Archive for the ‘MotoGP’ Category

11246294_691212850983733_288508685_n

Grand Prix Katalonii już za nami. Sportowo nie ma co opisywać, bo pewnie większość czytających ten wpis już zna wyniki. Dla mnie to był drugi wyścig MotoGP w roli akredytowanego dziennikarza i wrażenia są niesamowite. Chociaż pod którymi względami czeskie Brno jest lepsze od Barcelony.

Na torze Catalunya spędziłem trzy dni – od piątku do niedzieli. Jako że nocleg miałem w centrum Barcelony, to dojazd na treningi, kwalifikacje i wyścigi wiązał się z wczesną pobudką i wyjściem na stację kolejową. Pociąg do Montmelo, gdzie usytuowany jest tor, jechał ok. 30 minut. Gorsze nadchodziło później – ze stacji w Montmelo trzeba było iść na tor pieszo ok. 35 minut. Dopiero w niedzielę pojawiła się komunikacja autobusowa, która dowoziła fanów. Jednak nawet wtedy wielu kibiców wybierało spokojny spacer uliczkami malutkiego Montmelo.

11328254_392481497604365_1341763835_n

Na katalońskim obiekcie byłem pierwszy raz w życiu, a to oznaczało problemy komunikacyjne. Szczególnie w piątek, kiedy to człowiek dopiero poznawał obiekt. O ile odnalezieniu centrum, gdzie odbierało się akredytacje, poszło bardzo szybko, to później… Było gorzej. Niektórzy stewardzi nie potrafili mówić po angielsku, nikt nie potrafił wskazać jak dojść do paddocku. Człowiek błądził i błądził, robił kilometry na darmo, tracąc przy tym pierwszy trening Moto3 i połowę treningu MotoGP.

W końcu się udało znaleźć wejście do paddocku i mieszczące się w nim centrum prasowe. Standardy podobne jak w Brnie – klimatyzacja, mnóstwo monitorów z livetimingiem, szybko dostarczane komunikaty prasowe, itd. Po przygodach z Czech wiedziałem, że internet w biurze prasowym jest płatny… W Brnie było to bodajże 5 euro za weekend. W Barcelonie 15 euro za dzień. Plus 5 euro za dzień za użyczenie kabla sieciowego. W efekcie za trzy dni internetu zapłaciłbym 60 euro. W tej sytuacji wolałem włączyć transmisję danych w roamingu – wyszło mnie to 50 zł za trzy dni.

11419043_1610533699230589_318453974_n

O ile w Brnie przy każdej bramie stał ochroniarz/steward, który mógł ją otworzyć np. fotografowi, aby ten wszedł na trybuny, to w Barcelonie było z tym różnie. Szczególnie w piątek, kiedy na trybunach było niewielu fanów. W efekcie człowiek napotykał zamknięte na kilka spustów bramy i musiał robić kolejne kilometry. W piątek spokojnie można było wchodzić na różne trybuny, bo nie było przy nich żadnej kontroli. Dopiero w niedzielę, gdy chciałem oglądać jeden z wyścigów ze znajomymi, byłem dokładnie sprawdzany nawet przed wejściem na sektor „trawiasty”, który był najtańszy (bilety w cenie 65 euro).

11378357_588243287984390_2042104058_n

Od piątku do niedzieli wielokrotnie przechodziłem przez paddock – ilość sprzętu, tirów i wszystkiego co związane z organizacją MotoGP, przytłacza. To pokazuje jak z dużym przedsięwzięciem mamy do czynienia. Równocześnie pokazuje jak teamy dbają o kibiców – pod motorhomem każdego z nich można dostać plakaty, zdjęcia, różnej maści gadżety. Oczywiście, są to rzeczy warte grosze przy koszcie kupna biletu na sam wyścig, ale dla wielu osób taka pamiątką wiąże się ze sporą wartością sentymentalną. Sam zamierzam brelok teamu Repsol Honda Team przyczepić lada moment do kluczyka mojej CBR-ki.

W paddocku powtórzyła się też sytuacja z Brna. Zrobiłem sobie kolejne zdjęcie z Marcem Marquezem. Po piątkowych treningach „MM93” wyszedł ze swojego motorhome’u podpisał kilka zdjęć, zapozował do kilku fotek i już miał odjeżdżać na skuterze, gdy do niego doskoczyłem. Podobno zachowałem się jak napalona nastolatka, ale trudno, pamiątka – zdjęcie i filmik z wydarzenia są. Myślałem jeszcze o polowaniu na zdjęcie albo autograf Valentino Rossiego, ale Włoch to fenomen MotoGP. O każdej porze, czy to była pora treningów, czy niedzielny wyścig, pod tirami Movistar Yamahy MotoGP był niesamowity tłok, że trudno było przejść przez paddock. Ludzie liczyli na zobaczenie Rossiego i stali tam nawet, gdy rozgrywane były treningi czy kwalifikacje MotoGP. Trochę dziwne. Przyjechać na MotoGP i połowę dnia stać pod tirem w paddocku.

11324998_1031066943585073_883664918_n

Swoją drogą, wyścig rozgrywany był w Katalonii, gdzie połowa zawodników w stawce to właściwie nie tyle Hiszpanie, co Katalończycy… a na trybunach i paddocku najwięcej fanów „Doctora”. Zresztą nawet Jorge Lorenzo został wygwizdany po wejściu na podium… najprawdopodobniej przez kibiców Rossiego.

Pozytywne wrażenia dostarczyła też niedziela. W ostatni dzień udało się znaleźć najkrótszą drogę wejściową na stadion (cenna wiedza przed Grand Prix Katalonii 2016), do tego razem z Kasią Łapczyńską zostaliśmy zaproszeni do kabiny komentatorskiej Polsatu Sport. Właśnie dzięki odnalezieniu tego skrótu, udało nam się dostać na czas do „budki”, gdzie była okazja zobaczyć z bliska jak pracują Mick Fiałkowski i Adam Badziak, którzy prosto z Barcelony komentowali wyścigi dla „słonecznej” stacji. Na miejscu podziękowaliśmy za zaproszenie, ale z tego miejsca wypada zrobić to jeszcze raz – było to świetne przeżycie.

11379759_1599886303620044_563709736_n

Kabiny komentatorskie mieściły się na trybunie głównej toru Catalunya i dzięki nim udało się znaleźć tunel podziemny, który przebiegał pod prostą startową… Okazało się, że jest to kolejny skrót, aby dostać się do biura prasowego. Gdybym to wszystko wiedział i znał już w piątek, z pewnością przebiegłbym podczas Grand Prix Katalonii mniej kilometrów. I miał kilka odcisków na stopach mniej.

Jednak nie ma co narzekać. Pod wrażeniem MotoGP, atmosfery, organizacji, hałasu, itd. jest nawet mój kuzyn, który wybrał się na wyścig i zapłacił 65 euro za wejściówkę, choć nawet nie jest wielkim fanem motocykli, a nazwiska Marquez, Lorenzo, Rossi nic mu nie mówią. Sam jestem tak naładowany energią, że wiem, iż na Barcelonie w tym roku się nie skończy.

Stay tuned.

Reklamy

11130183_1085111074850348_2480894407831193402_n
Stało się. Po raz drugi w życiu będę akredytowany jako dziennikarz na wyścig MotoGP. Tym razem przy okazji Grand Prix Katalonii w Barcelonie, które odbędzie się 12-14 czerwca. To dobra okazja, aby wspomnieć moją pierwszą przygodę z pracą jako „media” przy MotoGP.

W zeszłym roku byłem akredytowany jako dziennikarz na wyścig o Grand Prix Czech w Brnie. Początkowo nie wierzyłem, że to się uda. W Polsce MotoGP to sport niszowy, nie mamy żadnego reprezentanta nawet w mniejszych kategoriach jak Moto2 czy Moto3. Jednak nic nie szkodziło wysłać mi maila z pytaniem czy polska redakcja otrzyma akredytację… I tak się zaczęła korespondencja, która zakończyła się sukcesem.

Czy proces akredytacyjny na zawody MotoGP jest skomplikowany? I tak, i nie. Jako osoba, która wcześniej zdobywała akredytacje właściwie tylko na zawody żużlowe, początkowo byłem trochę zaskoczony. Na kilka tygodni przed wyścigiem, na który staramy się o akredytację, portal jest sprawdzany pod kątem newsów z kategorii MotoGP. Gdy przejdzie przez tę kontrolę, otrzymuje się wnioski akredytacyjne. W nich trzeba zamieścić co najmniej pięć tekstów napisanych na temat MotoGP w ostatnim czasie. Do tego niezbędne są dane portalu z Google Analytics.

Mam to szczęście, że współpracuję z portalem SportoweFakty.pl, który jest jednym z największych w Polsce i liczba odwiedzin/odsłon wygląda imponująco. Dlatego pewnie Hiszpanie z firmy Dorna, która zarządza serią MotoGP, nie mieli obaw przed przyznaniem akredytacji. Gdybym pisał dla jakiegoś małego portaliku, to pewnie pocałowałbym klamkę zaraz na starcie. Gdy już się wypełni wniosek, zostaje załatwić potwierdzenie od Redaktora Naczelnego, że jest się pracownikiem danego portalu i można wysyłać papierek… Potem pozostaje czekać na decyzję.

Odbiór akredytacji… W Brnie zostało to rozwiązane w kiepski sposób. Wejściówki odbierało się w siedzibie urzędu miejskiego, który mieści sie z dala od toru. Dlatego przyjeżdżając do miasta, musiałem jechać najpierw po wejściówki, a dopiero potem wracać się na tor, aby oglądać piątkowe treningi.

Mając plakietkę „media” można spokojnie wejść na padok MotoGP, gdzie można przechodzić obok boksów zawodników MotoGP, Moto2 i Moto3. Przy wejściu do padoku służby zczytują kod kreskowy z wejściówki, to samo dzieje się przy wychodzeniu. Ma to przeszkodzić jakimkolwiek kombinacjom, wynoszeniu plakietek i wprowadzaniu innych osób do padoku.

Plakietka „media” pozwala wejść do centrum prasowego, gdzie znajdują się stanowiska dla komputerów oraz multum telewizorów. Jest też miejsce, gdzie na bieżąco drukowane są czasy zawodników i komunikaty prasowe, np. dotyczące stanu zdrowia zawodnika po upadku. Dlatego będąc w biurze prasowym w trakcie całego dnia, nic nam nie umknie. Na monitorach można na żywo oglądać wyścig MotoGP, mając podgląd na czasy, ujęcia z kilku kamer, itd. Minus tego rozwiązania jest taki, że centrum prasowe przeważnie zlokalizowane jest w okolicach prostej startowej. Dlatego zostaje nam oglądać rywalizację tylko w telewizorach, nie słyszymy charakterystycznego ryku motocykli i jak dla mnie było to takie lizanie lodów przez szybę. W efekcie przez cały weekend w Brnie szukałem „swojego” miejsca. Treningi oglądałem na jednym zakręcie, kwalifikacje z biura prasowego, wyścig znowu innego miejsca. Nie wiem jak to będzie rozwiązane w Barcelonie, ale też wolałbym usiąść gdzieś na zakręcie i widzieć zawodników na torze, a nie przez szybę budynku biura prasowego.

Na tym właśnie polega największa różnica pomiędzy akredytacją „media” a „foto” podczas MotoGP. Fotografowie mogą dojść aż do bandy okalającej tor, więc zawodników mają na wyciągnięcie ręki. Jednym słowem – jeszcze większe przeżycia, jeszcze większe emocje. Aby ułatwić pracę fotografom, w Brnie pomiędzy zakrętami jeżdżą specjalne busy, do których może wejść każdy z fotografów i w ten sposób łatwo może przemieścić się na inny zakręt i mieć inne ujęcia z toru. Jeśli ktoś woli spacer, może sobie spacerować wokół bandy.

10557185_922607744434016_3990474967474571369_n

Po wyścigu najlepsza trójka zawodników udaje się na konferencję prasową. Ponadto zawodnicy są dostępni dla mediów o wyznaczonych porach w swoich motorhome’ach. W Brnie nie miałem okazji sprawdzić jak to wygląda, czy dużo dziennikarzy udaje się na takie prywatne pogawędki, czy łatwo się dostać do zawodnika, bo spieszyłem się w drogę powrotną do Polski. Na pewno najwięcej luzu na padoku można zauważyć po piątkowych treningach. Sam wtedy dorwałem Marca Marqueza i zrobiłem sobie z nim pamiątkowe selfie, Valentino Rossi przez dobre pół godziny rozdawał autografy. Oczywiście, zdarzają się też tacy zawodnicy, którzy od razu spod prysznica uciekną kibicom. Tak w Brnie zrobiłby chociaż Jorge Lorenzo. Pod boksem Hiszpana było mnóstwo kibiców, ale ten wsiadł na skuter, nie podpisał ani jednego autografu i uciekł z padoku.

Czy w Barcelonie to wszystko będzie wyglądać podobnie jak w Brnie? Wydaje mi się, że tak. Firma Dorna raczej wypracowała pewne standardy podczas organizacji wyścigów MotoGP i gorzej nie będzie. Dla mnie pobyt na torze Catalunya będzie realizacją marzeń połączoną z wakacjami… Lepiej chyba być nie może.

ASD

Już w maju 2014 roku pisałem na tym blogu, że powoli mam dość żużla. Żużla, w którym ciągle słyszę o sytuacjach, które są dalekie od normalności. A to kluby upadają, a to zawodnicy zostają oszukani na grube miliony, a to znowu jakaś wojna o tłumiki, a to zawodnik czeka pół roku na ogłoszenie decyzji w sprawie jego kary… I tak sobie powoli myślę, że życzę temu żużlowi upadku.

Jako osoba pochodząca z Rybnika, gdzie żużel był i jest sportem numer jeden (nie zmienią tego żadne hasła w stylu „ROW to tylko piłka), zacząłem chodzić na mecze w towarzystwie ojca w latach 90. XX wieku. Jakieś pierwsze programy-pamiątki kojarzę z 1996-1997 roku. Pierwszą konkretną akcję, którą pamiętam to wypadek Adama Pawliczka z Olegiem Kurguskinem w trakcie meczu RKM Rybnik – Iskra Ostrów w sezonie 2000. I tak moja miłość do żużla rosła, a gdy się trochę znudziła, to postanowiłem rozpocząć przygodę z portalami informacyjnymi, co dało mi nowego kopa, zobaczyłem ten sport od środka i działałem dalej.

Tyle, że powoli te siły się kończą. Wszystko wskazuje na to, że w sezonie 2015 nadal będę działać dziennikarsko na stadionach we Wrocławiu i przy pojedynczych okazjach także w Rybniku. Jednak przestałem traktować żużel jako główną pasję mojego życia. Ciągle przepychanki działaczy, licytowanie się o zawodników, kluby winne żużlowcom mnóstwo pieniędzy. Nie ma roku, by w tym naszym środowisku nie było jakieś afery. A to ktoś uciekł z finału ligi, a to dziwna wojna o tłumiki, a to walka pomiędzy SEC a SGP, a to dwa kluby upadły z powodu milionowych długów i teraz są zdziwione, że nie mogą dalej startować w lidze. Przykładów można wyliczać w nieskończoność. Niestety. To wszystko negatywnie wpływa na wizerunek tej dyscypliny sportu.

Im bardziej jestem obrzydzony żużlem, tym bardziej wkręcam się w środowisko MotoGP. Tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z posiadaniem przeze mnie motocykla i zrobieniem prawa jazdy kat. A. Wkręcam się jako kibic i jako dziennikarz. W takim MotoGP nie mamy zaściankowych afer, nikt nie patrzy jak dołożyć w niesportowy sposób drugiemu rywalowi z toru. MotoGP obecnie jest popularne na cały świat i nie może sobie pozwolić na negatywny PR. Jakoś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że w trakcie wyścigu decydującego o mistrzostwie świata nagle na torze w Katarze (odbywa się nocą, przy sztucznym świetle) wyłączają się żarówki. Ale już w takim Ostrowie Wielkopolskim nie mieli problemów z wyłączeniem lamp, gdy drużyna biła się o awans do wyższej ligi… Mecz przełożono, trochę pokrzyczano w mediach na klub, ale po trupach do celu… W powtórzonym meczu awans osiągnięto, tematu nie ma.

Kiedyś myślałem, że żużel będzie zaściankowym sportem, póki nie wypleni się z niego pewnej generacji działaczy. Tyle, że w klubach pojawiają się nowi ludzie, a koniec końców wygląda to niemal tak samo… Dlatego już nie mam nadziei. Nie wierzę, że BSI zrobi ze Speedway Grand Prix cykl na miarę Formuły 1 albo omawianego MotoGP. Nadal będziemy się kisić po Europie, jak polskie miasta się przelicytują, to nad Wisłą brytyjscy promotorzy zorganizują nam nawet pięć turniejów SGP w ciągu roku.

Osobiście żałuję jedynie, że w Polsce nie istnieje temat dirt-tracku, bo to jest dyscyplina niezwykle podobna do speedwaya. Uwielbia ją chociażby Marc Marquez, dwukrotny mistrz świata MotoGP. Gdy przed rokiem robiłem z nim wywiad dla portalu SportoweFakty.pl, to porównywaliśmy żużel z dirt-trackiem. Też można jechać w lewo, nawierzchnie torów mogą zawierać więcej piasku/ziemi, więc są tańsze w przygotowaniu. I najważniejsze – różnice sprzętowe. W żużlu, po upadku motocykli Jawa, mamy tak naprawdę jedynie silniki GM, które trzeba poddawać ciągłym remontom u tunerów, którzy kasują za to niemałe pieniądze. A w dirt-tracku… Seryjny motocykl crossowy, produkcji Yamahy, Hondy czy Suzuki, napędzany normalną benzyną. Odpadają wysokie koszty eksploatacji, dzięki czemu uprawianie takiego sportu staje się bardziej przystępne dla mniej zamożnych nacji jak Polacy.

Dlatego tak po cichu liczę, że w końcu kiedyś ten żużel upadnie. A potem odrodzi się, ale już w trochę innej formie.

A gdybyście chcieli widzieć jak wygląda dirt-track… Oto kilka fotek. W akcji zawodnicy z MotoGP – Nicky Hayden, Marc Marquez i Valentino Rossi.

10919104_794426217277102_84345099_n 10899032_380167812150959_416991067_n 10852993_809735379072938_1008125680_n 10831827_767102133368863_259657831_n 10818044_1484478095146375_2114941549_n 10691878_567578233347832_1608586015_n 10683965_720037118045461_2105316346_n 10932532_1597185740501666_496647648_n 11007970_725981540856634_1750104659_n 4 10507866_1446697002251118_1986702005_n 10535091_1561495850733079_286766702_n 10632507_369665209853330_742389212_n

124

Katarzyna Karen Łapczyńska na swoim blogu wspomniała o zawodach w dirt tracku w Barcelonie, podczas których Marc Marquez i inni zawodnicy z motocyklowych mistrzostw świata, rywalizowali między sobą. Dla zabawy, dla zabicia nudy pomiędzy starym a nowym sezonem MotoGP i niższych klas. To zainspirowało mnie do pewnych przemyśleń na temat speedwaya, tym bardziej, że ostatnio żużel chce iść nieco w kierunku królowej sportów motocyklowych.

Podobnie jak Kasia, bardzo chętnie zobaczyłbym Marca Marqueza i innych zawodników z MotoGP na żużlowym owalu. Gdy patrzę na zdjęcia z zawodów w Barcelonie, mam pewność, że po kilku próbach poradziliby sobie bez problemu. Marquez na torze do dirt tracka składał się w łuk z nie mniejszą gracją niż większość żużlowców. Zawody, w których mistrz MotoGP Marc Marquez rywalizuje z żużlowym mistrzem – Taiem Woffindenem? Brzmi świetnie! Problem w tym, że trudno znaleźć dwa kraje, w których MotoGP i żużel byłyby równie popularne. Motocykle dominują w Hiszpanii, gdzie niewiele osób wie o żużlu. U nas jest boom na speedway, ale za to wyścigi MotoGP są niepopularne, bo nie mamy swojego reprezentanta w tej serii wyścigowej. Dlatego nikt nie włoży grubych pieniędzy w event żużlowy, na który przyjedzie Marquez, Rossi lub Lorenzo, bo impreza pewnie się nie zwróci… A szkoda, bo byłaby to świetna promocja sportu żużlowego.

No właśnie… promocja sportu żużlowego. Czy to w ogóle istnieje? BSI posiada od wielu lat prawa do organizacji cyklu Grand Prix i niewiele robi w tym kierunku, by wyeksponować speedway do nowych krajów. Ciągle kisimy się w tym samym otoczeniu, często w państwach innych niż Polska zawody organizowane są na stadionach przypominających wały przeciwpowodziowe. W żaden sposób nie wykorzystuje się potencjału żużlowców, kolejnych mistrzów świata. A gdy czytam, że BSI żąda od Torunia 2,5 mln zł za prawa do organizacji turnieju, podczas gdy pozostałe miasta płacą dużo mniej, to odnoszę wrażenie, że ten cały cyrk trzyma się tylko dzięki Polakom i polskim złotówkom.

Na naszym podwórku jest niewiele lepiej. Latem polska reprezentacja zdobyła Drużynowy Puchar świata. Dokonała tego na cudzym terenie, do tego bez Tomasza Golloba w składzie. „Chudy” przez wiele lat był kapitanem reprezentacji, jej prawdziwym liderem. Gdyby skoczkowie narciarscy zdobyli w Soczi medal Igrzysk Olimpijskich bez Kamila Stocha w składzie, dowiedziałby się o tym każdy Polak mający dostęp do internetu, telewizji lub radia. Tymczasem my po raz kolejny przespaliśmy moment, w którym mogliśmy się wybić z naszym sportem (dobrem?) narodowym. Małym promykiem nadziei mogą być działania wokół SEC, które prowadzi firma One Sport. Wykorzystywanie efektownych ujęć z kamer GoPro, tworzenie zabawnych memów i grafik w mediach społecznościowych – to na pewno krok w dobrym kierunku. Jednak roboty jest tyle, że konkurencję trzeba gonić sprintem.

W MotoGP od wielu lat zawodnicy mają swoje numery startowe. Nikt z góry nie narzuca im „jedynki”, „piątki”, „ósemki”. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się tym sportem, to z jakiegoś powodu będzie kojarzyć znak „VR46”. Dzięki temu numerowi Valentino Rossi wypromował samego siebie, swoje sukcesy, serię gadżetów i wiele innych rzeczy. Jorge Lorenzo jest kojarzony z „99”, Marc Marquez to dla wielu „MM93”. I podobnie teraz będzie w speedwayu, bo przed kilkoma dniami spadła na nas informacja, że w SGP i SEC żużlowcy będą mogli sami sobie wybierać numery. Koniec ze standardowym 1-16. I bardzo dobrze.

Trudno ocenić kto dokonał tego milowego kroku naprzód. Gdy wstałem rano, dowiedziałem się, że popołudniu BSI ma ogłosić tę zmianę w SGP. Kilka godzin później podobną informację opublikowano na stronie SEC, uprzedzając działania konkurencji z Wysp Brytyjskich. Nie wiadomo czy to przypadek, czy Polacy szybko zareagowali na zmianę wprowadzoną przez Brytyjczyków. Jednak wprowadzenie stałych numerów, to także wielki test dla żużlowców. Od teraz otrzymują oni dodatkowe narzędzie do promocji siebie, swoich ciuchów i innych gadżetów. Bo dotychczas wyglądało to kiepsko. Niektórzy zawodnicy ze światowej czołówki nie posiadają nawet loga swojego teamu z prawdziwego zdarzenia, oferta produktów dla kibiców też jest kiepska.

Wątpliwe, by polscy kibice nagle zaczęli kojarzyć Tomasza Golloba ze skrótem #TG20, bo jak wiadomo, Polak wybrał w SEC numer dwudziesty, nawiązując w ten sposób do Zbigniewa Bońka. Gollob jest już blisko końca swojej kariery, więc jego zabawa w numery nie będzie nawet zbytnio interesować. Jednak nie mam wątpliwości, że np. Tai Woffinden wybierze numer #108 i wypuści całą serię gadżetów z nim związanych. Bo młodzi zawodnicy zdecydowanie lepiej czują realia obecnego świata i zasady panujące w kwestii sportowego marketingu. Także nie bójmy się TW108, NP5 i innych numerów. Można je przecież bardzo szybko wykorzystać np. jako hashtagi na Twitterze, szybko przekazując informacje na temat naszego ulubionego zawodnika i komunikując się z innymi fanami. A to dopiero początek, dlatego drogi zawodniku, myśl już jak wykorzystać wybrany przez siebie numer.

PS. Kasia, w świeżej notce, także wspomina o numerach startowych w speedwayu i MotoGP. Możecie ją przeczytać tutaj.

Obrazek

W niedzielę dobiegnie końca sezon 2013 w MotoGP. Przed ostatnim wyścigiem, który rozegrany zostanie na torze w Walencji, szanse na tytuł mistrzowski ma dwóch zawodników. Debiutant Marc Marquez i dwukrotny mistrz świata Jorge Lorenzo. Obaj są Hiszpanami, więc publika zgromadzona w Walencji będzie mieć powody do radości. Euforia zapanuje także w teamie Hondy lub Yamahy.

W środku sezonu sytuacja wyglądała dość klarownie. Marc Marquez wygrywał kolejne wyścigi i sensacyjnie powiększał przewagę nad pozostałymi rywalami w królewskiej klasie. Na ten moment dorobek młodego Hiszpana, który pierwszy rok startuje w MotoGP, to sześć wygranych wyścigów. Tyle, że od momentu wyścigu o Grand Prix Katalonii do gry z powrotem włączyła się Yamaha. Lorenzo wygrał cztery z sześciu ostatnich wyścigów i nadal ma szansę na obronę mistrzowskiej korony. Kilkanaście tygodni temu taka sytuacja była nie do pomyślenia.

Ktoś powie, że gdyby nie wykluczenie Marqueza wyścigu rozgrywanego na Phillip Island w Australii, to kierowca Hondy już teraz miałby tytuł mistrzowski w kieszeni i przed ostatnim wyścigiem w Walencji mógłby popijać szampana. Jednak team popełnił błąd podczas pit-stopów i musiał wziąć za to pełną odpowiedzialność. W całej sytuacji MM93 nie zawinił w żaden sposób, ale w MotoGP wygrywa i przegrywa się razem z zespołem.

Marquez wdarł się do MotoGP przebojem. Przed rokiem zdobył tytuł mistrzowski w klasie Moto2, jednak mało kto przypuszczał, że jego talent w najwyższej klasie eksploduje tak szybko. W końcu przez tyle lat trwania cyklu, nikt nie wywalczył złotego medalu w debiutanckim sezonie. Trzeba zdobyć trochę doświadczenia, zaliczyć kilka upadków, aby ostatecznie zrozumieć na czym to wszystko polega. Tymczasem 20-latek pochodzący z Cervery za nic miał konwenanse i nie przestraszył się pojedynków z aktualnym mistrzem Jorge Lorenzo, z bardziej doświadczonym kolegą z zespołu – Dani Pedrosą czy też swoim idolem z dzieciństwa – Valentino Rossim. Wszedł do świata, który na starcie powinien go zjeść, a tymczasem to on gra jemu na nosie i może w niedzielę przejść do historii jako pierwszy debiutant-mistrz świata.

W trakcie sezonu można było przeczytać opinie, że zwycięstwa Marqueza są głównie zasługą motocykla, jakim dysponuje. Honda przygotowała na ten rok lepszy model od rywali z Yamahy i wydaje się, że jest w tym trochę racji. Gdy firma z Hamamatsu przygotowała lepszą skrzynię biegów, to Lorenzo zaczął wygrywać kolejne wyścigi i odrabiać straty do Marqueza. – Nie spodziewałem się, że Marc poradzi sobie tak dobrze. To świetny zawodnik, ale pokonał Jorge Lorenzo tylko dlatego, że Honda ma przewagę nad Yamahą. Moim zdaniem, Jorge jest mocniejszy – powiedział w wywiadzie dla „Motormanii” Giovatnni Cuzari, szef ekipy NGM Mobile Forward Racing. W efekcie w Walencji kluczowa może okazać się psychika – Lorenzo może kręcić rekordowe czasy okrążeń, wygrać wyścig z ogromną przewagą, a i tak nie zostanie mistrzem, jeśli Marquez przyjedzie do mety na czwartej pozycji.

Biorąc pod uwagę tegoroczne wyścigi, scenariusz w którym Marquez przyjeżdża do mety poniżej czwartej pozycji jest mało prawdopodobny. 20-latek w tym sezonie w większości wyścigów plasuje się w czubie. Z ścisłej czołówki szanse na nawiązanie z nim walki mają tylko Lorenzo, Rossi oraz Pedrosa. W przypadku tego ostatniego dochodzi prawdopodobieństwo zastosowania „team order” – w końcu starszy z Hiszpanów nie ma już szans na zgarnięcie tytułu i niewykluczone, że Honda będzie chciała dmuchać na zimne i rozkaże Pedrosie przepuścić „młokosa” Marqueza. Pozostali rywale – Crutchlow, Bautista czy Bradl – nie powinni zagrozić czołowej czwórce.

Tyle w teorii. W praktyce, Marquez może przegrać… z Marquezem! 20-latek już kilkukrotnie pokazał, że daje z siebie maksimum w każdym zakręcie, co skończyło się wybiciem obojczyka na torze Silverstone, przewróceniem Pedrosy podczas manewru wyprzedzania w Aragonii, a także kilkoma mniej lub bardziej groźnymi upadkami. Czy w Walencji MM93 będzie w stanie odpuścić i przyjechać taktycznie do mety, chociażby na czwartej pozycji? Tego dziś nie wiedzą chyba nawet szefowie Hondy, choć mogą oni z optymizmem patrzeć w przyszłość. Wydaje się, że już podczas ostatnich zawodów na torze Motegi Marquez kalkulował i nie atakował Lorenzo na siłę. Wolał pewne drugie miejsce i dalsze prowadzenie w klasyfikacji generalnej mistrzostw, niż wywrotkę i walkę na noże w Walencji.

Co może zrobić Lorenzo? Nic albo przynajmniej niewiele. Dać z siebie wszystko, wygrać kwalifikacje i uciec rywalom ze startu, mając w nadziei, że Marquez na którymś etapie wyścigu popełni błąd. Aktualny mistrz jest też chyba tego świadom, bo zamiast koncentrować się na przygotowaniach do ostatniego wyścigu sezonu, zaszyć się gdzieś z dala od ludzi, nie unika blasków fleszy. Ostatnio pojawił się na prezentacji nowego modelu Yamahy – MT-07. Jeśli popatrzeć na to z marketingowego punktu widzenia, był to strzał w dziesiątkę. W końcu nowy motocykl został zaprezentowany przez ciągle aktualnego mistrza świata. Za dwa lub trzy tygodnie Lorenzo mógłby wjechać MT-07 na scenę, ale niewykluczone, że już jako były mistrz świata.

PS. A wracając jeszcze do Lorenzo… Cuzari, choć w przeszłości wspierał karierę Rossiego, obecnie woli drugiego z kierowców Yamahy. – To wielki mistrz. Bardzo go szanuję, ale szczerze mówiąc dzisiaj bardziej wolę Jorge. Jest bardziej przyjazny. Może w telewizji nie wypada najlepiej, ale każdy kto go pozna wie, że to wspaniały człowiek – dodał Włoch w „mRm”. Ciekawe. Jako fan Rossiego i Marqueza, a niekoniecznie zwolennik Lorenzo, jestem w lekkim szoku po przeczytaniu tych słów.