Posts Tagged ‘Catalunya’

11246294_691212850983733_288508685_n

Grand Prix Katalonii już za nami. Sportowo nie ma co opisywać, bo pewnie większość czytających ten wpis już zna wyniki. Dla mnie to był drugi wyścig MotoGP w roli akredytowanego dziennikarza i wrażenia są niesamowite. Chociaż pod którymi względami czeskie Brno jest lepsze od Barcelony.

Na torze Catalunya spędziłem trzy dni – od piątku do niedzieli. Jako że nocleg miałem w centrum Barcelony, to dojazd na treningi, kwalifikacje i wyścigi wiązał się z wczesną pobudką i wyjściem na stację kolejową. Pociąg do Montmelo, gdzie usytuowany jest tor, jechał ok. 30 minut. Gorsze nadchodziło później – ze stacji w Montmelo trzeba było iść na tor pieszo ok. 35 minut. Dopiero w niedzielę pojawiła się komunikacja autobusowa, która dowoziła fanów. Jednak nawet wtedy wielu kibiców wybierało spokojny spacer uliczkami malutkiego Montmelo.

11328254_392481497604365_1341763835_n

Na katalońskim obiekcie byłem pierwszy raz w życiu, a to oznaczało problemy komunikacyjne. Szczególnie w piątek, kiedy to człowiek dopiero poznawał obiekt. O ile odnalezieniu centrum, gdzie odbierało się akredytacje, poszło bardzo szybko, to później… Było gorzej. Niektórzy stewardzi nie potrafili mówić po angielsku, nikt nie potrafił wskazać jak dojść do paddocku. Człowiek błądził i błądził, robił kilometry na darmo, tracąc przy tym pierwszy trening Moto3 i połowę treningu MotoGP.

W końcu się udało znaleźć wejście do paddocku i mieszczące się w nim centrum prasowe. Standardy podobne jak w Brnie – klimatyzacja, mnóstwo monitorów z livetimingiem, szybko dostarczane komunikaty prasowe, itd. Po przygodach z Czech wiedziałem, że internet w biurze prasowym jest płatny… W Brnie było to bodajże 5 euro za weekend. W Barcelonie 15 euro za dzień. Plus 5 euro za dzień za użyczenie kabla sieciowego. W efekcie za trzy dni internetu zapłaciłbym 60 euro. W tej sytuacji wolałem włączyć transmisję danych w roamingu – wyszło mnie to 50 zł za trzy dni.

11419043_1610533699230589_318453974_n

O ile w Brnie przy każdej bramie stał ochroniarz/steward, który mógł ją otworzyć np. fotografowi, aby ten wszedł na trybuny, to w Barcelonie było z tym różnie. Szczególnie w piątek, kiedy na trybunach było niewielu fanów. W efekcie człowiek napotykał zamknięte na kilka spustów bramy i musiał robić kolejne kilometry. W piątek spokojnie można było wchodzić na różne trybuny, bo nie było przy nich żadnej kontroli. Dopiero w niedzielę, gdy chciałem oglądać jeden z wyścigów ze znajomymi, byłem dokładnie sprawdzany nawet przed wejściem na sektor „trawiasty”, który był najtańszy (bilety w cenie 65 euro).

11378357_588243287984390_2042104058_n

Od piątku do niedzieli wielokrotnie przechodziłem przez paddock – ilość sprzętu, tirów i wszystkiego co związane z organizacją MotoGP, przytłacza. To pokazuje jak z dużym przedsięwzięciem mamy do czynienia. Równocześnie pokazuje jak teamy dbają o kibiców – pod motorhomem każdego z nich można dostać plakaty, zdjęcia, różnej maści gadżety. Oczywiście, są to rzeczy warte grosze przy koszcie kupna biletu na sam wyścig, ale dla wielu osób taka pamiątką wiąże się ze sporą wartością sentymentalną. Sam zamierzam brelok teamu Repsol Honda Team przyczepić lada moment do kluczyka mojej CBR-ki.

W paddocku powtórzyła się też sytuacja z Brna. Zrobiłem sobie kolejne zdjęcie z Marcem Marquezem. Po piątkowych treningach „MM93” wyszedł ze swojego motorhome’u podpisał kilka zdjęć, zapozował do kilku fotek i już miał odjeżdżać na skuterze, gdy do niego doskoczyłem. Podobno zachowałem się jak napalona nastolatka, ale trudno, pamiątka – zdjęcie i filmik z wydarzenia są. Myślałem jeszcze o polowaniu na zdjęcie albo autograf Valentino Rossiego, ale Włoch to fenomen MotoGP. O każdej porze, czy to była pora treningów, czy niedzielny wyścig, pod tirami Movistar Yamahy MotoGP był niesamowity tłok, że trudno było przejść przez paddock. Ludzie liczyli na zobaczenie Rossiego i stali tam nawet, gdy rozgrywane były treningi czy kwalifikacje MotoGP. Trochę dziwne. Przyjechać na MotoGP i połowę dnia stać pod tirem w paddocku.

11324998_1031066943585073_883664918_n

Swoją drogą, wyścig rozgrywany był w Katalonii, gdzie połowa zawodników w stawce to właściwie nie tyle Hiszpanie, co Katalończycy… a na trybunach i paddocku najwięcej fanów „Doctora”. Zresztą nawet Jorge Lorenzo został wygwizdany po wejściu na podium… najprawdopodobniej przez kibiców Rossiego.

Pozytywne wrażenia dostarczyła też niedziela. W ostatni dzień udało się znaleźć najkrótszą drogę wejściową na stadion (cenna wiedza przed Grand Prix Katalonii 2016), do tego razem z Kasią Łapczyńską zostaliśmy zaproszeni do kabiny komentatorskiej Polsatu Sport. Właśnie dzięki odnalezieniu tego skrótu, udało nam się dostać na czas do „budki”, gdzie była okazja zobaczyć z bliska jak pracują Mick Fiałkowski i Adam Badziak, którzy prosto z Barcelony komentowali wyścigi dla „słonecznej” stacji. Na miejscu podziękowaliśmy za zaproszenie, ale z tego miejsca wypada zrobić to jeszcze raz – było to świetne przeżycie.

11379759_1599886303620044_563709736_n

Kabiny komentatorskie mieściły się na trybunie głównej toru Catalunya i dzięki nim udało się znaleźć tunel podziemny, który przebiegał pod prostą startową… Okazało się, że jest to kolejny skrót, aby dostać się do biura prasowego. Gdybym to wszystko wiedział i znał już w piątek, z pewnością przebiegłbym podczas Grand Prix Katalonii mniej kilometrów. I miał kilka odcisków na stopach mniej.

Jednak nie ma co narzekać. Pod wrażeniem MotoGP, atmosfery, organizacji, hałasu, itd. jest nawet mój kuzyn, który wybrał się na wyścig i zapłacił 65 euro za wejściówkę, choć nawet nie jest wielkim fanem motocykli, a nazwiska Marquez, Lorenzo, Rossi nic mu nie mówią. Sam jestem tak naładowany energią, że wiem, iż na Barcelonie w tym roku się nie skończy.

Stay tuned.

Reklamy

11130183_1085111074850348_2480894407831193402_n
Stało się. Po raz drugi w życiu będę akredytowany jako dziennikarz na wyścig MotoGP. Tym razem przy okazji Grand Prix Katalonii w Barcelonie, które odbędzie się 12-14 czerwca. To dobra okazja, aby wspomnieć moją pierwszą przygodę z pracą jako „media” przy MotoGP.

W zeszłym roku byłem akredytowany jako dziennikarz na wyścig o Grand Prix Czech w Brnie. Początkowo nie wierzyłem, że to się uda. W Polsce MotoGP to sport niszowy, nie mamy żadnego reprezentanta nawet w mniejszych kategoriach jak Moto2 czy Moto3. Jednak nic nie szkodziło wysłać mi maila z pytaniem czy polska redakcja otrzyma akredytację… I tak się zaczęła korespondencja, która zakończyła się sukcesem.

Czy proces akredytacyjny na zawody MotoGP jest skomplikowany? I tak, i nie. Jako osoba, która wcześniej zdobywała akredytacje właściwie tylko na zawody żużlowe, początkowo byłem trochę zaskoczony. Na kilka tygodni przed wyścigiem, na który staramy się o akredytację, portal jest sprawdzany pod kątem newsów z kategorii MotoGP. Gdy przejdzie przez tę kontrolę, otrzymuje się wnioski akredytacyjne. W nich trzeba zamieścić co najmniej pięć tekstów napisanych na temat MotoGP w ostatnim czasie. Do tego niezbędne są dane portalu z Google Analytics.

Mam to szczęście, że współpracuję z portalem SportoweFakty.pl, który jest jednym z największych w Polsce i liczba odwiedzin/odsłon wygląda imponująco. Dlatego pewnie Hiszpanie z firmy Dorna, która zarządza serią MotoGP, nie mieli obaw przed przyznaniem akredytacji. Gdybym pisał dla jakiegoś małego portaliku, to pewnie pocałowałbym klamkę zaraz na starcie. Gdy już się wypełni wniosek, zostaje załatwić potwierdzenie od Redaktora Naczelnego, że jest się pracownikiem danego portalu i można wysyłać papierek… Potem pozostaje czekać na decyzję.

Odbiór akredytacji… W Brnie zostało to rozwiązane w kiepski sposób. Wejściówki odbierało się w siedzibie urzędu miejskiego, który mieści sie z dala od toru. Dlatego przyjeżdżając do miasta, musiałem jechać najpierw po wejściówki, a dopiero potem wracać się na tor, aby oglądać piątkowe treningi.

Mając plakietkę „media” można spokojnie wejść na padok MotoGP, gdzie można przechodzić obok boksów zawodników MotoGP, Moto2 i Moto3. Przy wejściu do padoku służby zczytują kod kreskowy z wejściówki, to samo dzieje się przy wychodzeniu. Ma to przeszkodzić jakimkolwiek kombinacjom, wynoszeniu plakietek i wprowadzaniu innych osób do padoku.

Plakietka „media” pozwala wejść do centrum prasowego, gdzie znajdują się stanowiska dla komputerów oraz multum telewizorów. Jest też miejsce, gdzie na bieżąco drukowane są czasy zawodników i komunikaty prasowe, np. dotyczące stanu zdrowia zawodnika po upadku. Dlatego będąc w biurze prasowym w trakcie całego dnia, nic nam nie umknie. Na monitorach można na żywo oglądać wyścig MotoGP, mając podgląd na czasy, ujęcia z kilku kamer, itd. Minus tego rozwiązania jest taki, że centrum prasowe przeważnie zlokalizowane jest w okolicach prostej startowej. Dlatego zostaje nam oglądać rywalizację tylko w telewizorach, nie słyszymy charakterystycznego ryku motocykli i jak dla mnie było to takie lizanie lodów przez szybę. W efekcie przez cały weekend w Brnie szukałem „swojego” miejsca. Treningi oglądałem na jednym zakręcie, kwalifikacje z biura prasowego, wyścig znowu innego miejsca. Nie wiem jak to będzie rozwiązane w Barcelonie, ale też wolałbym usiąść gdzieś na zakręcie i widzieć zawodników na torze, a nie przez szybę budynku biura prasowego.

Na tym właśnie polega największa różnica pomiędzy akredytacją „media” a „foto” podczas MotoGP. Fotografowie mogą dojść aż do bandy okalającej tor, więc zawodników mają na wyciągnięcie ręki. Jednym słowem – jeszcze większe przeżycia, jeszcze większe emocje. Aby ułatwić pracę fotografom, w Brnie pomiędzy zakrętami jeżdżą specjalne busy, do których może wejść każdy z fotografów i w ten sposób łatwo może przemieścić się na inny zakręt i mieć inne ujęcia z toru. Jeśli ktoś woli spacer, może sobie spacerować wokół bandy.

10557185_922607744434016_3990474967474571369_n

Po wyścigu najlepsza trójka zawodników udaje się na konferencję prasową. Ponadto zawodnicy są dostępni dla mediów o wyznaczonych porach w swoich motorhome’ach. W Brnie nie miałem okazji sprawdzić jak to wygląda, czy dużo dziennikarzy udaje się na takie prywatne pogawędki, czy łatwo się dostać do zawodnika, bo spieszyłem się w drogę powrotną do Polski. Na pewno najwięcej luzu na padoku można zauważyć po piątkowych treningach. Sam wtedy dorwałem Marca Marqueza i zrobiłem sobie z nim pamiątkowe selfie, Valentino Rossi przez dobre pół godziny rozdawał autografy. Oczywiście, zdarzają się też tacy zawodnicy, którzy od razu spod prysznica uciekną kibicom. Tak w Brnie zrobiłby chociaż Jorge Lorenzo. Pod boksem Hiszpana było mnóstwo kibiców, ale ten wsiadł na skuter, nie podpisał ani jednego autografu i uciekł z padoku.

Czy w Barcelonie to wszystko będzie wyglądać podobnie jak w Brnie? Wydaje mi się, że tak. Firma Dorna raczej wypracowała pewne standardy podczas organizacji wyścigów MotoGP i gorzej nie będzie. Dla mnie pobyt na torze Catalunya będzie realizacją marzeń połączoną z wakacjami… Lepiej chyba być nie może.

ASD