W minioną niedzielę upadek Kacpra Woryny i Krystiana Rempały na torze w Rybniku doprowadził do dwóch tragedii. Pierwszą z nich jest śmierć 18-letniego żużlowca, który po paru dniach przegrał walkę o życie w szpitalu w Jastrzębiu-Zdroju. Drugą jest lincz jaki właśnie odbywa się w internecie na Kacprze Worynie.

To miała być zwykła żużlowa niedziela. Może niezwykła, bo pierwszego tegorocznego spotkania rybniczan z grudziądzkim GKM-em nie było mi dane oglądać z trybun stadionu przy ul. Gliwickiej. ROW powrócił po latach do Ekstraligi, więc kibice szczelnie zapełnili obiekt. I już w drugim wyścigu 10 tys. ludzi zamarło.

Wszystko co w tej chwili mogło pójść źle, to poszło. Na chwilę przed feralnym wyścigiem, Krystianowi Rempale zdefektował motocykl. Być może wtedy poluzował albo odpiął kask. Tego nie wiemy. Wiemy, że mechanicy zdążyli mu podstawić rezerwową maszynę. Taśma poszła w górę i na wejściu w łuk Kacper Woryna trafił na przyczepniejszy fragment toru, być może do tego zaciął mu się gaz. Junior ROW-u nie mógł nic zrobić, trafił w Krystiana, któremu spadł kask z głowy… Resztę historii znamy doskonale.

Krystian od początku walczył o życie. Miałem w niedzielę obrazki sprzed paru lat z Wrocławia, gdy doszło do wypadku Lee Richardsona. Na Stadionie Olimpijskim mecz dokończono, odbyła się konferencja prasowa, udało się jeszcze odbyć kilka rozmów z zawodnikami i dopiero po chwili uderzyła nas wszystkich wiadomość, że jest źle. Gdy potwierdzono informację o śmierci „Rico”, docierałem do mieszkania. Tymczasem w Rybniku byli lekarze chwytający się za głowy, usuwanie reklam z płyty boiska dla helikoptera ratowniczego.

Najmłodszy z klanu Rempałów trafił do szpitala z poważnymi obrażeniami głowy. Przeszedł natychmiastową operację, ale nie udało się go uratować. Jego młody organizm poddał się po paru dniach walki. To ogromna tragedia, w przypadku której nie da się powiedzieć, że czas wyleczy rany. Najbardziej przeżywa ją bez wątpienia Jacek Rempała. To on zaraził syna żużlem, to on go uczył żużlowego rzemiosła. To on był w teamie Krystiana na feralnych zawodach w Rybniku i pędził zaraz za karetką do szpitala w Jastrzębiu-Zdroju. Miejmy nadzieję, że w najbliższych dniach rodzina Rempałów zostanie otoczona profesjonalną pomocą.

Drugi dramat nadal się rozgrywa na naszych oczach. To hejt kierowany w stronę Kacpra Woryny. W mediach społecznościowych, w newsach na portalach informacyjnych – młodemu rybniczanowi obrywa się z każdej strony. Niektóre strony nie nadarzają z moderacją, więc niektóre „kwiatki” można łatwo wyłapać. Najlżejsze to takie, które wysyłają Kacpra na leczenie. W gorszych przypadkach – życzy mu się tego samego, co spotkało Krystiana.

Opamiętajmy się. Żużel to niebezpieczny sport i świadomość tego muszą mieć wszyscy. Nie tylko czterech zawodników wyjeżdżających do wyścigu, ale również kibice. Gdyby żużlowcy działali z premedytacją i celowo ranili swoich kolegów z toru, to by znaczyło, że jesteśmy nadal na etapie starożytnego Rzymu i oglądania walk niewolników z lwami. A tak nie jest. Każdy z żużlowców chce wygrać, stąd czasem dochodzi do wypadków. Ryzyka nie zminimalizujemy do zera. Dziś opłakujemy Krystiana, a za jakiś czas o brutalności tego sportu (niestety!) przypomni nam tragedia innego sportowca… Chciałbym się mylić, jednak lista żużlowców zmarłych wskutek obrażeń poniesionych na torze jest zbyt długa.

Kacper Woryna nie zasłużył na hejt, który jest kierowany w jego stronę. Ten chłopak zrobiłby wszystko, aby wydarzenia z 22 maja się nie wydarzyły. Aby Krystian nadal był z nami. Być może ten tekst nic nie zmieni i część kibiców nadal będzie pisać swoje komentarze pod adresem rybniczanina. „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów” – powiedział kiedyś Stanisław Lem. I miał cholerną rację.

Spoczywaj w pokoju, Krystian.
Trzymaj się, Kacper.

Reklamy

11246294_691212850983733_288508685_n

Grand Prix Katalonii już za nami. Sportowo nie ma co opisywać, bo pewnie większość czytających ten wpis już zna wyniki. Dla mnie to był drugi wyścig MotoGP w roli akredytowanego dziennikarza i wrażenia są niesamowite. Chociaż pod którymi względami czeskie Brno jest lepsze od Barcelony.

Na torze Catalunya spędziłem trzy dni – od piątku do niedzieli. Jako że nocleg miałem w centrum Barcelony, to dojazd na treningi, kwalifikacje i wyścigi wiązał się z wczesną pobudką i wyjściem na stację kolejową. Pociąg do Montmelo, gdzie usytuowany jest tor, jechał ok. 30 minut. Gorsze nadchodziło później – ze stacji w Montmelo trzeba było iść na tor pieszo ok. 35 minut. Dopiero w niedzielę pojawiła się komunikacja autobusowa, która dowoziła fanów. Jednak nawet wtedy wielu kibiców wybierało spokojny spacer uliczkami malutkiego Montmelo.

11328254_392481497604365_1341763835_n

Na katalońskim obiekcie byłem pierwszy raz w życiu, a to oznaczało problemy komunikacyjne. Szczególnie w piątek, kiedy to człowiek dopiero poznawał obiekt. O ile odnalezieniu centrum, gdzie odbierało się akredytacje, poszło bardzo szybko, to później… Było gorzej. Niektórzy stewardzi nie potrafili mówić po angielsku, nikt nie potrafił wskazać jak dojść do paddocku. Człowiek błądził i błądził, robił kilometry na darmo, tracąc przy tym pierwszy trening Moto3 i połowę treningu MotoGP.

W końcu się udało znaleźć wejście do paddocku i mieszczące się w nim centrum prasowe. Standardy podobne jak w Brnie – klimatyzacja, mnóstwo monitorów z livetimingiem, szybko dostarczane komunikaty prasowe, itd. Po przygodach z Czech wiedziałem, że internet w biurze prasowym jest płatny… W Brnie było to bodajże 5 euro za weekend. W Barcelonie 15 euro za dzień. Plus 5 euro za dzień za użyczenie kabla sieciowego. W efekcie za trzy dni internetu zapłaciłbym 60 euro. W tej sytuacji wolałem włączyć transmisję danych w roamingu – wyszło mnie to 50 zł za trzy dni.

11419043_1610533699230589_318453974_n

O ile w Brnie przy każdej bramie stał ochroniarz/steward, który mógł ją otworzyć np. fotografowi, aby ten wszedł na trybuny, to w Barcelonie było z tym różnie. Szczególnie w piątek, kiedy na trybunach było niewielu fanów. W efekcie człowiek napotykał zamknięte na kilka spustów bramy i musiał robić kolejne kilometry. W piątek spokojnie można było wchodzić na różne trybuny, bo nie było przy nich żadnej kontroli. Dopiero w niedzielę, gdy chciałem oglądać jeden z wyścigów ze znajomymi, byłem dokładnie sprawdzany nawet przed wejściem na sektor „trawiasty”, który był najtańszy (bilety w cenie 65 euro).

11378357_588243287984390_2042104058_n

Od piątku do niedzieli wielokrotnie przechodziłem przez paddock – ilość sprzętu, tirów i wszystkiego co związane z organizacją MotoGP, przytłacza. To pokazuje jak z dużym przedsięwzięciem mamy do czynienia. Równocześnie pokazuje jak teamy dbają o kibiców – pod motorhomem każdego z nich można dostać plakaty, zdjęcia, różnej maści gadżety. Oczywiście, są to rzeczy warte grosze przy koszcie kupna biletu na sam wyścig, ale dla wielu osób taka pamiątką wiąże się ze sporą wartością sentymentalną. Sam zamierzam brelok teamu Repsol Honda Team przyczepić lada moment do kluczyka mojej CBR-ki.

W paddocku powtórzyła się też sytuacja z Brna. Zrobiłem sobie kolejne zdjęcie z Marcem Marquezem. Po piątkowych treningach „MM93” wyszedł ze swojego motorhome’u podpisał kilka zdjęć, zapozował do kilku fotek i już miał odjeżdżać na skuterze, gdy do niego doskoczyłem. Podobno zachowałem się jak napalona nastolatka, ale trudno, pamiątka – zdjęcie i filmik z wydarzenia są. Myślałem jeszcze o polowaniu na zdjęcie albo autograf Valentino Rossiego, ale Włoch to fenomen MotoGP. O każdej porze, czy to była pora treningów, czy niedzielny wyścig, pod tirami Movistar Yamahy MotoGP był niesamowity tłok, że trudno było przejść przez paddock. Ludzie liczyli na zobaczenie Rossiego i stali tam nawet, gdy rozgrywane były treningi czy kwalifikacje MotoGP. Trochę dziwne. Przyjechać na MotoGP i połowę dnia stać pod tirem w paddocku.

11324998_1031066943585073_883664918_n

Swoją drogą, wyścig rozgrywany był w Katalonii, gdzie połowa zawodników w stawce to właściwie nie tyle Hiszpanie, co Katalończycy… a na trybunach i paddocku najwięcej fanów „Doctora”. Zresztą nawet Jorge Lorenzo został wygwizdany po wejściu na podium… najprawdopodobniej przez kibiców Rossiego.

Pozytywne wrażenia dostarczyła też niedziela. W ostatni dzień udało się znaleźć najkrótszą drogę wejściową na stadion (cenna wiedza przed Grand Prix Katalonii 2016), do tego razem z Kasią Łapczyńską zostaliśmy zaproszeni do kabiny komentatorskiej Polsatu Sport. Właśnie dzięki odnalezieniu tego skrótu, udało nam się dostać na czas do „budki”, gdzie była okazja zobaczyć z bliska jak pracują Mick Fiałkowski i Adam Badziak, którzy prosto z Barcelony komentowali wyścigi dla „słonecznej” stacji. Na miejscu podziękowaliśmy za zaproszenie, ale z tego miejsca wypada zrobić to jeszcze raz – było to świetne przeżycie.

11379759_1599886303620044_563709736_n

Kabiny komentatorskie mieściły się na trybunie głównej toru Catalunya i dzięki nim udało się znaleźć tunel podziemny, który przebiegał pod prostą startową… Okazało się, że jest to kolejny skrót, aby dostać się do biura prasowego. Gdybym to wszystko wiedział i znał już w piątek, z pewnością przebiegłbym podczas Grand Prix Katalonii mniej kilometrów. I miał kilka odcisków na stopach mniej.

Jednak nie ma co narzekać. Pod wrażeniem MotoGP, atmosfery, organizacji, hałasu, itd. jest nawet mój kuzyn, który wybrał się na wyścig i zapłacił 65 euro za wejściówkę, choć nawet nie jest wielkim fanem motocykli, a nazwiska Marquez, Lorenzo, Rossi nic mu nie mówią. Sam jestem tak naładowany energią, że wiem, iż na Barcelonie w tym roku się nie skończy.

Stay tuned.

1

Opowieść niemal ta sama co roku, ale warto ją przypominać, bo czas robi swoje i można zapomnieć o szczegółach tamtych chwil… 2 czerwca 2006 roku, ostatni dzień w życiu Łukasza Romanka. Właśnie mija dziewięć lat odkąd nie ma z nami Łukasza.

Miałem ledwie 16 lat, więc w tamtym okresie nie bywałem zbyt często na treningach RKM-u. Z mojej dzielnicy nawet dojazd na stadion w dni meczowe jest i był problemem, więc piątkowe treningi odwiedzałem bardzo rzadko. Wtedy akurat postanowiłem wybrać się na ul. Gliwicką, bo wcześniej skończyłem lekcje…

Dla RKM-u sezon 2006 był trudny. Zespół otrzymał szansę jazdy w Ekstralidze przy zielonym stoliku, mając zbudowany skład na I ligę. Rybniczanie przegrywali mecz za meczem, na stanowisku trenera Czesława Czernickiego zastąpił Mirosław Korbel. RKM szykował się do wyjazdowego meczu z Unią Leszno. O jedno wolne miejsce w składzie rywalizowali Łukasz Romanek, Roman Povazhny i Zbigniew Czerwiński. Łukasz w feralnym sezonie otrzymywał najmniej szans, ale na treningu błyszczał. Atomowe starty dawały mu przewagę nad rywalami, bo na treningu rywalizowano głównie na dystansie dwóch okrążeń.

Stało się jasne, że w ten sposób Łukasz wywalczył sobie miejsce w składzie na mecz w Lesznie. Miał startować pod numerem ósmym, bo wtedy regulamin pozwalał na wystawienie drugiego rezerwowego, który nie mógł mieć więcej niż 23 lata. Po zakończonym treningu ze stadionu dało się wyjść jedynie przez park maszyn, więc mijałem boksy Łukasza, który mył motocykle. Wtedy jeszcze nie marzyło mi się pisanie o żużlu w charakterze dziennikarza, więc nie było szans na jakąkolwiek rozmowę. Człowiek po prostu przystanął, pooglądał zawodników i poszedł do domu.

Łukasza bardzo lubiłem. Z różnych powodów – był moim imiennikiem, też uwielbiał niebieski kolor jak ja, więc zawsze podobały mi się jego niebieskie kevlary (wyjątek sezon 2004 i czarny kevlar). Byłem też na meczu ze Stalą Rzeszów, kiedy Romanek debiutował w lidze. Miał trudne zadanie, bo zastępował kontuzjowanego Rafała Szombierskiego, który wtedy powoli wyrastał na jednego z najlepszych juniorów w kraju. Łukasz otrzymał mocny motocykl i chociać na każdym łuku miotało nim miłosiernie, to przyjechał do mety na drugiej pozycji, zaraz za Mikaelem Karlssonem. Dał tym sygnał, że spod ręki Jana Grabowskiego wyrasta kolejny żużlowy talent. Potwierdził to złotym medalem Indywidualnych Mistrzostw Europy Juniorów w 2001 roku w czeskich Pardubicach.

Tyle, że jego kariera została naznaczona przez kontuzje. W 2002 roku uczestniczył w poważnym wypadku z Robertem Miśkowiakiem podczas finału MIMP w Lesznie. Doznał poważnych obrażeń głowy i część lekarzy bała się o jego życie. Tymczasem on bardzo szybko wrócił do zdrowia, powrócił do składu RKM-u, który walczył o awans do Ekstraligi. Wygrał nawet pierwszy bieg po kontuzji w meczu z ZKŻ-em Zielona Góra. Później jednak było gorzej. Na torze było widać, że Łukaszowi brakuje agresywności, że kontuzja pozostawiła ślad. Potrafił się odblokować na pojedyncze imprezy. Gdy w sezonie 2003 w Rybniku rozgrywano finał MIMP, przebywałem na wakacjach w Bułgarii. Zadzowniłem do kuzyna, by zapytać o wyniki… i nie uwierzyłem w wygraną Łukasza w tych zawodach. Dopiero po powrocie do kraju, gdy zobaczyłem zaległy numer „Tygodnika Żużlowego”, dotarło to do mnie.

Romanek kolejny medal MIMP, tym razem brązowy, zdobył w roku 2004 na torze w Pile. To był chyba najgorszy sezon w karierze Łukasza. Rybniczanie po wielu latach przerwy awansowali do Ekstraligi, ale zbudowali skromny skład i musieli walczyć o utrzymanie wśród najlepszych. Romanek, jako jeden z najlepszych juniorów w kraju, miał być ważnym ogniwem tego zespołu. Jednak jemu wyraźnie nie szło. Miał spore problemy ze zdobywaniem punktów, na pewnym etapie sezonu lepiej punktował od niego Marek Szczyrba. W efekcie coraz większe pretensje mieli do niego kibice z Rybnika – nie jest tajemnicą, że Łukaszowi kilka razy oberwało się od fanów na mieście czy też podczas powrotów z meczów wyjazdowych. Była to tylko agresja słowna, ale taka czasem wystarczy, aby dobić zawodnika.

W roku 2005 rybniczanie jeździli już ligę niżej, a Romanek dostawał szansę w meczach ze słabszymi rywalami. Gdy tylko otrzymywał szansę występu, nie zawodził. Zakończył rozgrywki z dość wysoką średnią, ale wywalczoną głównie na gorszych drużynach. Po zakończeniu tego sezonu chciał sporo zmienić w swojej karierze. Wybrał się na tournee do Australii, gdzie zdobył tamtejszy Złoty Kask. Podpisał kontrakt na starty w Elite League w Arenie Essex Hammers. On, z jego świetną techniką, z umiejętnością trzymania krawężnika, miał zawojować Wielką Brytanię. Tymczasem stało się zgoła odmiennie. Na Wyspach mu nie szło, jego występy były coraz słabsze, do tego częste loty między Polską a Wielką Brytanią nie wpływały na niego korzystnie… Aż w końcu „Młoty” wyrzuciły go z drużyny.

Piszę ten tekst po godz. 21, dziewięć lat temu o tej porze Łukasz był już w drodze do Wilczy, małej miejscowości pomiędzy Gliwicami a Rybnikiem. Tam miał swój warsztat, tam ojciec zbudował mu mały tor żużlowy, gdzie mógł pielęgnować technikę we wczesnych latach kariery. Tam, w swoim warsztacie, Łukasz postanowił odebrać swoje życie. Przegrał z presją, przegrał z tym co kochał – z żużlem. Dopiero po jego śmierci wyszło na jaw kilka faktów – że cierpiał na depresję, ale nie chciał pomocy klubu. Że oferowano mu odejście z Rybnika, do jakiegoś klubu, gdzie będzie mógł odbudować swoją karierę, gdzie z powrotem poczuje luz i radość ze startów. Nie chciał. Miał odpowiadać, że prędzej zakończy karierę niż odejdzie z macierzystego klubu.

Chociaż Łukasz odszedł od nas późnym wieczorem 2 czerwca 2006 roku, to jeszcze bardziej w pamięci pozostaną mi wydarzenia z poranka 3 czerwca. Włączenie rybnickiego forum, przeczytanie tej tragicznej wiadomości i zalanie się łzami. Pobiegnięcie z tą informacją do ojca. Nie przytoczę dokładnie jego słów z tamtego momentu, ale brzmiały one mniej więcej „kibice go zaszczuli”. I fani RKM-u chyba mieli tego świadomość. 3 czerwca pojechałem na stadion RKM-u po raz kolejny. Tym razem już nie oglądać żużlowców w akcji, ale żeby zapalić znicz na linii startu, gdzie jeszcze dzień wcześniej Łukasz tak pewnie wygrywał starty…

Znamienne jest to, że ktoś wtedy przyniósł zdjęcie Łukasza z napisem „Przepraszamy”.

Przepraszamy co roku. Spoczywaj w pokoju.

11130183_1085111074850348_2480894407831193402_n
Stało się. Po raz drugi w życiu będę akredytowany jako dziennikarz na wyścig MotoGP. Tym razem przy okazji Grand Prix Katalonii w Barcelonie, które odbędzie się 12-14 czerwca. To dobra okazja, aby wspomnieć moją pierwszą przygodę z pracą jako „media” przy MotoGP.

W zeszłym roku byłem akredytowany jako dziennikarz na wyścig o Grand Prix Czech w Brnie. Początkowo nie wierzyłem, że to się uda. W Polsce MotoGP to sport niszowy, nie mamy żadnego reprezentanta nawet w mniejszych kategoriach jak Moto2 czy Moto3. Jednak nic nie szkodziło wysłać mi maila z pytaniem czy polska redakcja otrzyma akredytację… I tak się zaczęła korespondencja, która zakończyła się sukcesem.

Czy proces akredytacyjny na zawody MotoGP jest skomplikowany? I tak, i nie. Jako osoba, która wcześniej zdobywała akredytacje właściwie tylko na zawody żużlowe, początkowo byłem trochę zaskoczony. Na kilka tygodni przed wyścigiem, na który staramy się o akredytację, portal jest sprawdzany pod kątem newsów z kategorii MotoGP. Gdy przejdzie przez tę kontrolę, otrzymuje się wnioski akredytacyjne. W nich trzeba zamieścić co najmniej pięć tekstów napisanych na temat MotoGP w ostatnim czasie. Do tego niezbędne są dane portalu z Google Analytics.

Mam to szczęście, że współpracuję z portalem SportoweFakty.pl, który jest jednym z największych w Polsce i liczba odwiedzin/odsłon wygląda imponująco. Dlatego pewnie Hiszpanie z firmy Dorna, która zarządza serią MotoGP, nie mieli obaw przed przyznaniem akredytacji. Gdybym pisał dla jakiegoś małego portaliku, to pewnie pocałowałbym klamkę zaraz na starcie. Gdy już się wypełni wniosek, zostaje załatwić potwierdzenie od Redaktora Naczelnego, że jest się pracownikiem danego portalu i można wysyłać papierek… Potem pozostaje czekać na decyzję.

Odbiór akredytacji… W Brnie zostało to rozwiązane w kiepski sposób. Wejściówki odbierało się w siedzibie urzędu miejskiego, który mieści sie z dala od toru. Dlatego przyjeżdżając do miasta, musiałem jechać najpierw po wejściówki, a dopiero potem wracać się na tor, aby oglądać piątkowe treningi.

Mając plakietkę „media” można spokojnie wejść na padok MotoGP, gdzie można przechodzić obok boksów zawodników MotoGP, Moto2 i Moto3. Przy wejściu do padoku służby zczytują kod kreskowy z wejściówki, to samo dzieje się przy wychodzeniu. Ma to przeszkodzić jakimkolwiek kombinacjom, wynoszeniu plakietek i wprowadzaniu innych osób do padoku.

Plakietka „media” pozwala wejść do centrum prasowego, gdzie znajdują się stanowiska dla komputerów oraz multum telewizorów. Jest też miejsce, gdzie na bieżąco drukowane są czasy zawodników i komunikaty prasowe, np. dotyczące stanu zdrowia zawodnika po upadku. Dlatego będąc w biurze prasowym w trakcie całego dnia, nic nam nie umknie. Na monitorach można na żywo oglądać wyścig MotoGP, mając podgląd na czasy, ujęcia z kilku kamer, itd. Minus tego rozwiązania jest taki, że centrum prasowe przeważnie zlokalizowane jest w okolicach prostej startowej. Dlatego zostaje nam oglądać rywalizację tylko w telewizorach, nie słyszymy charakterystycznego ryku motocykli i jak dla mnie było to takie lizanie lodów przez szybę. W efekcie przez cały weekend w Brnie szukałem „swojego” miejsca. Treningi oglądałem na jednym zakręcie, kwalifikacje z biura prasowego, wyścig znowu innego miejsca. Nie wiem jak to będzie rozwiązane w Barcelonie, ale też wolałbym usiąść gdzieś na zakręcie i widzieć zawodników na torze, a nie przez szybę budynku biura prasowego.

Na tym właśnie polega największa różnica pomiędzy akredytacją „media” a „foto” podczas MotoGP. Fotografowie mogą dojść aż do bandy okalającej tor, więc zawodników mają na wyciągnięcie ręki. Jednym słowem – jeszcze większe przeżycia, jeszcze większe emocje. Aby ułatwić pracę fotografom, w Brnie pomiędzy zakrętami jeżdżą specjalne busy, do których może wejść każdy z fotografów i w ten sposób łatwo może przemieścić się na inny zakręt i mieć inne ujęcia z toru. Jeśli ktoś woli spacer, może sobie spacerować wokół bandy.

10557185_922607744434016_3990474967474571369_n

Po wyścigu najlepsza trójka zawodników udaje się na konferencję prasową. Ponadto zawodnicy są dostępni dla mediów o wyznaczonych porach w swoich motorhome’ach. W Brnie nie miałem okazji sprawdzić jak to wygląda, czy dużo dziennikarzy udaje się na takie prywatne pogawędki, czy łatwo się dostać do zawodnika, bo spieszyłem się w drogę powrotną do Polski. Na pewno najwięcej luzu na padoku można zauważyć po piątkowych treningach. Sam wtedy dorwałem Marca Marqueza i zrobiłem sobie z nim pamiątkowe selfie, Valentino Rossi przez dobre pół godziny rozdawał autografy. Oczywiście, zdarzają się też tacy zawodnicy, którzy od razu spod prysznica uciekną kibicom. Tak w Brnie zrobiłby chociaż Jorge Lorenzo. Pod boksem Hiszpana było mnóstwo kibiców, ale ten wsiadł na skuter, nie podpisał ani jednego autografu i uciekł z padoku.

Czy w Barcelonie to wszystko będzie wyglądać podobnie jak w Brnie? Wydaje mi się, że tak. Firma Dorna raczej wypracowała pewne standardy podczas organizacji wyścigów MotoGP i gorzej nie będzie. Dla mnie pobyt na torze Catalunya będzie realizacją marzeń połączoną z wakacjami… Lepiej chyba być nie może.

ASD

Już w maju 2014 roku pisałem na tym blogu, że powoli mam dość żużla. Żużla, w którym ciągle słyszę o sytuacjach, które są dalekie od normalności. A to kluby upadają, a to zawodnicy zostają oszukani na grube miliony, a to znowu jakaś wojna o tłumiki, a to zawodnik czeka pół roku na ogłoszenie decyzji w sprawie jego kary… I tak sobie powoli myślę, że życzę temu żużlowi upadku.

Jako osoba pochodząca z Rybnika, gdzie żużel był i jest sportem numer jeden (nie zmienią tego żadne hasła w stylu „ROW to tylko piłka), zacząłem chodzić na mecze w towarzystwie ojca w latach 90. XX wieku. Jakieś pierwsze programy-pamiątki kojarzę z 1996-1997 roku. Pierwszą konkretną akcję, którą pamiętam to wypadek Adama Pawliczka z Olegiem Kurguskinem w trakcie meczu RKM Rybnik – Iskra Ostrów w sezonie 2000. I tak moja miłość do żużla rosła, a gdy się trochę znudziła, to postanowiłem rozpocząć przygodę z portalami informacyjnymi, co dało mi nowego kopa, zobaczyłem ten sport od środka i działałem dalej.

Tyle, że powoli te siły się kończą. Wszystko wskazuje na to, że w sezonie 2015 nadal będę działać dziennikarsko na stadionach we Wrocławiu i przy pojedynczych okazjach także w Rybniku. Jednak przestałem traktować żużel jako główną pasję mojego życia. Ciągle przepychanki działaczy, licytowanie się o zawodników, kluby winne żużlowcom mnóstwo pieniędzy. Nie ma roku, by w tym naszym środowisku nie było jakieś afery. A to ktoś uciekł z finału ligi, a to dziwna wojna o tłumiki, a to walka pomiędzy SEC a SGP, a to dwa kluby upadły z powodu milionowych długów i teraz są zdziwione, że nie mogą dalej startować w lidze. Przykładów można wyliczać w nieskończoność. Niestety. To wszystko negatywnie wpływa na wizerunek tej dyscypliny sportu.

Im bardziej jestem obrzydzony żużlem, tym bardziej wkręcam się w środowisko MotoGP. Tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z posiadaniem przeze mnie motocykla i zrobieniem prawa jazdy kat. A. Wkręcam się jako kibic i jako dziennikarz. W takim MotoGP nie mamy zaściankowych afer, nikt nie patrzy jak dołożyć w niesportowy sposób drugiemu rywalowi z toru. MotoGP obecnie jest popularne na cały świat i nie może sobie pozwolić na negatywny PR. Jakoś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że w trakcie wyścigu decydującego o mistrzostwie świata nagle na torze w Katarze (odbywa się nocą, przy sztucznym świetle) wyłączają się żarówki. Ale już w takim Ostrowie Wielkopolskim nie mieli problemów z wyłączeniem lamp, gdy drużyna biła się o awans do wyższej ligi… Mecz przełożono, trochę pokrzyczano w mediach na klub, ale po trupach do celu… W powtórzonym meczu awans osiągnięto, tematu nie ma.

Kiedyś myślałem, że żużel będzie zaściankowym sportem, póki nie wypleni się z niego pewnej generacji działaczy. Tyle, że w klubach pojawiają się nowi ludzie, a koniec końców wygląda to niemal tak samo… Dlatego już nie mam nadziei. Nie wierzę, że BSI zrobi ze Speedway Grand Prix cykl na miarę Formuły 1 albo omawianego MotoGP. Nadal będziemy się kisić po Europie, jak polskie miasta się przelicytują, to nad Wisłą brytyjscy promotorzy zorganizują nam nawet pięć turniejów SGP w ciągu roku.

Osobiście żałuję jedynie, że w Polsce nie istnieje temat dirt-tracku, bo to jest dyscyplina niezwykle podobna do speedwaya. Uwielbia ją chociażby Marc Marquez, dwukrotny mistrz świata MotoGP. Gdy przed rokiem robiłem z nim wywiad dla portalu SportoweFakty.pl, to porównywaliśmy żużel z dirt-trackiem. Też można jechać w lewo, nawierzchnie torów mogą zawierać więcej piasku/ziemi, więc są tańsze w przygotowaniu. I najważniejsze – różnice sprzętowe. W żużlu, po upadku motocykli Jawa, mamy tak naprawdę jedynie silniki GM, które trzeba poddawać ciągłym remontom u tunerów, którzy kasują za to niemałe pieniądze. A w dirt-tracku… Seryjny motocykl crossowy, produkcji Yamahy, Hondy czy Suzuki, napędzany normalną benzyną. Odpadają wysokie koszty eksploatacji, dzięki czemu uprawianie takiego sportu staje się bardziej przystępne dla mniej zamożnych nacji jak Polacy.

Dlatego tak po cichu liczę, że w końcu kiedyś ten żużel upadnie. A potem odrodzi się, ale już w trochę innej formie.

A gdybyście chcieli widzieć jak wygląda dirt-track… Oto kilka fotek. W akcji zawodnicy z MotoGP – Nicky Hayden, Marc Marquez i Valentino Rossi.

10919104_794426217277102_84345099_n 10899032_380167812150959_416991067_n 10852993_809735379072938_1008125680_n 10831827_767102133368863_259657831_n 10818044_1484478095146375_2114941549_n 10691878_567578233347832_1608586015_n 10683965_720037118045461_2105316346_n 10932532_1597185740501666_496647648_n 11007970_725981540856634_1750104659_n 4 10507866_1446697002251118_1986702005_n 10535091_1561495850733079_286766702_n 10632507_369665209853330_742389212_n

14420863697_ceeb7b51b1_o

Grudzień. Kończy się rok, więc jest to doskonała pora na podsumowania ostatnich dwunastu miesięcy naszego życia. Do tego atmosfera nadchodzącego Bożego Narodzenia sprawia, że wszyscy jesteśmy tacy mili i uprzejmi. Błąd. Nie jesteśmy.

Zdecydowana większość Polaków deklaruje, że jest wierząca. Gorzej z tym praktykowaniem – chyba tylko w naszym kraju mógł się narodzić zlepek słów „wierzący, niepraktykujący”. To jak z byciem w ciąży – albo się w niej jest, albo nie jest. Wystarczy wejść do internetu, by zobaczyć mnóstwo agresji, frustracji i wylewanej żółci, co mocno kłóci się z chrześcijańskim podejściem do świata. Bardzo dobitnie widać to na przykładzie sportu. My, jako Polacy, nie potrafimy docenić sukcesów. Zawsze znajdzie się jakieś ale, jakiś sprzeciw dyskredytujący osiągnięcie sportowca czy drużyny. Bo przecież byłoby za prosto.

Mam takie odczucia przy okazji każdego występu Roberta Kubicy. Genialny facet, który przebił się do świata F1 jako jedyny Polak, którego kariera została przerwana przez wypadek. Niemal stracił w nim prawą dłoń, mocno uszkodził nogę i tak naprawdę jest w pewnym stopniu inwalidą, skoro w niektórych wywiadach podkreśla, że pewne czynności (zjedzenie śniadania) musiał nauczyć się robić lewą ręką. W takiej sytuacji Robert mógł sobie odpuścić sporty motorowe. W naszym kraju łatwo zostać celebrytą, więc pewnie telewizje chętnie by go zapraszały do porannych rozmów o kawie, za promowanie jakichś marek wpadłaby jakaś gotówka i można byłoby dalej żyć.

Robert, jako osoba uzależniona od adrenaliny, wybrał inną ścieżkę – starty w rajdach samochodowych. Z powodu ograniczonej ruchomości prawej ręki, w samochodzie Roberta zamontowane widełki do zmiany biegów zamiast tradycyjnego drążka. Poza tym, to już chyba pozostałość po rywalizacji w F1, Robert zawsze jedzie na limicie. On w rajdach nie startuje po to, by zajmować miejsca w środku stawki. Celuje w czołowe lokaty, co w tym roku, przy niskim doświadczeniu, często kończyło się wypadkami.

Efekt jest taki, że niektóre media wręcz czekały na kolejne występy Kubicy, by móc walnąć czerwony nagłówek z napisem „wypadek Kubicy”. Bo taki news od razu zyskuje kliknięcia, a kliknięcia to zarobione złotówki. Bo pod taką informacją już trwa festiwal komentarzy na temat kierowcy. Można sobie pojeździć po Robercie, bo to jest w modzie. Osobny temat to umiejętności prowadzenia samochodu przez samych komentujących… Większość pewnie zaliczyłaby efektowniejsze wywrotki niż Kubica już na pierwszym zakręcie rajdu. Problem pojawia się, gdy Kubica wygrywa. Wtedy hejterzy nieśmiało muszą się usunąć w cień – tak było chociażby przy okazji ostatnich triumfów w Monza Rally Show i Trofeo Bettega. Jednak i wtedy znajdą się tacy, którzy napiszą „a to tym razem się nie rozwalił?”, „w kolejnym wyścigu pewnie znowu wyleci z trasy”, itd.

Granice tego naszego hejtu sięgają też poza Polskę. Real Madryt, który jest bliski mojemu sercu, notuje właśnie rekordową liczbę wygranych z rzędu. Na ten moment licznik stanął na 21. Już teraz „Królewscy” są pod tym względem najlepszą ekipą w historii hiszpańskiej piłki. Wyrównanie światowego rekordu też blisko – 22 wygrane z rzędu. Część dziennikarzy zachwyca się grą zespołu z Madrytu, który średnio w tym sezonie strzela rywalom 3,5 gola na mecz. Zauważyłem jednak, że nie każdemu to pasuje. „Z kim ten Real w tych meczach grał?” – zostałem ostatnio zapytany na Twitterze. Wniosek prosty – Madryt pokonał samych „ogórków” i tak naprawdę nie ma się z czego cieszyć. Czy słuszny?

Na świetną serię Realu składają się m. in. mecze ligowe z Barceloną, Athletikiem Bilbao, Malagą i dwumecze w Lidze Mistrzów z Liverpoolem czy Bazyleą. Malaga niedawno grała w 1/8 Ligi Mistrzów, Athletic grał w Lidze Mistrzów w tym roku – trudno nazywać te zespoły „cieniasami”. Oczywiście, w trakcie swojej serii Real miewał też spotkania z zespołami dużo słabszymi jak Eibar, Almeria czy Cornelia. Z drugiej strony, tak już jest w każdej lidze – raz grasz z mocniejszym zespołem, raz ze słabszym. Równie dobrze można by nazywać „ogórkami” i dyskredytować kolejne osiągnięcia Bayernu w Bundeslidze czy Chelsea w Premiership. Oba zespoły grają w tym sezonie świetną piłkę, a jednak nie mogą się pochwalić tak dobrą passą jak „Królewscy”. Może jednak osiągnięcie Realu to jest wyczyn?
Jeśli nie, to prędko jakaś inna drużyna powinna pobić ten rekord. Nie wydaje mi się jednak, by do tego doszło lada moment. Dlatego apel do tych wszystkich krzykaczy i hejterów – czasem lepiej wyjść na spacer i przewietrzyć myśli, niż wystukać anonimowo kilka zdań na klawiaturze. Bo skrytykować łatwo, docenić trudno.

5810069243_d0da14df2e_bStało się. Od kilku dni wszyscy wiemy, że Hiszpanie nie obronią tytułu mistrzów świata w piłce nożnej. Ekipa prowadzona przez Vicente del Bosque przegrała z Holandią i Chile, a w meczu z Australią przyjdzie im wcielić się w rolę Polaków i zagrają jedynie o honor. Wszystkim, którym klęska „La Furia Roja” przyniosła sporo radości, proszę o zachowanie ciszy nad tą trumną.

Przesłanek sugerujących klęskę Hiszpanii w Brazylii było kilka. Po pierwsze – zmęczenie stylu zwanego „tiki-taką”. FC Barcelona, której gracze stanowią sile o hiszpańskiej drużyny, już od dwóch sezonów bezproduktywnie podaje piłkę, w rozgrywanych spotkaniach ma wysoki procent posiadania piłki, ale nie przekłada się to na sukcesy. Ruchy piłkarzy są wolniejsze, brak tak mocnego pressingu jak niegdyś, wszystko jest bardziej przewidywalne. Po drugie – wypalenie pewnej grupy piłkarzy, która wygrała wszystko. Gracze Barcelony czy Realu Madryt mają na swoim koncie mistrzostwa Europy, mistrzostwo świata, Ligę Mistrzów. A chyba nikomu nie trzeba mówić jak ważna jest motywacja w sporcie… Po trzecie – koniec pewnego cyklu. Francuzi wygrywali mistrzostwo świata w 1998 roku, a następnie mistrzostwo Europy w roku 2000, by na Mundialu w Korei Płd. i Japonii nie wyjść z grupy. Włosi zdobyli tytuł najlepszej drużyny świata w roku 2006, a cztery lata później w RPA nie wyszli z grupy. Historię Hiszpanii też już znamy…

Czy można było tego uniknąć? Pewnie tak. Wystarczyłoby wprowadzić trochę świeżej krwi, bo przecież Hiszpanie mają z kogo wybierać. Dość powiedzieć, że Hiszpanie wygrywali mistrzostwa Europy do lat 21 w latach 2011 i 2013. W zdobyciu tego ostatniego tytułu pomagali m. in. piłkarze Realu Madryt – Alvaro Morata, Isco, Dani Carvajal, Asier Illaramendi; Bayernu Monachium – Thiago Alcantara; Atletico Madryt – Koke; Manchesteru United – David de Gea. Kto z tego grona pojawił się na Mundialu w Brazylii? De Gea jako rezerwowy bramkarz, Koke jako rezerwowy pomocnik. Pewnie byłby też Alcantara, ale jemu w wyjeździe do Brazylii przeszkodziła kontuzja kolana. Znamienne jest, że jeszcze przed Munialem del Bosque powtarzał, że w swojej obecnej kadrze widzi tylko jednego zawodnika, który jest głodny sukcesów. I jest to Koke. Hiszpan ma za sobą świetny sezon, zdobył z „Atleti” mistrzostwo kraju, awansował do finału Ligi Mistrzów… i niewykluczone, że latem będzie autorem głośnego transferu do któregoś z dużych klubów Europy.

Tyle, że trener del Bosque nie lubi zmian. Przejął reprezentację po zwycięskim Euro 2008 i od tego momentu dokonywał tylko delikatnych zmian, które były wymuszane przez życie, jak chociażby rezygnacja z nękanego kontuzjami Carlesa Puyola. W efekcie do Brazylii polecieli m. in. Fernando Torres, choć od kilku lat jest bez formy i daleko mu do piłkarza, który zachwycał w barwach Liverpoolu. Poleciał równie mocno wypalony David Villa, który w końcówkach meczu Atletico w tym roku oddychał rękawami i myślami jest już na sportowej emeryturze, o czym najlepiej świadczy fakt, że właśnie podpisał kontrakt z klubem amerykańskiej MLS. A skoro liga w USA startuje dopiero w 2015 roku, to piłkarską jesień Villa spędzi w Australii… Del Bosque nie pozwolił nawet zrezygnować z kadry Xaviemu. As Barcelony już po Euro 2012 chciał zakończyć przygodę z „La Furia Roja”, ale szkoleniowiec Hiszpanów prosił go o zmianę decyzji. Prosił, choć Xavi nie był już graczem tak dobrym, stracił szybkość i ruchliwość na boisku.

Czy za te błędy, bo trudno to inaczej nazwać, del Bosque powinien zapłacić posadą? Nie wiem. Spodobała mi się teza forsowana przez felietonistę Sport.pl Rafała Steca, że skoro ta generacja Hiszpanów wygrała wszystko, to miała prawo razem przegrać i zakończyć złoty okres w historii. Teraz zmiany jednak będą nieuniknione i nawet jeśli nie podejmie ich del Bosque, to zrobią to za niego piłkarze. Według tygodnika „Marca”, decyzję o rezygnacji z gry w kadrze podjął już Xabi Alonso. Pomocnik Realu Madryt jako jedyny trafnie ocenił postawę Hiszpanów w Brazylii. – Nie zachowaliśmy tego głodu, tej ambicji… Nie byliśmy przygotowani psychicznie, fizycznie było tak samo – powiedział po spotkaniu z Chile, a te słowa wywołały burzę w szatni Hiszpanów. Nie zgodzili się z nimi m. in. Andres Iniesta i Diego Costa. Panowie, gdyby Alonso nie miał racji, to Hiszpania właśnie nie pakowałaby się do domu…

Kogo jeszcze obejmą zmiany? Na pewno Xaviego, który odchodzi z Barcelony i wraz z nowym sezonem przenosi się do ligi katarskiej na sportową emeryturę. Być może trzeba byłoby też odsunąć na dalszy plan Iniestę, jako pozostałość po stylu „tiki-taki”. W kolejce do gry czekają przecież Juan Mata, wspomniany wcześniej Thiago Alcantara, Koke, Jese. Nie można też skreślać Cesca Fabregasa, który tak naprawdę nigdy nie dostał prawdziwej szansy w kadrze. Przynajmniej do gry na swojej pozycji. Ciekawy jest też przypadek Ikea Casillasa – bramkarz Realu Madryt nie popisał się w obu mundialowych meczach, ale ma „dopiero” 33 lata. Jak na bramkarza, ma przed sobą jeszcze kilka lat grania. Dlatego nie mam wątpliwości, że jeśli „Święty” odnajdzie formę i odzyska miejsce w Realu Madryt, to dalej będzie bronić hiszpańskiej bramki. Gerard Pique i Sergio Ramos nie popisali się w Brazylii, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że ta dwójka będzie stanowić parę środkowych obrońców w meczach eliminacji do Euro 2016. Podobnie na lewym boku obrony będzie z Jordim Albą, a na prawej flance swoją szansę powinien otrzymać Carvajal. W roli defensywnego pomocnika nie trzeba wystawiać Sergio Busquetsa, skoro jest Javi Martinez z Bayernu Monachium.

Dlatego nie mam wątpliwości, że hiszpańska kadra ma przed sobą przyszłość. A ostatnie głosy radości po porażkach Hiszpanii pokazują jedno – jak duży sukces odniosła ta reprezentacja. Hejterzy powinni jednak pamiętać, że każdy „hejt” jest pierwszą cegiełką pod budowę nowego sukcesu.