażby na czwartej pozycji? Tego dziś nie wiedzą chyba nawet szefowie Hondy, choć mogą oni z optymizmem patrzeć w przyszłość. Wydaje się, że już podczas ostatnich zawodów na torze Motegi Marquez kalkulował i nie atakował Lorenzo na siłę. Wolał pewne drugie miejsce i dalsze prowadzenie w klasyfikacji generalnej mistrzostw, niż wywrotkę i walkę na noże w Walencji.

Co może zrobić Lorenzo? Nic albo przynajmniej niewiele. Dać z siebie wszystko, wygrać kwalifikacje i uciec rywalom ze startu, mając w nadziei, że Marquez na którymś etapie wyścigu popełni błąd. Aktualny mistrz jest też chyba tego świadom, bo zamiast koncentrować się na przygotowaniach do ostatniego wyścigu sezonu, zaszyć się gdzieś z dala od ludzi, nie unika blasków fleszy. Ostatnio pojawił się na prezentacji nowego modelu Yamahy – MT-07. Jeśli popatrzeć na to z marketingowego punktu widzenia, był to strzał w dziesiątkę. W końcu nowy motocykl został zaprezentowany przez ciągle aktualnego mistrza świata. Za dwa lub trzy tygodnie Lorenzo mógłby wjechać MT-07 na scenę, ale niewykluczone, że już jako były mistrz świata.

PS. A wracając jeszcze do Lorenzo… Cuzari, choć w przeszłości wspierał karierę Rossiego, obecnie woli drugiego z kierowców Yamahy. – To wielki mistrz. Bardzo go szanuję, ale szczerze mówiąc dzisiaj bardziej wolę Jorge. Jest bardziej przyjazny. Może w telewizji nie wypada najlepiej, ale każdy kto go pozna wie, że to wspaniały człowiek – dodał Włoch w „mRm”. Ciekawe. Jako fan Rossiego i Marqueza, a niekoniecznie zwolennik Lorenzo, jestem w lekkim szoku po przeczytaniu tych słów.

Większość z nas miała w swoim życiu wypadki, w wyniku których doznała różnego rodzaju kontuzji. Złamana ręka, zerwane więzadło, uszkodzony mięsień. Wtedy gips, szyna, kilka tygodni zwolnienia lekarskiego i można myśleć o powrocie do pracy. Tymczasem ostatnio w sporcie coraz częściej (może zawsze byli?) pojawiają się tytani, których nic nie powstrzyma przed startem w zawodach.

Moja lista poważniejszych kontuzji zamyka się póki co (odpukać!) na złamanym łokciu. Dwie operacje, równo dwa tygodnie w szpitalu, metalowe pręty w ręce. Do tego kilka tygodni z gipsem, później szyną i w końcu rehabilitacją… Każdy dzień spędzony wtedy na sali z rehabilitantką był niczym koszmar. Dlatego ogromnym szacunkiem darzę każdego sportowca, który pomimo urazu, decyduje się wsiadać na motor, wychodzić na boisko, parkiet, kort. I dawać z siebie wszystko, choć większość z nas leżałaby w tym czasie w łózku.

Najpierw będą przykłady żużlowe. Nicki Pedersen na początku sezonu doznał złamania ręki. Duńczyk zanotował dość udaną inaugurację rozgrywek w cyklu Grand Prix i zachowywał wtedy realne szanse na zdobycie medalu z najcenniejszego kruszczu. Dlatego „Power” nie mógł odpuścić. Przygotował specjalną szynę, która pozwalała mu utrzymać kierownicę, korzystał z zabiegów u fizjoterapeuty i wyjeżdżał do kolejnych wyścigów. Ból musiał być potworny i wcale nie dziwię się, że po turniejach Grand Prix duński żużlowiec opuszczał mecze ligowe w Polsce. Powtórzenie takiego wysiłku drugi dzień z rzędu było niemożliwe. Oczywiście, kibice w Rzeszowie mogą mieć za złe Pedersenowi, że jego decyzja doprowadziła do spadku drużyny z Enea Ekstraligi. Z drugiej strony, nie wiemy jakie były zapisy kontraktu Duńczyka z rzeszowskim klubem.

Żużlowych „herosów” w tym roku było jednak więcej. Tai Woffinden złamał obojczyk w Grand Prix Wielkiej Brytanii na początku czerwca, by dwa tygodnie później wystąpić już w Grand Prix Polski na torze w Gorzowie. Motywacja Brytyjczyka była podobna jak u Pedersena – szansa na zdobycie tytułu indywidualnego mistrza świata. Mina Woffindena po każdym wyścigu w zawodach rozgrywanych na stadionie im. Edwarda Jancarza pokazywała jedno – kontuzja nie jest jeszcze wyleczona, a każdy bieg to dla organizmu Brytyjczyka ogromny wysiłek. Podobnie było też po kolejnych występach Woffindena w meczach ligowych dla Betardu Sparty Wrocław w Enea Ekstralidze. – Ten obojczyk nadal jest złamany i czasami czuję jak kość się przemieszcza i ociera o inne. Jest to bolesne uczucie – powiedział wprost Woffinden po jednym ze spotkań.

Walkę ze swoimi słabościami toczył ostanio też Emil Sajfutdinow. I jako jedyny przegrał, choć nie należy go za to ganić. Rosjanin przez znaczną część sezonu był liderem klasyfikacji generalnej Grand Prix. Prowadzenie w mistrzostwach stracił dopiero po turnieju w Daugavpils, ale do prowadzącego Woffindena tracił tylko trzy punkty. Aż zdarzył się wypadek w meczu polskiej ligi w Toruniu. Pierwsza diagnoza – ręka złamana w łokciu. Później okazało się, że ręka Rosjanina nie jest złamana, ale ma uszkodzone więzadła w nodze i kontuzję łokcia. Dlatego Emil zaczął robić wszystko, aby wystąpić w Grand Prix Słowenii i w kolejnym meczu ligowym w Polsce. Ostatecznie urazu nie udało się wyleczyć, ale niewykluczone, że Sajfutdinow jeszcze w tym roku wróci na tor. I wtedy trzeba będzie mu bardzo mocno bić brawo – większość z nas nie byłaby w stanie podnieść kubka z kawą po takim wypadku.

A może to tylko żużlowcy są takimi „herosami”? Nic bardziej mylnego. Popatrzmy na MotoGP. Marc Marquez, lider tegorocznych zmagań w królewskiej dyscyplinie, podczas ostatniego treningu przed Grand Prix Wielkiej Brytanii na torze Silverstone wybił prawy bark. Wtedy najwierniejsi fani Hiszpana zaczęli liczyć ile punktów straci 20-latek na absencji w tym wyścigu. Tymczasem lekarze nastawili bark Marqueza i po dwóch godzinach stanął on na linii startowej. Wprawdzie nie wygrał, ale przez cały dystans toczył pasjonujący pojedynek z Jorge Lorenzo, zamieniając się pozycją lidera. Sam Lorenzo też w tym roku musiał mocno zaciskać zęby i walczyć z bólem. Aktualny mistrz świata podczas treningu w Assen złamał obojczyk, ale po interwencji lekarzy wystąpił w wyścigu. Dopiero upadek na torze Sachsenring, który miał miejsce dwa tygodnie później, wykluczył go z rywalizacji w MotoGP. Hiszpan miał też opuścić zawody na torze Laguna Seca, ale nagle zmienił zdanie i po raz kolejny stanął na linii startowej.

Jednak największe wrażenie wywarł na mnie przypadek Kurta Yaegera. Dowiedziałem się o nim przypadkiem, gdy szukałem w internecie teledysku do piosenki zespołu „Rudimental” – Waiting All Night. Amerykanin w 2006 roku uczestniczył w wypadku motocyklowym, w wyniku którego stracił nogę. Do tego miał zapadnięte płuco i złamanych większość żeber. Dla większości z nas byłoby to niczym wyrok – koniec z dotychczasowym życiem, koniec z wykonywaną pracą i pasjami. Jednak nie dla Yaegera. Amerykanin, dzięki ogromnej motywacji, postanowił nadal uprawiać jazdę na BMXie. Wystarczyła odpowiednia proteza, godziny spędzone na treningach w siłowni i udało się. Teraz Amerykanina można nadal zobaczyć szalejącego na rowerze. Brzmi niewiarygodnie, prawda?

Ktoś powie, że sportowcy dysponują lepszą opieką zdrowotną, mają większe środki i mogą sobie pozwolić na skomplikowane operacje bez konieczności czekania w kolejkach. Być może. Jednak dysponują też niewiarygodną siłą wewnętrzną, która pcha ich ku niemożliwemu. Zwykły Kowalski, gdy złamie rękę czy nogę, godzi się z tym, otrzymuje kolejne zwolnienia lekarskie i wraca do pracy w momencie, gdy jest w pełni zdrów. U sportowców tak to nie działa. Dla nich świadomość, że opuszczają zawody, że nie mogą robić tego co kochają, że tracą kolejne punkty w rywalizacji o miano najlepszego zawodnika na świecie jest bardziej bolesna od złamanego obojczyka, barku, piszczela. Dlatego zaciskają zęby i zadziwiają nas swoją odwagą.

A my bierzmy z nich przykład. Bo w życiu nie chodzi o to, aby upadać, ale żeby nauczyć się podnosić.