Posts Tagged ‘F1’

Tomasz Gollob przez wiele lat zachwycał na żużlowych arenach. Podobnie jak Michael Schumacher w Formule 1, czy też przykład bliższy nam, Polakom – Robert Kubica. Kariery każdego z nich nakreśliły też poważne wypadki i kontuzje.

Takie wiadomości zawsze zaskakują. Rano każdego fana zszokowała wieść o wypadku Tomasza Golloba. Pierwsza moja myśl była taka, że GKM Grudziądz musi jechać mecz na wyjeździe, skoro o poranku Gollob zdecydował się na występ w zawodach crossowych. Informacje o braku czucia w nogach nie brzmiały optymistycznie, choć kilkanaście minut później uspokojono mnie, że to czucie jednak jest. Teraz muszę doprecyzować, że chodziło o to, że rdzeń kręgowy nie jest przerwany.

Kolejna myśl – po co Gollobowi był start w tych zawodach? Zresztą, najlepszego polskiego żużlowca w historii na emeryturę kibice wysyłają już od kilku lat, bo wyniki już nie są takie do jakich przyzwyczaił. Ostatnio robili to też żużlowi eksperci jak Jan Krzystyniak. Czy nie lepiej było zrezygnować z kariery nieco wcześniej jak Tony Rickardsson czy Jason Crump? Najwidoczniej nie. On ciągle potrafił czarować, chociaż głównie na twardym torze w Grudziądzu.

Czy można zmusić kogoś do zrezygnowania z tego, co kocha? Nie. Gollob dużo wycierpiał przez żużel, ale ten żużel też dał mu wszystko. Trudno zliczyć wszystkie złamane kości Polaka, trudno zliczyć wszystkie jego upadki. Jednak równie trudno zliczyć wszystkie wspaniałe wyścigi z udziałem Golloba, wszystkie jego akcje – najlepsze były (są?) te pod bandą. Jego znak rozpoznawczy. Tam gdzie ktoś nie wcisnąłby szpilki, tam wjeżdżał Gollob. Za to kibice go kochali.

Rokowania po wypadku Golloba są złe. Nie mam wątpliwości, że polski żużlowiec ponownie stanie na nogi. Już nieraz uciekał spod topora, da radę i teraz, taki charakter. Najważniejsze, że rdzeń kręgowy nie jest przerwany. Nie wiem ile zajmie rehabilitacja Gollobowi, ale wierzę, że stanie na nogi. Niestety, co do dalszej kariery… To chyba jej koniec. Koniec na jaki Gollob nie zasłużył.

Trudno przypadku Golloba nie porównać z Robertem Kubicą. On miał wypadek w rajdzie samochodowym, który przerwał jego karierę w F1. Również mógł odpuścić, gdyby wtedy nie zdecydował się na start we Włoszech – być może dziś nadal oglądalibyśmy go w F1, być może miałby na swoim koncie jakiś tytuł mistrzowski. Golloba i Kubicę różni to, że w momencie wypadku byli na innych etapach kariery. O ile przed Kubicą były jeszcze lata startów w F1, o tyle Gollob powoli schodził ze sceny. Z upragnionym tytułem mistrzowskim w kieszeni.

Tym wszystkim (i sobie!), którzy zadają pytanie „po co to było?”, pzoostaje odpowiedzieć innym przykładem z Formuły 1. Michael Schumacher zdobył siedem tytułów mistrzowskich w F1, ścigał się samochodem przekraczającym 350 km/h, prywatnie jeździł też motocyklem sportowym. I nigdy nie miał poważnego wypadku, który na dłuższy czas wykluczyłby go z rywalizacji w królowej motorsportu. Aż pewnego dnia wybrał się na narty z rodziną, pechowe uderzenie głową o kamień… Od tego wypadku minęły ponad trzy lata i „Schumi” nadal przechodzi skomplikowaną rehabilitację, nie jest w stanie samodzielnie egzystować.

Jeśli coś ma się przydarzyć, to się przydarzy. Gollobowi przydarzyło się wiele razy. Po tych wszystkich ciosach, upadkach, krytyce, hejtach, on zawsze się podnosił. Podniesie się i teraz.

Reklamy

41_2002_GBR1

Pod koniec grudnia byłem w szoku po niewinnym, jak się początkowo wydawało, wypadku Michela Schumachera. Pierwsze informacje nie mówiły o tym, iż uraz Niemca jest tak poważny, dopiero potem pojawiły się wiadomość, że stan „Schumiego” pogorszył się i mistrz F1 walczy o życie. Od tego momentu Schumacher pozostawał w śpiączce… I nie liczyłem na cud.

Najbliżsi wiedzą o moim ateistycznym podejściu do świata, więc napisanie „człowiek małej wiary” byłoby w tym miejscu niewskazane. Jednak medycyna jest niezwykle brutalna – jeśli w pierwszych tygodniach od wypadku, urazu poszkodowanemu nie uda się wrócić do pełni sprawności, to będzie to trudniejsze z każdym kolejnym dniem. Można być człowiekiem wierzącym, można być wielkim fanem Schumachera i liczyć na cud, ale w pewnym momencie powinno włączyć się trzeźwe myślenie.

Bo choć medycyna jest obecnie niezwykle zaawansowana, to w starciu z urazami mózgu jest bezbronna. W tym przypadku każde najmniejsze uszkodzenie może mieć fatalny wpływ na zdrowie człowieka. Proces wybudzania Schumachera ze śpiączki rozpoczął się pod koniec stycznia, a Niemiec nie reagował. W marcu pojawiła się nawet informacja, że „Schumi” stracił 25 proc. masy ciała i waży ok. 55 kg.

Aż w końcu w poniedziałek, 16 czerwca 2014 roku, pojawiła się informacja o wybudzeniu Schumachera ze śpiączki. Byłem wtedy w pracy, więc nie mogłem przejrzeć internetu w poszukiwaniu szczegółowych komunikatów. Pojawiła się spora radość, bo to od Schumachera zaczęła się moja fascynacja Formułą 1 i miłość do zespołu Ferrari. Może byłem zbyt naiwny, ale gdy widziałem nagłówki „Schumacher wybudził się ze śpiączki”, to wierzyłem, że najbliżsi mają z nim jakiś kontakt – np. może jest w stanie twierdząco kiwnąć głową, itd. Bo po spędzeniu sześciu miesięcy w śpiączce nie można oczekiwać, że człowiek będzie w stanie płynnie mówić, poruszać kończynami. Trzeba na to wszystko czasu i rehabilitacji.

Tyle, że im dalej od poniedziałku, to ta euforia jest mniejsza. Bo Sabine Kehm, menedżerka wielokrotnego mistrza świata F1, zdradziła, iż opuścił on klinikę w Grenoble, że nie jest już w śpiączce, ale nie wiemy nic więcej. Nie wiemy jak duża jest świadomość Schumachera i też prędko się nie dowiemy, bo rodzina Niemca pragnie zachować spokój i nie należy spodziewać się kolejnych komunikatów prasowych. Zachowanie rodziny trzeba zrozumieć – tak naprawdę pod koniec grudnia życie najbliższych Schumachera przewróciło się do góry nogami i w żadnym stopniu nie powróciło jeszcze do normalności, a zainteresowanie mediów jest im w tym momencie najmniej potrzebne.

Tyle, że brak dokładnych informacji rodzi spekulacje i plotki. Już we wtorek pojawiły się pierwsze wypowiedzi lekarzy i osób związanych z Schumacherem, który były mało optymistyczne. – Wydaje mi się, że świadomość Michaela jest minimalna, albo znajduje się on w stanie wegetatywnym. To mogą być tylko krótkie momenty świadomości i wybudzenia – stwierdził Gary Hartstein, który przed laty pracował jako lekarz w F1. Pesymistycznie w niemieckiej telewizji zaczęli wypowiadać się także lekarze. – Otwarte oczy nie muszą oznaczać komunikacji. Mam nadzieję, że stan Michaela się poprawi i nie chciałbym być pesymistą, ale jeśli te wszystkie informacje są prawdziwe, to szanse na jego wyleczenie są niewielkie. Niewykluczone, że będzie potrzebował stałej pomocy, bo jego uraz musiał być naprawdę poważny, skoro trzymano go przez pół roku na oddziale intensywnej terapii – ocenił neurochirurg Mika Niemela.

Być może Schumacher nigdy nie odzyska zdrowia sprzed wypadku. Na pewno będzie potrzebował wielu miesięcy rehabilitacji, aby kontaktować się ze światem zewnętrznym. Jednak w poniedziałek jego organizm pokazał, że się nie poddaje. Właśnie pokonał kolejne okrążenie w wyścigu, którego metą jest powrót Schumachera do pełni zdrowia. Nie wiemy ile okrążeń liczy ten wyścig, ile razy kierowca będzie musiał zwolnić z powodu wywieszania żółtych flag. Oby jednak na końcu tej historii „Schumi” i jego kibice zobaczyli flagę z biało-czarną szachownicą. Bo chciałbym któregoś dnia przeczytać, że Schumacher po raz pierwszy od wypadku rozmawiał z żoną, że po raz pierwszy stanął na nogi…

Przed Niemcem miesiące rehabilitacji, ale też organizmy sportowców mają podobno tendencję do szybszej regeneracji. Polakom bliski jest przykład Roberta Kubicy – paskudny wypadek w trakcie rajdu, ryzyko amputacji dłoni, wielomiesięczna rehabilitacja… Niestety, pełnej sprawności nie udało się odzyskać i nie ma się co oszukiwać, że krakowianina zobaczymy jeszcze w Formule 1, ale odnalazł się w świecie rajdów i rywalizuje o mistrzostwo świata WRC. Stanowi przy tym przykład, że nie ma sytuacji przegranych, że nie należy się poddawać. Oby o Schumacherze wkrótce można było pisać w tym samym kontekście.

Bo w życiu potrzebne są nam takie pozytywne przykłady, które pokazują, że warto walczyć, że nie można się poddawać. Dopadły Cię problemy zdrowotne? Walcz z nimi. Masz marzenia? Walcz o ich realizację. Napotykasz problemy przy rehabilitacji czy w drodze po marzenia? To nieuniknione, nie przejmuj się, walcz dalej. Tak jak walczyć będzie Michael.

Obrazek

Koniec roku to czas tradycyjnych podsumowań. Jeszcze nie tak dawno, w tym kontekście, pisano o Robercie Kubicy jako o kandydacie na nowego kierowcę Ferarri, na nowego mistrza świata Formuły 1. Jeden dzień zmienił wszystko i krakowianina prawdopodobnie już nigdy nie zobaczymy w królowej sportowej motorowych. W kontekście roku 2013 można go jednak wymienić w kategorii najlepszy motywator – do wyznaczania i realizowania celów, do niepoddawania się, do walki o marzenia.

Polscy kibice F1 na długo (zawsze?) zapamiętają 6 lutego 2011. Wtedy doszło do tragicznego wypadku z udziałem Roberta Kubicy w rajdzie Ronde di Andora. Pamiętam tamten dzień dość dobrze – niedzielny poranek, następnego dnia dość trudny egzamin z prawa pracy na uczelni, a tutaj Polsat News atakuje informacją i żółtym paskiem, że stan Kubicy jest ciężki i grozi mu m. in. amputacja ręki. Potem były długie miesiące walki o powrót do normalnego życia, naznaczone pytaniem czy uda się powrócić do ukochanego sportu.

Na razie Robertowi nie udało się wrócić do F1 i niestety wydaje się wątpliwe, że do tego kiedykolwiek dojdzie. Medycyna jest nieubłagana – pełnej sprawności w prawej ręce Polaka nie udało się odzyskać do dziś, a czas leci i królową sportów motorowych zasilają kolejne talenty. To nie oznacza, że Kubica się poddał i zaprzestał walki o swoje marzenia. Musiał się zaadoptować do nowych warunków i podjął wyzwanie. Skoro jazda w F1 nie była możliwa, to zaangażował się w rajdy samochodowe, a to przecież właśnie one doprowadziły go do tej sytuacji. Wiadomo, że nie było to łatwe zadanie – ograniczone ruchy ręki wymusiły przeróbki w samochodzie, dzięki którym Kubica zmieniał (i nadal zmienia) biegi dzięki specjalnym łopatkom przy kierownicy. Polak powtarzał, że starty w rajdach służą mu jako rehabilitacja i już we wrześniu 2012 roku zgłosił się do malutkiego rajdu Ronde Gomitolo di Lana, w którym wygrał wszystkie odcinki specjalne.

Później były kolejne rajdy, a wraz z nimi zbierane cenne doświadczenie – zły dobór opon, usterki w samochodzie, wypadki. Media skupiały się szczególnie na tych ostatnich. Gdy tylko Kubica wypadał z trasy rajdu, zdjęcia pokiereszowanej rajdówki natychmiast trafiały do internetu i telewizji. Kto zna podejście polskiego kierowcy do sportu, musiał być świadomy tych wypadków. Polak, jeszcze jako kierowca F1, miał opinię tego, który nie kalkuluje i zawsze jedzie na limicie. Możliwości swoich, samochodu, bezpieczeństwa. Kubica wchodził w rok 2013 nie wiedząc, jak potoczy się jego kariera. Pojawiły się plotki o zainteresowaniu Mercedesa i startach w serii DTM, ale ostatecznie Polak postawił na kontynuowanie przygody z rajdami. Został zgłoszony do Rajdowych Mistrzostw Świata w klasie WRC2. I znowu pokazał swój kunszt – wygrał pięć z siedmiu rajdów, zapewniając sobie w debiucie tytuł mistrzowski, a także „awans” do klasy WRC w sezonie 2014.

Ktoś może przejść obojętnie obok wyników Kubicy w sezonie 2013, tłumacząc to mniejszą konkurencją w WRC2 lub czymkolwiek innym, ale będą to argumenty szukane na siłę, aby zdyskredytować sukces Polaka. Odnoszę wrażenie (może mylne), że o ile wypadkom Kubicy przez ten rok poświęcało się sporo czasu antenowego, to jego mistrzostwo przeszło bez echa. A tymczasem jedno przeczy drugiemu – jakby Kubica notował wyłącznie wywrotki, nie zdobyłby mistrzostwa.

Trzeba też spojrzeć na sukces krakowianina z perspektywa człowieka, któremu w 2011 roku załamał się świat, który nadal nie odzyskał pełnej sprawności. Kubica, choć został rajdowym mistrzem świata, nadal ma problemy w życiu codziennym z niektórymi czynnościami. I o tym Polak mówił niedawno we włoskiej „La Repubblica”. – Nie powiem, że jestem szczęśliwy z tego powodu, że w moim życiu doszło do tego wypadku. Jednak mogę być zadowolony z tych ostatnich szesnastu miesięcy. Nie bałem się powrotu. Po wypadku i operacjach walczyłem o życie, a później o powrót do odzyskania pełnej sprawności. Tak naprawdę, to do dzisiaj spotykają mnie trudności, gdy tylko wsiadam za kierownicę samochodu – powiedział Kubica.

Kubica po raz kolejny pokazał charakter „fightera”. Tak samo było po makabrycznym wypadku w wyścigu F1 o Grand Prix Kanady, po którym Polak niemal natychmiast powrócił do bolidu BMW. – Musiałem zostać mańkutem w wieku 30 lat. To nie było łatwe zadanie, ale mózg może zdziałać wszystko, jeśli tylko dostarczy mu się odpowiedniej motywacji. Jeśli ktoś powiedziałby mi, że w przeciągu trzech lat od wypadku znajdę się w WRC, że w debiutanckim sezonie zdobędę tytuł w WRC 2, do tego wygrywając pięć z siedmiu rajdów, nie uwierzyłbym mu – dodał polski kierowca.

Pewnie mało kto pamięta, że Kubica, zanim jeszcze został kierowcą rezerwowym BMW Sauber, od czasu do czasu zasiadał w studiu TV4, która wtedy transmitowała wyścigi Formuły 1. Zdarzało mu się nawet komentować niektóre wyścigi w duecie z Andrzejem Borowczykiem. Później, wraz z rozwojem jego kariery, zaczęła także rosnąć popularność F1 w Polsce. Teraz Robert może okazać się podobnym talizmanem dla rajdów samochodowych. Bo znając jego determinację, nie ma chyba wątpliwości, że poradzi sobie i w tej kategorii. Nie od razu, bo będzie musiał poznać specyfikę nowego samochodu, nowe trasy i nawierzchnie, ale w dłuższej perspektywie na pewno.

PS. Rozpoczęcie prac nad tym tekstem zbiegło się z informacją o wypadku Michaela Schumachera… I pewnie można by się w nich doszukiwać podobieństw. Wielcy sportowcy po prostu potrzebują adrenaliny – niezależnie czy to jest rajd samochodowy na moment przed startem nowego sezonu F1, czy też wypad na narty z najbliższymi. „Schumi” od wypadku pozostaje w stanie śpiączki – miejmy nadzieję, że w kolejnych dniach z Francji napływać będą coraz lepsze informacje i zobaczymy jeszcze Niemca w świetnej formie.

Stało się. Felipe Massa ogłosił, iż jego przygoda z Ferrari dobiegła końca. Teraz kibice Formuły 1 już bez skrupułów mogą się zastanawiać kto będzie nowym partnerem Fernando Alonso w sezonie 2014. Kimi Raikkonen? Nico Hulkenberg? Bardziej prawdopodobny wydaje się transfer Fina, więc warto poświęcić mu kilka zdań.

Zacznijmy jednak od Massy. Brazylijczyk startował w barwach Ferrari począwszy od 2006 roku, kiedy to miał okazję uczyć się od mistrza – Michaela Schumachera. Massa zakończył tamten sezon na podium i wydawało się, że jego kariera rozwija się w dobrym tempie. Pokazał to rok 2008, kiedy to brazylijski kierowca przez kilka sekund był nawet mistrzem świata. Massa wygrał ostatni wyścig na torze Interlagos i jego fanom wydawało się, że sięgnął po upragniony tytuł. Jednak Lewis Hamilton na ostatnim zakręcie uporał się z Timo Glockiem i miano najlepszego kierowcy sezonu przypadło Brytyjczykowi. Aż w końcu nadszedł rok 2009, kiedy Massa uczestniczył w poważnym wypadku podczas Grand Prix Węgier. Od tego momentu Brazylijczyk nie potrafił wrócić na wysoki poziom, miewał przebłyski, ale pozostawał w cieniu kolegi z zespołu – Fernando Alonso i coraz częściej dało się usłyszeć głosy, iż Brazylijczyk powinien opuścić Ferrari. Tak też się w końcu stało.

W jego miejsce najprawdopodobniej przywędruje Kimi Raikkonen. Jest to sytuacja dość dziwna, bo Fin miał już przecież okazję jeździć czerwonym bolidem i po sezonie 2009 był niemal wypychany z Ferrari, aby zrobić miejsce dla Alonso. Włosi przez rok płacili astronomiczną gażę „Icemanowi”, aby nie wracał on do królowej sportów motorowych i nie zasilał żadnej z pozostałych ekip. W tym czasie mistrz świata z sezonu 2007 oddawał się zabawie… czyli rywalizacji w rajdowych mistrzostwach świata. Szło mu całkiem nieźle, ale w roku 2012 fińskiego kierowcę ponownie zobaczyliśmy w padoku F1. Raikkonen w barwach Lotusa pokazał, że nie stracił nic z dawnych umiejętności. Chociaż nie dysponuje najlepszym bolidem, to regularnie zdobywa punkty i kończy wyścigi. Jest pod tym względem chyba najbadziej regularnym kierowcą w całej stawce.

Dlatego wydaje się, że Ferrari dokona najprawdopodobniej złotego interesu, kontraktując z powrotem Fina. Z drugiej strony, pamiętajmy, że w stajni z Muranello jest już Fernando Alonso i obu kierowców czeka zaciekła rywalizacja. I to w barwach jednego teamu. Ich umiejętności są dość zbliżone, więc co się stanie, gdy obaj dostaną do dyspozycji szybkie i niezawodne bolidy? Alonso od początku swojej przygody z Ferrari był rozpieszczany przez Lukę di Montezemolo i Stefano Domenicalego – był niekwestionowanym numerem jeden, gdy w trakcie wyścigu znajdował się za Massą – Brazylijczyk musiał grzecznie przepuszczać Hiszpana. „Felipe, Fernando jest szybszy niż Ty”, „Felipe, pamiętaj, że Fernando jedzie według innej strategii” – kibice oglądający F1 przywykli już do takich komunikatów.

No właśnie, a co zrobić w przypadku duetu Alonso – Raikkonen? Na pewno na początku sezonu nie da się powiedzieć jednemu z nich „Ty jesteś numer dwa”. Alonso był mistrzem świata dwukrotnie, Fin tylko raz, ale każdy z nich ma swoje ambicje i ochotę na kolejne triumfy. Po to ścigają się w Formule 1. Hiszpan przeżył podobną sytuację już w McLarenie w roku 2007. Odszedł do stajni z Woking, by być jej liderem i odzyskać dla niej tytuł mistrzowski, a tu wyrósł mu groźny konkurent w postaci debiutanta Lewisa Hamiltona. Brytyjczycy wspierali swojego rodaka, co skończyło się otwartą wojną w zespole, na czym najbardziej skorzystał… Raikkonen! Wtedy Fin zgarnął obu kierowcom spod nosa tytuł mistrzowski w ostatnim wyścigu sezonu.

Raikkonen jest też innym typem człowieka niż Massa. „Zostaw mnie w spokoju”, „wiem co mam robić”, „zamknij się” – to tylko niektóre zwroty Fina do swojego inżyniera wyścigowego w okresie startów w Lotusie. Jak zachowa się były mistrz świata, gdy będzie musiał przepuścić Alonso? Jeszcze ciekawsza będzie reakcja Hiszpana, gdyby role miały się odwrócić.

Trzeba jednak przyznać, że Luca di Montezemolo musiał dokonać takiego transferu. Massa w ostatnich sezonach nie był kierowcą godnym zespołu z Maranello, a i sam Alonso poczuł się zbyt pewnie. W ostatnich tygodniach mocno krytykował zespół, wywierał też presję na Ferrari w celu przedłużenia kontraktu Brazylijczyka. Hiszpan ma świadomość, iż nawet jeśli Massa w kwalifikacjach uzyskiwał lepszy wynik, to strategia wyścigu była układana pod niego. Dobitnym przykładem niech będzie ostatnie Grand Prix Włoch, gdzie brazylijski kierowca poświęcił swoje kwalifikacje, by lider Ferrari mógł kręcić lepsze czasy. Skończyło się tym, że Brazylijczyk startował do wyścigu z lepszej pozycji, ale już na dystansie został wyprzedzony przez Alonso. Z Raikkonenem taka sytuacja się nie powtórzy. Wydaje się, że w pierszej fazie sezonu, gdy losy tytułu mistrzowskiego nie będą jeszcze rozstrzygnięte, obaj powinni być traktowani na równych zasadach i taka wewnętrzna rywalizacja może pozytywnie wpłynąć na wyniki zespołu.

Ta rywalizacja może mież też złe skutki. Dobrze wiedzą to chyba w Red Bullu. Team z Milton Keynes również miał chrapkę na Raikkonena, ale ostatecznie wybrano wariant, w którym zdecydowanym liderem zespołu w sezonie 2014 ma być aktualny mistrz świata Sebastian Vettel. U boku Niemca, w miejsce nie zawsze posłusznego Marka Webbera, pojawi się Daniel Ricciardo. I nie ma się co oszukiwać – w przypadku „czerwonych byków” powtórzy się strategia znana z Ferrari. Młody Australijczyk nie będzie miał zbyt wiele do powiedzenia przy Niemcu i pozostanie mu przywozić na tyle dużo punktów, aby Red Bull mógł zdobyć mistrzostwo wśród konstruktorów. Kto wie, czy nie powtórzy się sytuacja z sezonu 2007? Wtedy tytuł zgarnął kierowca Ferrari, a dwa kolejne miejsca zajęli zawodnicy McLarena… W sezonie 2014 tytuł dla Red Bulla, a kolejne lokaty dla Ferrari? Oby nie!

Ferrari ogłosiło pierwszy transfer Raikkonena 10 września 2006 roku. Równo po siedmiu latach od tamtych wydarzeń swoje odejście z teamu potwierdził Massa. Teraz nic nie stoi na przeszkodzie, aby Włosi poinformowali o swoim wyborze, także czekamy. Kimi, zrób wszystko abyśmy nie słyszeli słów „Fernando is faster than you. Can you confirm you understood that message?”.

1234567