Posts Tagged ‘Champions League’

14420863697_ceeb7b51b1_o

Grudzień. Kończy się rok, więc jest to doskonała pora na podsumowania ostatnich dwunastu miesięcy naszego życia. Do tego atmosfera nadchodzącego Bożego Narodzenia sprawia, że wszyscy jesteśmy tacy mili i uprzejmi. Błąd. Nie jesteśmy.

Zdecydowana większość Polaków deklaruje, że jest wierząca. Gorzej z tym praktykowaniem – chyba tylko w naszym kraju mógł się narodzić zlepek słów „wierzący, niepraktykujący”. To jak z byciem w ciąży – albo się w niej jest, albo nie jest. Wystarczy wejść do internetu, by zobaczyć mnóstwo agresji, frustracji i wylewanej żółci, co mocno kłóci się z chrześcijańskim podejściem do świata. Bardzo dobitnie widać to na przykładzie sportu. My, jako Polacy, nie potrafimy docenić sukcesów. Zawsze znajdzie się jakieś ale, jakiś sprzeciw dyskredytujący osiągnięcie sportowca czy drużyny. Bo przecież byłoby za prosto.

Mam takie odczucia przy okazji każdego występu Roberta Kubicy. Genialny facet, który przebił się do świata F1 jako jedyny Polak, którego kariera została przerwana przez wypadek. Niemal stracił w nim prawą dłoń, mocno uszkodził nogę i tak naprawdę jest w pewnym stopniu inwalidą, skoro w niektórych wywiadach podkreśla, że pewne czynności (zjedzenie śniadania) musiał nauczyć się robić lewą ręką. W takiej sytuacji Robert mógł sobie odpuścić sporty motorowe. W naszym kraju łatwo zostać celebrytą, więc pewnie telewizje chętnie by go zapraszały do porannych rozmów o kawie, za promowanie jakichś marek wpadłaby jakaś gotówka i można byłoby dalej żyć.

Robert, jako osoba uzależniona od adrenaliny, wybrał inną ścieżkę – starty w rajdach samochodowych. Z powodu ograniczonej ruchomości prawej ręki, w samochodzie Roberta zamontowane widełki do zmiany biegów zamiast tradycyjnego drążka. Poza tym, to już chyba pozostałość po rywalizacji w F1, Robert zawsze jedzie na limicie. On w rajdach nie startuje po to, by zajmować miejsca w środku stawki. Celuje w czołowe lokaty, co w tym roku, przy niskim doświadczeniu, często kończyło się wypadkami.

Efekt jest taki, że niektóre media wręcz czekały na kolejne występy Kubicy, by móc walnąć czerwony nagłówek z napisem „wypadek Kubicy”. Bo taki news od razu zyskuje kliknięcia, a kliknięcia to zarobione złotówki. Bo pod taką informacją już trwa festiwal komentarzy na temat kierowcy. Można sobie pojeździć po Robercie, bo to jest w modzie. Osobny temat to umiejętności prowadzenia samochodu przez samych komentujących… Większość pewnie zaliczyłaby efektowniejsze wywrotki niż Kubica już na pierwszym zakręcie rajdu. Problem pojawia się, gdy Kubica wygrywa. Wtedy hejterzy nieśmiało muszą się usunąć w cień – tak było chociażby przy okazji ostatnich triumfów w Monza Rally Show i Trofeo Bettega. Jednak i wtedy znajdą się tacy, którzy napiszą „a to tym razem się nie rozwalił?”, „w kolejnym wyścigu pewnie znowu wyleci z trasy”, itd.

Granice tego naszego hejtu sięgają też poza Polskę. Real Madryt, który jest bliski mojemu sercu, notuje właśnie rekordową liczbę wygranych z rzędu. Na ten moment licznik stanął na 21. Już teraz „Królewscy” są pod tym względem najlepszą ekipą w historii hiszpańskiej piłki. Wyrównanie światowego rekordu też blisko – 22 wygrane z rzędu. Część dziennikarzy zachwyca się grą zespołu z Madrytu, który średnio w tym sezonie strzela rywalom 3,5 gola na mecz. Zauważyłem jednak, że nie każdemu to pasuje. „Z kim ten Real w tych meczach grał?” – zostałem ostatnio zapytany na Twitterze. Wniosek prosty – Madryt pokonał samych „ogórków” i tak naprawdę nie ma się z czego cieszyć. Czy słuszny?

Na świetną serię Realu składają się m. in. mecze ligowe z Barceloną, Athletikiem Bilbao, Malagą i dwumecze w Lidze Mistrzów z Liverpoolem czy Bazyleą. Malaga niedawno grała w 1/8 Ligi Mistrzów, Athletic grał w Lidze Mistrzów w tym roku – trudno nazywać te zespoły „cieniasami”. Oczywiście, w trakcie swojej serii Real miewał też spotkania z zespołami dużo słabszymi jak Eibar, Almeria czy Cornelia. Z drugiej strony, tak już jest w każdej lidze – raz grasz z mocniejszym zespołem, raz ze słabszym. Równie dobrze można by nazywać „ogórkami” i dyskredytować kolejne osiągnięcia Bayernu w Bundeslidze czy Chelsea w Premiership. Oba zespoły grają w tym sezonie świetną piłkę, a jednak nie mogą się pochwalić tak dobrą passą jak „Królewscy”. Może jednak osiągnięcie Realu to jest wyczyn?
Jeśli nie, to prędko jakaś inna drużyna powinna pobić ten rekord. Nie wydaje mi się jednak, by do tego doszło lada moment. Dlatego apel do tych wszystkich krzykaczy i hejterów – czasem lepiej wyjść na spacer i przewietrzyć myśli, niż wystukać anonimowo kilka zdań na klawiaturze. Bo skrytykować łatwo, docenić trudno.

Reklamy

Obrazek

Sport bywa przewrotny. Kilka tygodni temu Barcelona ograła Real Madryt na Santiago Bernabeu i była w siódmym niebie. Liga znów stała się realna, „Barca” pozostawała w grze o Ligę Mistrzów i Puchar Króla. Dziś wiemy, że najprawdopodobniej Messi i spółka skończą sezon bez trofeum, a szansę na potrójną koronę ciągle mają… „Królewscy”.

Ligowe „Gran Derbi” rozgrywane na Santiago Bernabeu oglądało się z wypiekami na twarzy. Otwarty mecz, ofensywna gra z obu stron i prowadzenie Realu 3:2, aż w końcu nadszedł kluczowy moment spotkania. Czerwona kartka dla Sergio Ramosa za rzekomy faul na Neymarze, który coraz częściej w polu karnym zachowuje się, jakby wskakiwał w basen. Karny wykorzystany przez Leo Messiego, gra z przewagą… i Barcelona po raz kolejny w tym sezonie okazała się lepsza od Realu. Tak było jeszcze kilka tygodni temu.

Finał Pucharu Króla miał mieć inny przebieg. „Królewscy” bez swojej największej gwiazdy, czyli Cristiano Ronaldo. Barcelona leczyła za to rany po bolesnych upadkach – porażka z Atletico Madryt sprawiła, że „Barcy” po raz pierwszy od kilku sezonów nie zobaczymy w półfinale Ligi Mistrzów, zaś przegrana z broniącą się przed utrzymaniem Granadą, wyeliminowała podopiecznych Taty Martino z walki o ligę.

Pod nieobecność CR7, w finale Copa del Rey uaktywnił się talent Garetha Bale’a. Gdy latem „Królewscy” wydawali na niego 91 mln euro, niektórzy pukali się w czoło. Część kibiców twierdziła, że ten transfer jest kaprysem Florentino Pereza, że Walijczyk nie pasuje do taktyki Realu, gdzie na skrzydłach biegają Cristiano Ronaldo i Angel di Maria. W końcu, kupno Bale’a pociągnęło za sobą sprzedaż Mesuta Oezila. Niemiec w pierwszych meczach brylował w Arsenalu, który prowadził w Premier League, zaś Bale nie potrafił się odnaleźć w Primera Division. Wniosek prosty – Real nie przemyślał tego transferu. Ledwo minęło kilka miesięcy, a role się odwróciły. Bale, który z powodu transferu nie przepracował z drużyną okresu przygotowawczego, w końcu odnalazł właściwy rytm i właśnie może cieszyć się z pierwszego sukcesu w barwach „Królewskich”. Akcja, w której Walijczyk przebiegł 58 metrów w 8 sekund i 33 setne, mając za sobą 85 minut meczowego wysiłku i zdobył zwycięskiego gola, pozotanie w pamięci kibiców na długo. Z kolei Oezil gasł na Wyspach z miesiąca na miesiąc, jego Arsenal musi się martwić o miejsce premiowane grą w Lidze Mistrzów w kolejnym sezonie. Sprzedaż Niemca pozwoliła też na eksplozję talentu di Marii, który ze skrzydła przeniósł się na środek boiska i stał się piłkarzem bardziej uniwersalnym. To właśnie Argentyńczyk otworzył wynik środowego meczu z Barceloną, to on ciężko haruje w defensywie, czego o Niemcu powiedzieć nie można było.

Po drugiej stronie barykady stoi Neymar. Kupiony za podobne pieniądze co Bale, nie pomógł w tym roku Barcelonie sięgnąć po jakiekolwiek trofeum. Wydaje się przy tym, że „Barca” zaczęła powtarzać błędy Realu z początku XXI w. Wtedy „Królewscy” dysponowali potężną siłą w ofensywie, mając coraz gorsze tyły, a klub sięgał po kolejnych graczy ofensywnych. O bolączkach Barcelony z obroną wiedzą wszyscy – Carles Puyol jest coraz starszy i co chwilę leczy kontuzje, Javier Mascherano został środkowym obrońcą z przymusu, a klub latem i tak nie sprowadził defensora. Nie ulega też wątpliwości, że Barcelonie potrzebny jest rosły napastnik, który zgrywałby głową piłki wrzucane w pole karne. Tego transferu też zabrakło. Pojawił się za to Neymar, kolejny skrzydłowy, choć w klubie byli już i ciągle są Alexis Sanchez i Pedro. Efekt jest taki, że gdy Barcelonie nie idzie, to kibice widzą powolne rozgrywanie piłki, przerzut na drugą stronę, dośrodkowanie… i koniec akcji, bo w polu karnym rywale przejmują piłkę.

W Barcelonie coś na pewno się kończy. Po sezonie z klubem zapewne pożegna się trener Gerard Martino, który nie potrafił odmienić stylu gry „Barcy”. Nie wiadomo kto go zastąpi – katalońskim mediom marzy się Juergen Klopp, ale wątpliwe, by Niemiec opuścił Borussię Dortmund. Nowy szkoleniowiec nie będzie miał łatwego zadania – być może przyjdzie mu posadzić na ławce Xaviego, Iniestę, a nawet Messiego… Piłkarzy, którzy są symbolami „Barcy”, którzy wygrali wszystko, ale też piłkarzy, którzy bardzo mocno zawiedli w ostatnich dniach.

A Real… Carlo Ancelotti na pewno otrzymał trochę spokoju. Do niedawna wypominano mu, że w czterech meczach ligowych z Barceloną i Atletico zdobył tylko jeden punkt. Teraz ma na swoim koncie Copa del Rey i szansę na kolejne puchary. W lidze łatwo nie będzie – „Królewscy” muszą wygrywać wszystkie mecze do końca sezonu i liczyć na potknięcia rywala zza miedzy. W Lidze Mistrzów będziemy za to świadkami przedwczesnego finału, bo w półfinale los skojarzył Real z triumfatorem rozgrywek sprzed roku, czyli Bayernem Monachium. Zdaniem wielu, klub z Bawarii gra teraz najefektywniejszą piłkę w Europie. Czy Ancelotti i spółka znajdą na nią sposób?