Posts Tagged ‘Emil Sajfutdinow’

Większość z nas miała w swoim życiu wypadki, w wyniku których doznała różnego rodzaju kontuzji. Złamana ręka, zerwane więzadło, uszkodzony mięsień. Wtedy gips, szyna, kilka tygodni zwolnienia lekarskiego i można myśleć o powrocie do pracy. Tymczasem ostatnio w sporcie coraz częściej (może zawsze byli?) pojawiają się tytani, których nic nie powstrzyma przed startem w zawodach.

Moja lista poważniejszych kontuzji zamyka się póki co (odpukać!) na złamanym łokciu. Dwie operacje, równo dwa tygodnie w szpitalu, metalowe pręty w ręce. Do tego kilka tygodni z gipsem, później szyną i w końcu rehabilitacją… Każdy dzień spędzony wtedy na sali z rehabilitantką był niczym koszmar. Dlatego ogromnym szacunkiem darzę każdego sportowca, który pomimo urazu, decyduje się wsiadać na motor, wychodzić na boisko, parkiet, kort. I dawać z siebie wszystko, choć większość z nas leżałaby w tym czasie w łózku.

Najpierw będą przykłady żużlowe. Nicki Pedersen na początku sezonu doznał złamania ręki. Duńczyk zanotował dość udaną inaugurację rozgrywek w cyklu Grand Prix i zachowywał wtedy realne szanse na zdobycie medalu z najcenniejszego kruszczu. Dlatego „Power” nie mógł odpuścić. Przygotował specjalną szynę, która pozwalała mu utrzymać kierownicę, korzystał z zabiegów u fizjoterapeuty i wyjeżdżał do kolejnych wyścigów. Ból musiał być potworny i wcale nie dziwię się, że po turniejach Grand Prix duński żużlowiec opuszczał mecze ligowe w Polsce. Powtórzenie takiego wysiłku drugi dzień z rzędu było niemożliwe. Oczywiście, kibice w Rzeszowie mogą mieć za złe Pedersenowi, że jego decyzja doprowadziła do spadku drużyny z Enea Ekstraligi. Z drugiej strony, nie wiemy jakie były zapisy kontraktu Duńczyka z rzeszowskim klubem.

Żużlowych „herosów” w tym roku było jednak więcej. Tai Woffinden złamał obojczyk w Grand Prix Wielkiej Brytanii na początku czerwca, by dwa tygodnie później wystąpić już w Grand Prix Polski na torze w Gorzowie. Motywacja Brytyjczyka była podobna jak u Pedersena – szansa na zdobycie tytułu indywidualnego mistrza świata. Mina Woffindena po każdym wyścigu w zawodach rozgrywanych na stadionie im. Edwarda Jancarza pokazywała jedno – kontuzja nie jest jeszcze wyleczona, a każdy bieg to dla organizmu Brytyjczyka ogromny wysiłek. Podobnie było też po kolejnych występach Woffindena w meczach ligowych dla Betardu Sparty Wrocław w Enea Ekstralidze. – Ten obojczyk nadal jest złamany i czasami czuję jak kość się przemieszcza i ociera o inne. Jest to bolesne uczucie – powiedział wprost Woffinden po jednym ze spotkań.

Walkę ze swoimi słabościami toczył ostanio też Emil Sajfutdinow. I jako jedyny przegrał, choć nie należy go za to ganić. Rosjanin przez znaczną część sezonu był liderem klasyfikacji generalnej Grand Prix. Prowadzenie w mistrzostwach stracił dopiero po turnieju w Daugavpils, ale do prowadzącego Woffindena tracił tylko trzy punkty. Aż zdarzył się wypadek w meczu polskiej ligi w Toruniu. Pierwsza diagnoza – ręka złamana w łokciu. Później okazało się, że ręka Rosjanina nie jest złamana, ale ma uszkodzone więzadła w nodze i kontuzję łokcia. Dlatego Emil zaczął robić wszystko, aby wystąpić w Grand Prix Słowenii i w kolejnym meczu ligowym w Polsce. Ostatecznie urazu nie udało się wyleczyć, ale niewykluczone, że Sajfutdinow jeszcze w tym roku wróci na tor. I wtedy trzeba będzie mu bardzo mocno bić brawo – większość z nas nie byłaby w stanie podnieść kubka z kawą po takim wypadku.

A może to tylko żużlowcy są takimi „herosami”? Nic bardziej mylnego. Popatrzmy na MotoGP. Marc Marquez, lider tegorocznych zmagań w królewskiej dyscyplinie, podczas ostatniego treningu przed Grand Prix Wielkiej Brytanii na torze Silverstone wybił prawy bark. Wtedy najwierniejsi fani Hiszpana zaczęli liczyć ile punktów straci 20-latek na absencji w tym wyścigu. Tymczasem lekarze nastawili bark Marqueza i po dwóch godzinach stanął on na linii startowej. Wprawdzie nie wygrał, ale przez cały dystans toczył pasjonujący pojedynek z Jorge Lorenzo, zamieniając się pozycją lidera. Sam Lorenzo też w tym roku musiał mocno zaciskać zęby i walczyć z bólem. Aktualny mistrz świata podczas treningu w Assen złamał obojczyk, ale po interwencji lekarzy wystąpił w wyścigu. Dopiero upadek na torze Sachsenring, który miał miejsce dwa tygodnie później, wykluczył go z rywalizacji w MotoGP. Hiszpan miał też opuścić zawody na torze Laguna Seca, ale nagle zmienił zdanie i po raz kolejny stanął na linii startowej.

Jednak największe wrażenie wywarł na mnie przypadek Kurta Yaegera. Dowiedziałem się o nim przypadkiem, gdy szukałem w internecie teledysku do piosenki zespołu „Rudimental” – Waiting All Night. Amerykanin w 2006 roku uczestniczył w wypadku motocyklowym, w wyniku którego stracił nogę. Do tego miał zapadnięte płuco i złamanych większość żeber. Dla większości z nas byłoby to niczym wyrok – koniec z dotychczasowym życiem, koniec z wykonywaną pracą i pasjami. Jednak nie dla Yaegera. Amerykanin, dzięki ogromnej motywacji, postanowił nadal uprawiać jazdę na BMXie. Wystarczyła odpowiednia proteza, godziny spędzone na treningach w siłowni i udało się. Teraz Amerykanina można nadal zobaczyć szalejącego na rowerze. Brzmi niewiarygodnie, prawda?

Ktoś powie, że sportowcy dysponują lepszą opieką zdrowotną, mają większe środki i mogą sobie pozwolić na skomplikowane operacje bez konieczności czekania w kolejkach. Być może. Jednak dysponują też niewiarygodną siłą wewnętrzną, która pcha ich ku niemożliwemu. Zwykły Kowalski, gdy złamie rękę czy nogę, godzi się z tym, otrzymuje kolejne zwolnienia lekarskie i wraca do pracy w momencie, gdy jest w pełni zdrów. U sportowców tak to nie działa. Dla nich świadomość, że opuszczają zawody, że nie mogą robić tego co kochają, że tracą kolejne punkty w rywalizacji o miano najlepszego zawodnika na świecie jest bardziej bolesna od złamanego obojczyka, barku, piszczela. Dlatego zaciskają zęby i zadziwiają nas swoją odwagą.

A my bierzmy z nich przykład. Bo w życiu nie chodzi o to, aby upadać, ale żeby nauczyć się podnosić.

Reklamy

Tai Woffinden jest bliski wywalczenia pierwszego w karierze tytułu indywidualnego mistrza świata w jeździe na żużlu. Brytyjczyk na trzy turnieje przed końcem zmagań ma trzy punkty przewagi nad Emilem Sajfutdinowem, ale Rosjanin nie wystąpi w sobotniej Grand Prix Słowenii z powodu kontuzji.

Do niedawna wydawało się, że w końcówce sezonu będziemy świadkami pasjonującej walki o złoty medal indywidualnych mistrzostw świata pomiędzy Taiem Woffindenem a Emilem Sajfutdinowem. „Woffy” został liderem klasyfikacji generalnej mistrzostw po ostatnim turnieju w Daugavpils, ale Rosjanin nie zamierzał się poddawać.

Sytuacja zmieniła się w zeszłą niedzielę, kiedy to Sajfutdinow nabawił się poważnej kontuzji podczas meczu Enea Ekstraligi pomiędzy Unibaksem Toruń a Dospelem CKM Włókniarz Częstochowa. Tym samym otworzyła się medalowa szansa przed Jarosławem Hampelem, który obecnie ma na swoim koncie 96 punktów i zajmuje trzecie miejsce w klasyfikacji Grand Prix. – Tai ma 21 punktów przewagi, a do końca sezonu pozostały trzy rundy, więc jest to spora przewaga. Jednak nie myślę o tym. Staram się koncentrować na swoich wyścigach i na tym, co muszę zrobić na torze. Najważniejsze jest, abym zdobywał duże ilości punktów i zobaczymy co uda się osiągnąć – powiedział Hampel w rozmowie z oficjalnym serwisem Speedway Grand Prix.

Hampel, dla którego miniony sezon był nieudany z powodu kontuzji nogi, będzie zadowolony z wywalczenia jakiegokolwiek medalu w tegorocznej rywalizacji. – W tej chwili jestem na dobrym miejscu i jeśli uda mi się go utrzymać, będę zadowolony. Jednak to nie będzie łatwe zadanie. W końcówce sezonu poziom się podnosi, bo każdy chce zdobywać punkty. Jednak jestem skupiony na moim zadaniu. Czuję się dość dobrze, mój sprzęt pracuje tak jak należy. Postaram się dać z siebie wszystko i zobaczymy co się wydarzy – dodał zawodnik Stelmetu Falubazu Zielona Góra.

ŁK
Onet, speedwaygp.com

Wbrew wcześniejszym informacjom, Emil Sajfutdinow nie pojawi się na liście startowej sobotniej Grand Prix Słowenii. Rosjanin przegrał walkę z urazem, którego nabawił się podczas meczu półfinałowego Enea Ekstraligi pomiędzy Unibaksem Toruń a Dospelem CKM Włókniarz Częstochowa.

Pierwsze informacje mówiły o tym, iż w wyniku niedzielnego wypadku Emil Sajfutdinow doznał złamania ręki w łokciu. Wtedy Tomasz Suskiewicz, menedżer rosyjskiego żużlowca, poinformował, że szanse na występ Rosjanina w kolejnych turniejach Grand Prix wynoszą ledwie pięć procent.

Jednak po kilku dniach w środowisku żużlowym pojawiły się plotki, jakoby obrażenia Rosjanina nie były tak poważne, jak pierwotnie sądzono. Sajfutdinow, który obecnie zajmuje drugie miejsce w klasyfikacji generalnej Grand Prix i traci tylko trzy punkty do lidera Taia Woffindena, brał pod uwagę nawet występ w Grand Prix Słowenii w Krsko. Ostatecznie rosyjski żużlowiec przegrał walkę z kontuzją i nie wystąpi w sobotniej imprezie.

Miejsce Sajfutdinowa na liście startowej zajmie Leon Madsen, który pełni funkcję drugiego rezerwowego mistrzostw. Pierwszy rezerwowy, Ales Dryml, w najbliższą sobotę również pojawi się w Słowenii. Czeski żużlowiec będzie zastępować kontuzjowanego Chrisa Holdera.

Początek sezonu był niezwykle udany dla Darcy’ego Warda. Australijski żużlowiec po dwóch turniejach Grand Prix plasował się w czołówce klasyfikacji generalnej Grand Prix i po cichu mógł myśleć o zdobyciu medalu mistrzostw świata. Jego plany pokrzyżowała jednak poważna kontuzja łopatki.

Darcy Ward nabawił się kontuzji podczas Grand Prix Szwecji w Goeteborgu, które odbyło się 4 maja. W wyniku urazu łopatki Australijczyk opuścił trzy kolejne imprezy i obecnie musi się skupić na walce o miejsce w czołowej ósemce mistrzostw, aby móc myśleć o startach w Grand Prix także w sezonie 2014.

Ward jest świadomy, iż nie ma szans na zdobycie złotego medalu w tegorocznych rozgrywkach i ma swojego faworyta w rywalizacji o tytuł. – To jest sezon Taia Woffindena. Gdy siedzi na motocyklu, jest niezwykle szybki. Ma świetne starty. Wyjeżdża spod taśmy tak szybko, że trudno w to uwierzyć – stwierdził młody Australijczyk w rozmowie z oficjalnym serwisem Speedway Grand Prix.

Woffinden jest obecnie liderem mistrzostw. Brytyjczyk ma na sowim koncie 117 punktów. Tylko trzy „oczka” mniej ma Emil Sajfutdinow, który w niedzielę uczestniczył w groźnie wyglądającym wypadku podczas meczu Enea Ekstraligi pomiędzy Unibaksem Toruń a Dospelem Włókniarzem Częstochowa. – Wypadek Emila był fatalny. To miły chłopak i świetnie się dogadujemy. Kontuzja jest dla niego sporym wstrząsem i jest mi go szkoda. Nie chciałbym być w jego sytuacji – dodał Ward.

Australijczyk jest zdania, iż żaden inny zawodnik nie zagrozi w tym roku Woffindenowi w drodze na szczyt. – Moim zdaniem, Tai zostanie mistrzem świata. Jest na innym poziomie w tym roku. Trzeba szczerze przyznać, że w tym roku razem z Emilem świetnie jeżdżą, ale mam nadzieję, że na koniec sezonu to Tai zdobędzie złoty medal – powiedział zawodnik toruńskiego Unibaksu.

Ward po cichu myśli już o sezonie 2014. – Chciałbym w kolejnym sezonie walczyć o medale wraz z Taiem. Pewnie wielu innych zawodników ma podobne plany. Jednak ten sezon, pragnę to jeszcze raz podkreślić, należy do Taia. Myślę, że w pełni zasługuje na tytuł mistrzowski – podsumował żużlowiec z Australii.

ŁK
Onet, speedwaygp.com